Halina wracała z cmentarza w Radomiu autobusem linii 14. W ostatni piątek miesiąca, o dziewiętnastej, miasto pachniało deszczem i tanim płynem do mycia szyb z otwartych drzwi kwiaciarni. Trzymała na kolanach reklamówkę z zeszytem, w którym jedenastolatka zapisała numer konta hospicjum przy ulicy Garbarskiej.
Zeszyt miała od księdza. Po mszy za dziadka Kosmę podeszła do zakrystii z pytaniem, gdzie najlepiej przekazać to, co zostało po sprzedaży garażu. Ksiądz Arek od dawna znał ich rodzinę. Podał jej kartkę. „Tu na pewno nie zginie” — powiedział i schował brewiarz pod pachę.
Jadwiga czekała na Halinę w kuchni przy ulicy Struga. Stała przy oknie, chociaż okno wychodziło na podwórze, a nie na przystanek. Na stole parowała herbata w szklance z metalowym koszyczkiem. Obok leżał klucz z zawieszką z czarnego plastiku, na której ktoś paznokciem wydrapał numer boksu — szesnaście.
— Byłaś sama? — zapytała Jadwiga, chociaż doskonale widziała, iż córka weszła bez męża.
— Marek został z chłopcami. Kacper znów miał gorączkę.
— Aha.
To „aha” trwało może trzy sekundy. Halina zdjęła buty, postawiła reklamówkę na taborecie i sięgnęła po szklankę. Herbata była już letnia, z wyraźnym posmakiem mięty, którą Jadwiga uprawiała w skrzynce za oknem.
— Mamo, nie zaczynaj.
— Ja nic nie mówię.
— Wystarczy, jak zaciskasz usta. Znam to od trzydziestu lat.
Jadwiga podeszła do stołu i przesunęła klucz w stronę córki. W kuchni zrobiło się ciasno od niewypowiedzianych rzeczy. Od trzech tygodni każda rozmowa kończyła się tym samym: Halina mówiła, iż pieniądze ze sprzedaży garażu dziadka to ich poduszka na przyszłość. Jadwiga odpowiadała, iż dziadek Kosma zostawił boks nie „na przyszłość”, tylko na konkretny cel, i iż zmarli nie muszą już czekać, aż żywi się dorobią.
— Mamo, Marek stracił nadgodziny w fabryce. W przyszłym miesiącu dostanie niższą wypłatę o siedemset złotych. Mamy kredyt na te osiemdziesiąt metrów w Otwocku. Dzieci potrzebują obuwia do szkoły. To nie są fanaberie.
Jadwiga nalała wrzątku do drugiej szklanki. Woda uderzyła o szkło z dźwiękiem, który Halina kojarzyła z dzieciństwa — tak matka zaczynała każdą istotną rozmowę.
— Dziadek Kosma powtarzał: „Nie to, co człowiek zbierze na ziemi, idzie za nim, ale to, co rozda ręką cudzą”. Przez jedenaście lat trzymał ten garaż dla ciebie, Halina. Mówił: sprzedacie, jak mnie zabraknie, i dacie tam, gdzie trzeba.
— Nie wierzę, iż ty to mówisz. Własnej córce.
— A ja nie wierzę, iż moja córka liczy cudze nieszczęście na stopy procentowe.
Halina wstała. Zabrała reklamówkę z taboretu, chociaż nie zamierzała tego robić. Ręka sama jej powędrowała, jakby torba była jedyną rzeczą w tym mieszkaniu, która należała do niej bez żadnych warunków.
— Przyjdziesz w niedzielę? — zapytała matka już ciszej. — Zróbcie z chłopcami obiad.
— Nie wiem.
— No to przyjdź po prostu.
Halina wyszła na klatkę. Na drugim piętrze paliło się światło z czujnikiem, które od miesięcy migotało. Na wycieraczce sąsiadki spod trójki leżał ulotka z pizzerii, ktoś na nią nadepnął obcasem. Zeszła po schodach, słysząc za sobą dźwięk zamka — matka przekręciła klucz raz, potem drugi raz, chociaż zawsze przekręcała tylko raz.
W niedzielę nie przyszła. Ani w następną. Telefon dzwonił co drugi dzień; Halina odbierała i mówiła, iż są zmęczeni, iż Kacper znowu chory, iż Marek wziął dodatkowy weekend w magazynie. Każda wymówka była prawdziwa i każda dziurawa jak stara bluza robocza.
Marek w czwartek wrócił po dwudziestej drugiej. Rzucił kluczyki na szafkę w przedpokoju i usiadł przy stole, nie zdejmując kurtki.
— Twoja matka dzwoniła do mnie do pracy.
— Słucham?
— Pytała, czy to prawda, iż chcę te pieniądze przejeść. Powiedziała, iż jak ci zabraknie sumienia, to ona zrobi to, co należy.
Halina poczuła, jak gorący uścisk wchodzi jej pod żebra. Nie ze złości na matkę. Ze złości, iż Marek to usłyszał od niej, a nie od Haliny. Że znów ktoś inny przetłumaczył jej dom na język pretensji.
— Ona naprawdę to zrobi — powiedział Marek. — Znasz ją.
— Ja też ją znam.
— To co robimy?
Halina długo nie odpowiadała. W lodówce brzęczał agregat. Zza ściany dochodził płacz cudzego niemowlęcia, rytmiczny, jak wycieraczka samochodowa przy ulewie.
— Nic — powiedziała w końcu. — Jutro ja zrobię, co trzeba.
W piątek rano pojechała do banku przy ulicy Żeromskiego. Pani w okienku miała wypisane na identyfikatorze „Dorota G.” i założoną smycz od kluczy na nadgarstku. Halina podała dowód i poprosiła o przelew na kwotę czterdzieści dwa tysiące osiemset złotych — tyle wpłynęło po sprzedaży boksu, minus prowizja komisu. Pani Dorota zapytała, czy to już wszystko. Halina zaprzeczyła ruchem głowy. „To dopiero początek” — pomyślała, ale nie powiedziała nic.
Z numerem konta z zeszytu pojechała do hospicjum. W sekretariacie pachniało kawą z ekspresu i środkiem dezynfekującym. Kobieta za biurkiem miała okulary zsunięte na czubek głowy i długopis z logo producenta paracetamolu. Halina położyła przed nią kartkę z numerem konta i kwotą.
— Chcę, żeby to poszło na łóżka z regulacją wysokości. Jestem wnuczką Kosmy Szulca.
Kobieta zdjęła okulary z włosów i przyjrzała się Halinie, jakby nazwisko miało się zmaterializować w powietrzu.
— Dziadek pomagał u nas przez wiele lat. Przy szopie na narzędzia. Robił półki, wieszał szafki. W zeszłym roku przywiózł na taczce dwie tuje.
Halina przełknęła ślinę. Nie wiedziała o tujach. Dziadek mieszkał sam i nikt z rodziny nie pytał go, gdzie spędza poranki w czwartki i komu wozi konewki z wodą przez cały upalny czerwiec. Przechowywali w garażu stare opony i drabinę. Skrzynkę z narzędziami widziała może trzy razy w życiu.
— To proszę to wpłacić — powiedziała, prostując kartkę.
Wieczorem zadzwoniła do matki. Jadwiga odebrała po pierwszym sygnale.
— Przełałam pieniądze — powiedziała Halina, nie witając się. — Wszystko, co zostało po sprzedaży. Czterdzieści dwa tysiące osiemset.
Matka milczała. W słuchawce słychać było tylko radio — ktoś w programie wieczornym mówił o prognozie burz na niedzielę, z porywami wiatru do siedemdziesięciu kilometrów na godzinę.
— Gdzie? — zapytała w końcu.
— Do hospicjum przy Garbarskiej. Na łóżka z regulacją. Tak, jak chciał.
— Skąd wiedziałaś, iż tego chciał?
— Bo ty mi powiedziałaś. I ksiądz Arek. I pani z sekretariatu, która pamięta, jak dziadek przywoził im tuje na taczce.
Jadwiga odłożyła słuchawkę. Nie od razu — Halina zdążyła usłyszeć, jak matka robi wdech, ten sam wdech, który robiła, zanim wyjmowała z piekarnika drożdżowe ciasto, żeby sprawdzić, czy nie za blade.
W sobotę Halina pojechała do Radomia. Weszła na klatkę z reklamówką, w której niosła słoik miodu od Marka i dwa pączki z cukierni na rogu Struga. Na jej piętrze czujnik światła zamontowany był nowy, biały, z ruchomą żaluzją. Na wycieraczce sąsiadki nie było już ulotki, leżała tam czysta torba na zakupy, złożona w kostkę.
Jadwiga otworzyła drzwi, zanim Halina zdążyła nacisnąć dzwonek. Miała na fartuchu ślady mąki, a w ręku wałek — nie groźnie, po prostu zdążyła z ciasta na pierogi.
— Wejdź — powiedziała. — Zrobiłam z serem.
Halina przeszła próg. Na stole leżał klucz z czarną zawieszką, numer szesnaście. Garaż dawno sprzedany, ale klucz matka trzymała na tym samym talerzyku, na którym od lat kładła okulary i spinki do włosów.
— Nie sprzedałam pamiętnika po nim — powiedziała Jadwiga, wracając do stolnicy, jakby to było zdanie rzucone mimochodem, a nie drugie dno całej rozmowy. — Spisane ma: komu, ile i na co. Dziadek miał porządek w papierach, szkoda, iż nie w synach.
Halina zdjęła kurtkę i zawiesiła ją na haku przy drzwiach. Zerknęła na klucz leżący na talerzyku. Potem na matkę, która rozwałkowywała ciasto, przyciskając wałek mocniej, niż było trzeba. I na kuchnię, w której od lat stał ten sam zegar z kukułką, kupiony na targu w Kielcach, tykający tak cicho, iż słychać go było dopiero wtedy, gdy człowiek przestał się kłócić.
— Mamo — powiedziała cicho. — Pokaż mi ten pamiętnik.














