Marzena Wójcik skończyła pięćdziesiąt trzy lata w drugi wtorek września, w mieszkaniu na trzecim piętrze przy ulicy Struga, gdzie od ośmiu lat mieszkała sama z kotem imieniem Budyń. Na klatce schodowej od rana pachniało smażoną cebulą — sąsiadka z parteru robiła obiad na dwa dni naprzód, tak jak zawsze w poniedziałki i wtorki.
Marzena postawiła na stole w kuchni talerz z ciastem drożdżowym, które sama upiekła, zapaliła jedną świeczkę w kształcie piątki i jedną w kształcie trójki, i usiadła czekać.
Nikt nie zadzwonił do jedenastej.
Trzy lata wcześniej straciła lewą nogę poniżej kolana — powikłanie po cukrzycy, którą ignorowała przez lata, bo nie było komu przypomnieć o lekarzu. Od tamtej pory chodziła o kuli, czasem na protezie, którą Narodowy Fundusz Zdrowia dofinansował jej w połowie, a resztę, cztery tysiące dwieście złotych, spłacała ratami przez osiemnaście miesięcy. Proteza stała teraz oparta o framugę drzwi jak ktoś obcy, kto czeka, aż go zaproszą do środka.
O jedenastej dwadzieścia zadzwoniła córka, Kasia, mieszkająca w Radomiu, pół godziny drogi. Rozmowa trwała dziewięćdziesiąt sekund — praca, korki na S7, "mamo, wpadnę może w weekend". Nie wspomniała o urodzinach. Marzena też nie wspomniała.
Odłożyła telefon na ceratę w kwiatki i spojrzała na Budynia, który wskoczył na krzesło naprzeciwko, jakby to on miał zjeść kawałek ciasta.
— No to we dwoje — powiedziała do kota.
Zjadła kawałek, drugi zostawiła na później, umyła widelec. W telewizji leciał program o remontach mieszkań w Trójmieście, ktoś tam burzył ścianę działową z wielką radością. Marzena patrzyła na to, nie patrząc adekwatnie, myślała o tym, iż sąsiadka z parteru, pani Grażyna, zwykle wpadała chociaż na chwilę, a dziś nie wpadła, bo wyjechała do syna do Kielc.
Telefon zadzwonił znowu o dwunastej czterdzieści pięć. Numer nieznany, kierunkowy z Krakowa.
— Dzień dobry, czy rozmawiam z panią Marzeną Wójcik?
Głos młody, kobiecy, trochę zdyszany, jakby dziewczyna szła szybkim krokiem po ulicy.
— Tak, słucham.
— Nazywam się Ola, jestem wolontariuszką fundacji, która pomaga osobom po amputacjach. Dostałam pani numer od pani Grażyny, ona jest naszą znajomą jeszcze z czasów, kiedy sama zbierała pieniądze dla sąsiadów. Powiedziała, iż dziś są pani urodziny i iż może… iż może nikt nie zadzwonił jeszcze z życzeniami.
Marzena usiadła na stołku pod oknem, bo nogi — noga i pół — nagle jakby przestały ją trzymać.
— Skąd pani Grażyna wie takie rzeczy — zapytała, choć głos jej się łamał w środku zdania.
— Sąsiadki wiedzą wszystko, prawda? — Ola się zaśmiała, krótko, ciepło. — Chciałam tylko powiedzieć: wszystkiego najlepszego. I iż to, przez co pani przeszła, to nie mała rzecz. Znam kilka osób po amputacji, które się poddały. Pani najwyraźniej nie.
Rozmowa trwała jedenaście minut. Ola opowiedziała, iż fundacja organizuje w Krakowie grupę wsparcia dla osób z protezami, iż są tam ludzie w różnym wieku, iż raz w miesiącu jeżdżą razem na basen, bo pływanie nie wymaga równowagi na dwóch nogach. Zapytała, czy Marzena chciałaby dostać namiary, może kiedyś przyjechać, chociaż na jedno spotkanie.
Marzena zapisała numer długopisem na marginesie gazety telewizyjnej, obok programu na środę.
Po odłożeniu słuchawki nie płakała od razu. Wstała, podeszła do drzwi, wzięła protezę i przypięła ją tak, jak uczyła ją rehabilitantka w Radomiu — najpierw pas, potem klamry, potem sprawdzić, czy nie uwiera przy pięcie. Włożyła spódnicę, tę granatową, którą nosiła jeszcze przed operacją, i wyszła na klatkę schodową.
Zeszła po schodach — powoli, trzymając się poręczy, ale bez kuli — i zapukała do drzwi pani Grażyny, wiedząc, iż nikogo tam nie ma, bo wyjechała. Zostawiła na wycieraczce kawałek ciasta drożdżowego zawinięty w folię aluminiową i karteczkę: "Dziękuję. Wracaj szybko. M."
Potem poszła do sklepu spożywczego na rogu, gdzie ekspedientka, pani Ewa, znała ją od lat i zawsze pytała o zdrowie.
— O, pani Marzenko, dobrze, iż pani wyszła, bo miałam dla pani odłożyć chleb, ten razowy, co pani lubi.
— Dziękuję, pani Ewo. Wie pani co, dziś moje urodziny.
Pani Ewa spojrzała na nią znad okularów, odłożyła bochenek na bok i sięgnęła pod ladę po paczkę cukierków czekoladowych, tych za dwa złote pięćdziesiąt, które trzymała dla dzieci klientów.
— To musi być pani prezent ode mnie. Innego nie mam pod ręką.
Marzena wzięła cukierki, podziękowała i wyszła ze sklepu z chlebem pod pachą i czymś w piersi, co przez ostatnie trzy lata prawie zapomniała, jak się nazywa — poczuciem, iż ktoś ją zauważył, bez powodu, bez okazji, po prostu tak.
Wieczorem zadzwoniła jeszcze raz Kasia, tym razem żeby oddać zapomnianą parasolkę przy okazji, i w połowie rozmowy powiedziała nagle:
— Mamo, czekaj, dzisiaj jest osiemnasty, prawda? To twoje urodziny!
Cisza w słuchawce trwała może trzy sekundy.
— Kasiu, wszystko w porządku — powiedziała Marzena, i naprawdę tak myślała. — Miałam dziś bardzo dobry dzień.
Nie skłamała. Odłożyła telefon, spojrzała na numer zapisany na marginesie gazety telewizyjnej i wybrała go następnego ranka, żeby zapytać, kiedy jest najbliższe spotkanie grupy w Krakowie i czy da się dojechać pociągiem bez przesiadki.














