Dopiero gdy dziadek Wiesław trafił do łóżka na dwa tygodnie, zrozumiałam, dlaczego mówił do swojego kota jak do drugiego człowieka.
Mieszka sam w Wałbrzychu, w bloku przy ulicy Broniewskiego, trzecie piętro, winda od lat zepsuta. Kot ma na imię Bazyl — rudy, gruby, z uszkiem naderwanym w bójce sprzed lat. Dziadek gada do niego non stop.
— Bazyl, chodź na kolację, bigos stygnie.
— Bazyl, siadaj, zaraz "Wiadomości" lecą.
— Bazyl, dzisiaj minus trzy na dworze, czujesz to w łapach?
W rodzinie z tego żartowaliśmy. Mama mówiła, iż dziadek się starzeje i zaczyna gadać do mebli. Wujek Marek kręcił głową i powtarzał, iż trzeba by mu kupić telewizor głośniejszy, to może przestanie rozmawiać z kotem.
A potem dziadek się rozchorował. Zapalenie płuc, lekarka z przychodni przy Sienkiewicza kazała leżeć, brać antybiotyk i pić rumianek, bo więcej się i tak nie dało zrobić — do szpitala nie chciał, uparł się.
Zaczęło się odwiedzanie. Mama wpadała po pracy na pół godziny, stawiała zupę na kuchence i wracała do siebie. Wujek Marek zaglądał w weekendy, przynosił gazetę, siedział, popijał herbatę i wychodził. Ja pisałam esemesy — "Dziadku, jak się czujesz", "Dziadku, pamiętaj o lekach" — z Wrocławia, bo akurat sesja, nie mogłam przyjechać częściej niż raz w tygodniu.
Życie toczyło się dalej. Zakupy, praca, korki na obwodnicy.
Bazyl nie zszedł z łóżka ani razu.
Ciocia Halina, która mieszka piętro niżej i wpadała codziennie z termometrem, mówiła, iż kot prawie nie jadał — trzeba było nosić mu miskę pod samo łóżko, bo sam nie chciał iść do kuchni. Leżał przyklejony do boku dziadka, czasem kładł łeb na jego dłoni. Gdy dziadek kaszlał w nocy, Bazyl podnosił się, obchodził go dookoła i kładł się z powrotem, bliżej.
Dwa tygodnie. Za oknem akurat przymrozki puściły, na klatce schodowej pachniało farbą — sąsiad z parteru malował drzwi. W telewizorze leciał ciągle ten sam program o remontach, bo pilot leżał za daleko, żeby dziadek mógł go dosięgnąć.
Kiedy w końcu wstał, pierwszy raz od tygodni usiadł przy stole, zapytałam go, jak się czuje.
Odpowiedział krótko, bez patrzenia w moją stronę, jakby to była oczywistość, o którą w ogóle nie trzeba pytać:
— Jedyny, kto mnie nie zostawił samego, to Bazyl.
Nikt nic wtedy nie powiedział. Wujek Marek odstawił filiżankę na spodek trochę za mocno, mama zaczęła składać obrus, który już był złożony.
Miesiąc później mama kupiła Bazylowi nową miskę — taką na stelażu, żeby nie musiał się schylać, bo już nie jest młody. Postawiła ją koło łóżka dziadka, na stałe, choćby gdy dziadek jest już zdrowy i chodzi do kuchni o własnych siłach. Nikt nic nie powiedział, dlaczego akurat tam. Nie trzeba było.












