Kiedy babcia Aniela Kowalska dowiedziała się, iż choruje, przyjęła to z niezwykłym spokojem, którego nie spotyka się często. Usiadła przy kuchennym stole, nalała sobie czarną herbatę, spojrzała przez okno na zasypane chmury i powiedziała:
Nie zamierzam siedzieć w domu i czekać na śmierć. Chcę żyć, póki mogę.
Miała wtedy sześćdziesiąt lat. Niewysoka, zawsze z uśmiechem, z tą wewnętrzną iskrą, której nie zgasiły lata, troski, codzienność i straty. W niej zawsze tliła się żądza życia cicha, ale uparta, niczym wiosenny pędzący pęd, który wyrywa się przez kamień.
Całe życie spędziła w jednym domu starym, ale przytulnym, pachnącym jabłkami, miętą i świeżo wypieczonym chlebem. Tam wyrosło pięcioro jej dzieci, pomagała z wnukami, przyjmowała gości i przetrzymywała zimy. Dom był jej wszechświatem, ale nie chciała, by to właśnie tam zakończyła się jej opowieść.
Miesiąc po diagnozie sprzedała ten dom. Nie powiedziała o tym nikomu, oprócz najmłodszej ciotki Heleny, która towarzyszyła jej przy notariuszu. Reszta dowiedziała się przypadkiem.
Mój kuzyn Michał, wchodząc w gościnę, zobaczył puste ściany: bez mebli, bez firanek, bez zapachu pierogów, które kiedyś witały każdego, kto przekraczał próg. Na drzwiach wisiała tabliczka: Własność prywatna.
Kilka dni później wszyscy otrzymali od niej wiadomość głosową. Jej głos był równy, pewny, lekko uśmiechnięty:
Nie zamierzam się tłumaczyć. To moja decyzja. Całe życie pracowałam teraz chcę po prostu żyć, póki mogę.
Z pieniędzy ze sprzedaży domu Aniela wyruszyła w podróż. Nie za granicę, nie do luksusowych hoteli po własnej Polsce, kraju, którego, jak przyznała później, prawie nie znała. Zobaczyła Bałtyk, Tatry, stare klasztory, małe miasteczka, w których ludzie wciąż witają się na ulicy.
Wysyłała nam pocztówki, krótkie wiadomości, zdjęcia uśmiechnięta, opalona, w towarzystwie nowych przyjaciół. Czasem znikała na kilka tygodni, by potem znów pojawić się, spokojna i pełna inspiracji, jak po długiej rozmowie sam ze sobą.
Ktoś w rodzinie nie rozumiał jej czynu. Mówił: Jak mogła? To dom, wspomnienia, dzieci, wnuki!. Inni podziwiali jej odwagę. A ona odpowiadała prosto:
Nie chcę zostawiać murów. Chcę zostawić pamięć, iż żyłam.
I naprawdę żyła. W ostatnim roku po raz pierwszy naprawdę w jej oczach znów zabłysło to światło, które widzieliśmy jedynie na starych fotografiach. Nauczyła się cieszyć każdym porankiem, nie odkładając szczęścia na później.
Kiedy odeszła, otworzyliśmy jej małą walizkę. W niej leżały dziesiątki biletów, mapy turystyczne, stare pocztówki, notatki z nazwami kawiarni, w których przystawała, i ponad sto zdjęć: uśmiechnięta, na tle morza, gór, starych kamienic i uliczek. Na każdym widać było życie, ruch, światło.
Dom już nie istniał. Pieniędzy też nie było. Została jednak wolność najcenniejszy skarb, jaki posiadała. Wolność bycia sobą, życia po swojemu, bez czekania na pozwolenie i bez patrzenia wstecz.
Często myślę: gdybyśmy dowiedzieli się, iż czasu zostało kilka co byśmy zrobili? Czy zostalibyśmy w czterech ścianach, otoczeni zwykłymi rzeczami i lękami? A może w końcu odważyłoby się żyć nie kiedyś, nie później, a teraz?
Bo może właśnie w tym tkwi prawdziwa mądrość nie czekać na śmierć, ale przywitać życie otwartymi oczami, tak jak uczyniła ona.














