Jezioro Wigry, dwadzieścia po osiemnastej, gaz z butli syczy pod kotłem

polregion.pl 5 dni temu

Teść dzwonił do mnie codziennie o siedemnastej trzydzieści. Nie żeby coś sprawdzić — tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Pytał, czy zdążę na kolację, czy Kasia dojechała z pracy, czy w telewizji dają mecz. Ja odpowiadałem krótko, bo byłem w warsztacie po łokcie w oleju, a on gadał, jakby czas go nie kosztował.

Zbigniew miał sześćdziesiąt trzy lata i psa imieniem Borys — wyżła weimarskiego, który chodził za nim krok w krok od jedenastu lat. Kiedy zmarł nagle, w kwietniu, na tę wiadomość zareagowałem tak, jak reaguje się na coś, czego się nie umie ogarnąć: zacząłem organizować. Pogrzeb, papiery, dom nad jeziorem do zamknięcia na zimę. Ktoś musiał to zrobić, a teściowa, Danuta, przez pierwszy tydzień nie wstawała z fotela.

Borysa zabraliśmy do siebie, do Suwałk, do bloku na Kowalskiego. Wydawało mi się to logiczne — pies powinien być blisko rodziny, a nie sam w pustym domu nad wodą. Kasia się zgodziła od razu, ja też nie miałem wątpliwości. Problem w tym, iż nikt z nas nie zapytał samego Borysa.

Przez pierwsze dni pies nie jadł. Stawiałem mu miskę z karmą Purina, tą samą, którą kupował Zbigniew, a on obwąchiwał ją i odchodził. W nocy chodził po korytarzu, pazurami stukał o panele, aż sąsiad z dołu zaczął pukać kijem w rurę. Najgorzej było wieczorami — Borys siadał przy drzwiach balkonowych, dokładnie o tej porze, kiedy teść zwykł schodzić z kubkiem kawy nad wodę, i po prostu tam stał. Godzinami.

Ja to widziałem inaczej niż Kasia. Ona się rozklejała, mówiła, iż pies cierpi, iż trzeba coś z tym zrobić. A ja się złościłem — na siebie chyba bardziej niż na kogokolwiek. Bo to ja upierałem się, iż zabranie psa z domu było dobrym pomysłem, iż tak będzie „bezpieczniej", iż „nie zostawimy go samego". Nie chciałem przyznać, iż się pomyliłem, bo od śmierci Zbigniewa czułem, iż muszę mieć rację przynajmniej w jednej sprawie.

W drugim tygodniu przyjechała do nas Danuta. Usiadła w kuchni, nie zdjęła choćby płaszcza, popatrzyła na psa stojącego przy drzwiach i powiedziała tylko:

— Zbyszku, on musi wrócić nad wodę.

Zabrzmiało to tak, jakby mówiła do męża, nie do mnie. Nikt jej nie poprawił.

Zawiozłem Borysa nad jezioro w niedzielę. Danuta zdecydowała, iż sama tam zostanie — sprzeda swoje mieszkanie w bloku albo je wynajmie, jeszcze nie wiedziała, ale nad wodą już nie chciała się ruszać. Kasia się z nią kłóciła przez telefon z trzy razy, iż sześćdziesięciopięcioletnia kobieta nie powinna mieszkać sama, kawał drogi od miasta, zimą droga bywa nieodśnieżona. Danuta się nie ugięła.

Ja jeździłem tam z workiem karmy i kanistrem gazu do kuchenki, bo w domu nie było jeszcze przykręconej butli na stałe — Zbigniew miał to zrobić na wiosnę, nie zdążył. I to właśnie przy tej butli, przy tym syku gazu wieczorem, zobaczyłem to pierwszy raz.

Borys wyszedł na pomost dokładnie o osiemnastej dwadzieścia. Stanął, popatrzył przed siebie na wodę — nie na mnie, nie na Danutę, tylko na ten pas jeziora, gdzie Zbigniew zarzucał wędkę pod wieczór, tam gdzie sitowie rosło gęściej. Wszedł do wody bez pluskania, jakby wiedział dokładnie, gdzie brzeg jest równy. Zrobił jedną pętlę, spokojną, bez pośpiechu, i wrócił.

Wytrząsnął się na deskach, poszedł na sam koniec pomostu, w miejsce, gdzie stało jego krzesło ogrodowe — plastikowe, zielone, z odpryskami po latach słońca — i położył się dokładnie w tym punkcie. Twarzą w stronę zachodu. Czekał, aż światło zejdzie za linię drzew po drugiej stronie jeziora.

Danuta stała w progu z kubkiem, tym samym, z niebieskim uchem wyszczerbionym, i nie odezwała się. Ja też nie. Gdzieś za nami telewizor sąsiadów przez otwarte okno leciał z wiadomościami sportowymi, ktoś przejechał traktorem po żwirowej drodze — normalne dźwięki wsi, które nagle wydały mi się nie na miejscu.

Zabrałem Borysa do weterynarza w Suwałkach, na Kościuszki, bo Kasia się uparła. Doktor Sowiński zbadał go od góry do dołu, powiedział, iż fizycznie wszystko w porządku, serce, stawy, wszystko jak u młodszego psa. Powiedział coś jeszcze, co utkwiło mi w głowie: iż stare psy nie tyle czekają na kogoś, co trzymają się rytuału, bo rytuał jest jedyną rzeczą, która im została ze związku, którego już nie ma.

Przez lato jeździłem tam z Kasią prawie co weekend, sto dwadzieścia złotych na paliwo w jedną stronę i z powrotem, nie liczę, ile razy przywiozłem butlę gazową na wymianę. Danuta się urządziła, sprzedała mieszkanie w Suwałkach za trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych i część tych pieniędzy wsadziła w remont dachu nad domem nad jeziorem, żeby zimą nie przeciekało. Zostawiła sobie skrawek na życie, resztę odłożyła — mówiła, iż to dla wnuków, których jeszcze nie mieliśmy.

We wrześniu przyjechałem sam, bez Kasi, bo miała nadgodziny w szpitalu. Usiadłem na pomoście koło Borysa, jego siwy pysk oparł się o moje kolano, sierść mokra jeszcze po pływaniu pachniała mułem i tataraku. Danuta przyniosła dwa kubki kawy, jeden postawiła koło mnie, drugi trzymała sama, choć nie pił jej nikt drugi.

— Zbyszek by się śmiał — powiedziałem — iż tyle się o to biliśmy, a on i tak wygrał.

— Nie wygrał — odpowiedziała. — Po prostu zostawił coś, co samo wie, dokąd wracać.

Nie dodała nic więcej. Wypiła kawę do końca, wylała fusy z kubka do wody przy pomoście, tak jak robił to Zbigniew, i wróciła do domu zamknąć okiennice, bo od jeziora zaczynało ciągnąć chłodem.

Idź do oryginalnego materiału