Słuchaj, muszę Ci opowiedzieć o sytuacji z teściową, bo aż się we mnie zagotowało. Siedziałam wieczorem w swoim mieszkaniu w Warszawie, w końcu piątek, człowiek chce trochę odpocząć, jak tu nagle dzwonka nie słyszę, a wchodzi ona, cała na biało, z tortem z Wedla. I ten tort od razu pachniał nie tyle czekoladą, co pokazówką patrzcie, przyszła królowa. Otworzyła drzwi swoim kluczem tak, miała klucz! i choćby nie zapytała, czy jej potrzebujemy. Dla mojego męża, Pawła, to oczywiście przecież to normalne, mama to rodzina. Znasz to Tylko dla jego mamy rodzina to synonim do ja tu rządzę.
Zawsze była taka elegancka, uśmiechnięta, ale ten uśmiech jak zamknięte drzwi. Jak nie znasz bliżej, myślisz: jakie miłe osoby jeszcze żyją na tym świecie. Ale jak ją poznasz ech. No i weszła, ściągnęła płaszcz (oczywiście kaszmirowy), rzuciła okiem po salonie:
Masz za ciemne zasłony, wiesz, pochłaniają światło powiedziała z miną pani nauczycielki.
Ty, ty, ty jakbyśmy byli w wynajmowanym, a nie naszym mieszkaniu. Ale spokojnie, uśmiechnęłam się grzecznie.
Lubię ciemne, dobrze się w nich czuję odpowiedziałam.
Nie spodziewała się, iż mogę mieć własne zdanie. Prychnęła tylko, poszła do mojej kuchni, zaglądać do szafek, do przypraw, jakby sprawdzała, czy dom spełnia normy. Paweł udawał bardzo zajętego komórką przy telewizorze silny tylko przy kolegach, w domu zamienia się w niewidzialny kwiatek na ścianie.
Kochanie, twoja mama przyszła mówię mu.
Tak, tak ona tylko na chwilę już z tonem przepraszam cię, iż żyję.
I wtedy wyciągnęła z torebki kartkę. Nie urzędowy dokument, nie akt notarialny, po prostu kartka ale tak oficjalna, iż aż zimno się zrobiło.
O, tu masz powiedziała, kładąc na stole. To są zasady.
Zasady. W naszym własnym domu!
Patrzę na tę kartkę punkt po punkcie:
Sprzątanie w soboty do południa.
Goście tylko po wcześniejszym uzgodnieniu.
Menu ustalane na tydzień z góry.
Wydatki rozliczać co miesiąc.
Nie mrugnęłam choćby okiem. Paweł rzucił okiem na kartkę i zrobił coś najgorszego. Nie oburzył się, nie powiedział: Mamo, przeginasz. On tylko:
No, może dobrze by było, trochę więcej porządku.
Tak właśnie umiera miłość nie od zdrad, tylko od braku kręgosłupa. Patrzę na niego z lekkim zdziwieniem:
Ty serio? pytam.
Próbował się uśmiechnąć:
Ja tylko nie chcę konfliktu
No właśnie on nie chce konfliktu, więc oddaje klucze mamie, a nie żonie. Jego mama szczęśliwa siada na krześle jak pani prezes:
W tym domu musi być szacunek. A szacunek zaczyna się od dyscypliny.
Popatrzyłam jeszcze raz na kartkę, odłożyłam z powrotem na stół. Zero scen, spokojnie:
Świetnie zorganizowane mówię.
Jej oczy się zaświeciły, już była przekonana, iż mnie przeforsowała.
Tak trzeba. To dom mojego syna. Nie pozwolę na bałagan.
I wtedy powiedziałam jej jedną sentencję, która była pierwszym pęknięciem w jej panowaniu:
Dom nie jest własnością mężczyzny, dom to miejsce, gdzie kobieta musi oddychać.
Teściowa się napięła:
Widzę, iż lubisz nowoczesne fanaberie. Ale my tu nie jesteśmy w żadnym serialu.
Uśmiechnęłam się:
No właśnie, życie to nie telewizja.
Pochyliła się blisko, pierwszy raz tak jadowicie:
Posłuchaj mnie dokładnie. Ja cię przyjęłam, ja cię znosiłam, ale jak tu będziesz mieszkać, będzie jak chcę.
Paweł wzdycha ciężko, jakby to ze mną był problem, a nie z nią.
I ona rzuciła tekst, który zmienił wszystko:
W tym domu to ja decyduję.
W środku nie poczułam żadnej furii. Tylko decyzję.
Patrzę na nią spokojnie:
Dobrze.
Uśmiechnęła się triumfalnie:
Cieszę się, iż się dogadaliśmy.
Wstałam. Podchodzę do szafki w przedpokoju, tam gdzie klucze.
Dwa komplety mój i zapasowy, ten dla niej, zawsze noszony w torebce jak order.
Wyciągnęłam z barku kryształową misę prezent ślubny, nigdy wcześniej nie używany. Ciężka, piękna, błyszcząca. Postawiłam na stole.
Wszystkie oczy na mnie. A ja wrzuciłam tam oba komplety kluczy.
Paweł mrugnął:
Co robisz? szepnął.
A ja spokojnie, bez krzyku, mówię:
Skoro pozwalałeś, żeby twoja mama rządziła się w naszym domu, ja właśnie odzyskuję władzę.
Teściowa aż się podniosła gwałtownie:
Jak śmiesz?!
Patrzę na misę:
Symbol mówię. Koniec z dostępem.
Podchodzi, chce sięgnąć po klucze. Kładę dłoń na misie. Spokojnie:
Nie.
To nie nie było ani głośne, ani agresywne. Ono po prostu zakończyło temat.
Paweł wstaje:
Daj spokój, nie komplikuj, daj jej ten klucz, pogadamy potem.
Pogadamy potem jakby moja wolność była jakimś tematem do ustalenia na potem.
Patrzę mu w oczy:
Potem to jest to jedno słowo, którym mnie zawodzisz za każdym razem.
Teściowa aż syczy:
Ja cię stąd wyniosę!
I wtedy uśmiecham się pierwszy raz naprawdę szczerze:
Nie można wyrzucić kobiety z domu, który ona już psychicznie opuściła.
A potem mówię na głos:
Drzwi nie zamyka się kluczem, ale decyzją.
Biorę misę, idę do wyjścia. Otwieram drzwi i wychodzę nie z krzykiem, nie z łzami, tylko tak, iż oni oboje zostali w środku jak dekoracje do już nieaktualnej sceny.
Na zewnątrz chłodno, ale nie trzęsłam się. Telefon dzwoni Paweł. Nie odebrałam. Po chwili SMS:
Proszę, wróć. Ona nie chciała tak.
Uśmiechnęłam się jasne, nigdy nie chcą, kiedy przegrywają.
Następnego dnia zmieniłam zamek. Tak, zmieniłam.
Nie z zemsty. Z zasady.
Wysłałam im SMS-a:
Od dziś do tego domu można wejść tylko na zaproszenie.
Teściowa nie odpisała była mistrzynią w milczeniu, kiedy czuła się pokonana. Paweł wieczorem stał pod drzwiami bez klucza.
Wtedy zrozumiałam:
Niektórzy mężczyźni wierzą, iż kobieta zawsze otworzy drzwi Ale są też kobiety, które w końcu otwierają sobie własne.
Ostatnie zdanie było bardzo krótkie, ale miało moc:
Ona weszła tu jak królowa, a ja wyszłam jak właścicielka swojego życia.
No i powiedz mi a Ty jeżeli ktoś wszedłby do Twojego domu z kluczem i własnymi żądaniami, trzymałabyś język za zębami czy też wrzuciłabyś klucze do krysztalowej misy i wybrała siebie?












