Nazywam się Gleb i mam trzydzieści cztery lata. To ja jestem tym, o którym mówiono w tamtej historii z rodziny Weroniki – tym "obcym z plaży", który podobno zabrał ją teściowej. Ale skoro już mowa o mnie, powiem, jak to wyglądało z mojej strony, bo nikt mnie wtedy nie zapytał.
Poznałem Weronikę w Kołobrzegu, w sierpniu, dwa lata po tym, jak straciła narzeczonego. Pracowałem wtedy w wydziale inwestycji urzędu miasta w Katowicach, właśnie awansowałem, dostałem pierwsze naprawdę porządne pieniądze – cztery i pół tysiąca na rękę – i pojechałem nad morze sam, bo pół roku wcześniej rozstałem się z dziewczyną, z którą byłem od studiów. Chciałem po prostu odespać, najeść się smażonej ryby z budki i nie myśleć o niczym.
Zauważyłem ją trzeciego dnia. Siedziała na leżaku w tym samym miejscu co zawsze, obok starsza kobieta w ciemnych okularach, która prawie się nie odzywała. Weronika miała zwyczaj owijać ręcznik wokół nadgarstka, kiedy nie wiedziała, co ze sobą zrobić – zauważyłem to, bo sam mam podobny tik, tylko z długopisem. To była pierwsza rzecz, która mnie w niej zaczepiła: nie uroda, tylko ten gest, jakby cały czas się przed czymś broniła.
Zagadałem ją na plaży wieczorem, kiedy szła sama do automatu po wodę. Powiedziałem coś głupiego o tym, iż smutna dziewczyna nad polskim morzem to gotowy scenariusz na film. Spojrzała na mnie tak, jakby miała ochotę wylać mi tę wodę na głowę, ale się roześmiała. Rozmawialiśmy z dziesięć minut, dowiedziałem się, iż jest z Bielska-Białej, studiuje pedagogikę, a ta starsza pani to matka jej zmarłego chłopaka. Powiedziała to bez emocji, jakby recytowała formularz w urzędzie.
Zderzyliśmy się jeszcze raz dwa dni później, przy Biedronce koło ośrodka. Zaprosiłem ją na kawę do tej kafejki obok, gdzie leciało radio z reklamami kredytów gotówkowych, a kelnerka non stop przecierała ten sam stolik. Wtedy dowiedziałem się więcej – o Stachu, o wypadku na budowie linii wysokiego napięcia, o dwóch latach, w których praktycznie mieszkała między swoim domem a mieszkaniem jego matki.
Zapytałem ją wprost: dlaczego ty się w tym trzymasz? Nie powiedziałem tego, żeby ją oceniać. Po prostu naprawdę nie rozumiałem, po co dwudziestodwuletnia dziewczyna jeździ na cmentarz z matką chłopaka, który już dwa lata nie żyje, zamiast żyć swoim życiem. U mnie w rodzinie żałobę się przeżywa, a potem się idzie dalej – tak mnie wychowano, i wydawało mi się to normalne.
Wymieniliśmy numery. Zadzwoniłem dopiero po tygodniu, bo bałem się wyjść na natręta.
Kiedy wróciła do Bielska, zaczęliśmy pisać – najpierw esemesy, potem długie rozmowy przez telefon do drugiej w nocy. Ja siedziałem w swoim kawalerskim mieszkaniu na Ligocie, jadłem kanapki z pasztetem prosto z otwartej lodówki i słuchałem, jak ona szeptem opowiada, iż matka Stacha znowu zadzwoniła o dwudziestej trzeciej i płakała w słuchawkę.
To mnie zaczęło niepokoić na poważnie, kiedy usłyszałem od niej o tej rozmowie po powrocie z Kołobrzegu. Anna – tak miała na imię matka chłopaka – zapytała ją prosto z mostu, czy nie jest przypadkiem w ciąży. A kiedy Weronika zaprzeczyła, ta kobieta zasugerowała, iż przecież pozostało młodszy syn, Maciek, może by tak z nim spróbowała. Weronika płakała w słuchawkę tak, iż ledwo rozumiałem słowa.
Powiem szczerze: wtedy pomyślałem sobie, iż ta kobieta robi coś, czego sama pewnie nie nazywa po imieniu. Nie chcę jej sądzić – straciła syna, to inny wymiar bólu, którego nie znam. Ale nie mogłem patrzeć, jak żywa dwudziestodwuletnia dziewczyna zamienia się w kogoś w rodzaju zamiennika, protezy na tęsknotę tamtej kobiety.
Zacząłem przyjeżdżać do Bielska co drugi weekend – dwie i pół godziny drogi z Katowic, nic wielkiego. Poznałem jej mamę, spokojną kobietę pracującą w przychodni jako rejestratorka, która od razu mi powiedziała wprost, siedząc przy kuchennym stole nad kompotem z wiśni: "Panie Glebie, niech pan tę dziewczynę stąd zabierze, bo ona się tu zaraz sama pochowa razem z tym chłopakiem".
Rok później się pobraliśmy. Ślub był skromny, w Urzędzie Stanu Cywilnego przy placu, a wesele w restauracji pod Bielskiem na sześćdziesiąt osób – kosztowało nas jakieś osiemnaście tysięcy złotych, oszczędzaliśmy na to osiem miesięcy. Anna nie przyszła. Przysłała za to list, który Weronika przeczytała raz i schowała do szuflady, nie mówiąc mi, co w nim było.
Rok po ślubie urodził się nasz syn, Antoś. I właśnie wtedy, kiedy chłopak miał już cztery miesiące, zdarzyło się to, o czym chcę opowiedzieć, bo to jest prawdziwy koniec tej historii, a nie plaża w Kołobrzegu.
Anna zaczęła dzwonić do Weroniki znowu – najpierw z gratulacjami, potem z pytaniami, czy mogłaby zobaczyć dziecko, bo przecież to "wnuk Stacha", jakby to była prawda. Weronika, miękka z natury, ustąpiła raz, drugi. Aż pewnej niedzieli Anna przyjechała bez zapowiedzi, z prezentem – srebrną łyżeczką do keszenia z grawerem imienia Stacha – i zaproponowała, żeby zapisać chłopca w metryce jako mającego "duchowego ojca chrzestnego" właśnie po nim.
Wtedy pierwszy raz w życiu podniosłem głos w tym domu. Powiedziałem jej wprost, stojąc w progu naszego mieszkania na Wapienicy, z synem na rękach: "Pani Anno, ja rozumiem pani ból, ale to jest mój syn. Ma imię, ma ojca, który żyje i który go wychowa. Stach był dobrym człowiekiem, ale on nie jest częścią tej rodziny, którą teraz budujemy". Anna spojrzała na mnie, jakbym ją uderzył, wzięła swoją łyżeczkę z powrotem i wyszła bez słowa.
Weronika przez tydzień nie mogła spać, obwiniała się, iż to ona wpuściła tę kobietę z powrotem do naszego życia. Ale w końcu usiadła przy stole, wzięła kartkę i napisała list – krótki, bez agresji, ale jasny: iż kocha wspomnienie o Stachu, iż zawsze będzie wdzięczna Annie za te dwa lata wspólnej żałoby, ale iż nasz syn nie będzie wychowywany w cieniu zmarłego mężczyzny, którego nigdy nie poznał. Zaklejła kopertę, poszła na pocztę przy rynku i wysłała.
Od tamtej niedzieli minęły trzy lata. Anna nie zadzwoniła ani razu. Czasem, w rocznicę wypadku, Weronika sama jedzie na chwilę na cmentarz – już bez telefonu do teściowej, bez rytuału, po prostu stawia znicz i wraca. A ja czekam na nią w samochodzie, z Antosiem, który już umie sam otworzyć zamek pasa i zawsze pyta, dlaczego mama tak długo. Ona wsiada, zapina pas, i jedziemy na obiad do mamy w Bielsku, jakby to był zwyczajny niedzielny dzień – bo w gruncie rzeczy nim jest.












