Każdego popołudnia, po wyjściu z liceum, Tomek szedł po brukowanych uliczkach z plecakiem przewieszonym przez jedno ramię i dzikim kwiatem delikatnie chronionym w dłoni.

polregion.pl 3 dni temu

Każdego popołudnia, po wyjściu z gimnazjum, Tadeusz szedł brukowanymi uliczkami z tornistrem zwisającym na jednym ramieniu i dzikim kwiatkiem ostrożnie trzymanym w dłoni.

**Kwiat, który nigdy nie zwiędł**

Uliczki Sandomierza zawsze pachniały świeżym chlebem i wilgotną ziemią po deszczu. To było małe miasteczko, gdzie wszyscy się znali, a plotki roznosiły się szybciej niż wiatr. Pośród tych ulic codziennie przemierzał drogę dwunastoletni chłopiec szczupły, o głębokim spojrzeniu i spokojnym kroku, jak na swój wiek. Nazywał się Tadeusz Nowak.

Jego cel był zawsze ten sam: Dom Opieki Jesienne Światło, stary, kremowy budynek z dużymi oknami i ogrodem pełnym róż. Nie było dnia, by po szkole nie przekroczył jego zardzewiałej bramy.

Wchodził powoli, witając się ze wszystkimi: z panią Zofią, która robiła na drutach na ławce przy wejściu; z panem Stanisławem, który zawsze prosił go o cukierka; i z personelem, który patrzył na niego z czułością. Wiedzieli, iż Tadeusz przychodził nie z obowiązku, ale z oddania, którego nie każdy by zrozumiał.

Wchodził na drugie piętro, na sam koniec korytarza, do pokoju 214. Tam czekała na niego pani Wanda Kowalska starsza kobieta o włosach białych jak śnieg i spojrzeniu raz nieobecnym, raz pełnym życia.

Dzień dobry, pani Wando mówił, odkładając tornister na krzesło. Przyniosłem pani ulubiony kwiatek.
A ty kim jesteś, kochanie? pytała prawie zawsze z łagodnym uśmiechem.
Tylko przyjacielem odpowiadał.

Pani Wanda była kiedyś nauczycielką literatury elegancką kobietą o silnym charakterze. Ale choroba Alzheimera stopniowo zabierała jej fragmenty pamięci. Dla niej dni się powtarzały, a twarze zlewały się w jedno. Mimo to, gdy Tadeusz był przy niej, w jej oczach zapalała się iskra.

Przez miesiące czytał jej wiersze Wisławy Szymborskiej i opowiadania Stefana Żeromskiego. Czasem malował jej paznokcie na brzoskwiniowo, innym razem delikatnie czesał jej włosy, zaplatając je jak wnuczce. Śmiała się z jego żartów, płakała w ciszy, gdy coś poruszyło jej duszę, albo myliła go z młodzieńcem z dawnych lat.

Personel mówił, iż Tadeusz miał starą duszę w młodym ciele. Nie przychodził z litości czy dla szkolnych punktów przychodził, bo chciał.

Ten chłopiec… ma serce jak dzwon mawiała pielęgniarka Halina, najstarsza w domu opieki.

**Tajemnica, której nikt nie znał**

Przez cały czas, gdy ją odwiedzał, Tadeusz nigdy nie powiedział, iż nie był dla pani Wandy tylko przyjacielem. Był jej wnukiem. Jedynym.

Historia była smutna: gdy Wanda zaczęła zapominać, jej jedyny syn, ojciec Tadeusza, postanowił oddać ją do domu opieki. Najpierw odwiedzał ją często, ale z czasem wizyty stały się rzadsze… aż w końcu przestał przychodzić. Mówił, iż widok matki w takim stanie go zbyt rani. Tadeusz natomiast nie wyobrażał sobie zostawić jej samej.

W domu ojciec unikał rozmów o niej. To już nie ta sama kobieta mówił chłodno. Lepiej, żeby tam została.

Ale dla Tadeusza ona wciąż była jego babcią. choćby jeżeli nie pamiętała jego imienia, choćby jeżeli czasem nazywała go Kazimierzem czy Władysławem, wiedział, iż w jakimś zakamarku jej umysłu wciąż była miłość.

**Wyznanie**

Pewnego zimowego dnia, gdy czesał ją przy oknie, Wanda spojrzała na niego uważnie. Jej oczy przez chwilę zdawały się rozpoznawać.

Masz oczy mojego syna szepnęła.
Tadeusz się uśmiechnął.
Może los mi je pożyczył.
Ona zniżyła głos, jakby zdradzała sekret.
Mój syn odszedł, gdy zaczęłam zapominać… powiedział, iż już nie jestem jego matką.

Tadeuszowi zabolało, ale jej nie zaprzeczył. Uścisnął mocno jej dłoń.
Czasem, gdy pamięć odchodzi, odchodzą też ludzie. Ale nie wszyscy zapominają.

Spojrzała na niego, jakby te słowa dały jej ukojenie, a potem znów zatonęła w swoich myślach.

**Ostatnie lato**

Tego roku stan Wandy zaczął się pogarszać. Dni, w których była przytomna, były rzadkie, a czasem nie mogła już choćby wstać z łóżka. Tadeusz przez cały czas ją odwiedzał, choćby jeżeli miał tylko czytać, gdy spała, albo zostawić kwiaty na stoliku.

Pewnego popołudnia doktor z domu opieki porozmawiał z nim.
Synu, twoja babcia jest bardzo słaba. Może nie doczekać zimy.
Tadeusz spuścił głowę, ale nie zapłakał. Wiedział, iż ten dzień nadejdzie.

W jej ostatnie urodziny przyniósł cały bukiet dzikich kwiatów. Pokój wypełnił się zapachem łąki. Spojrzała na niego i, z jasnością umysłu, której nie miała od miesięcy, powiedziała:
Dziękuję, iż o mnie nie zapomniałeś.
To był ostatni dzień, w którym mogli ze sobą porozmawiać.

**Pożegnanie**

Wanda odeszła pewnej spokojnej nocy. Na jej nocnym stoliku pozostał dziki kwiat zwiędły, ale nienaruszony, jakby trzymał się do ostatniej chwili, dopóki ona nie odeszła.

Pogrzeb był skromny. Nieliczni przyszli: kilku dawnych współpracowników, personel domu opieki… i Tadeusz. Jego ojciec pojawił się w ostatniej chwili, poważny, bez łez.

Pielęgniarka Halina, wzruszona, podeszła do Tadeusza.
Synu, dlaczego nigdy nie przestałeś przychodzić?
Spojrzał na nią z zaczerwienionymi oczami.
Bo to była moja babcia. Wszyscy ją opuścili, gdy zachorowała. Ja nie. choćby jeżeli nie pamiętała, kim jestem.

Jego ojciec, który usłyszał odpowiedź, spuścił głowę ze wstydem. Nic nie powiedział, ale po pogrzebie podszedł do Tadeusza i położył mu dłoń na ramieniu.
Zrobiłeś to, czego ja nie potrafiłem szepnął. Dziękuję.

**Epilog**

Minęły lata. Tadeusz dorósł, skończył studia i został pisarzem. Jego pierwsza książka nosiła tytuł Kwiat, który nigdy nie zwiędł i była dedykowana pamięci pani Wandy.

W dedykacji napisał:

Idź do oryginalnego materiału