CZY JESTEŚ MOIM SZCZĘŚCIEM?
Wydaje się, iż nigdy nie miałam zamiaru wychodzić za mąż. Gdyby nie uparte zaloty mojego przyszłego męża, dalej fruwałabym swobodnie jak sikorka na warszawskim niebie. Adam, jak zwariowany świetlik, krążył wokół mnie, pilnował, uprzedzał każde moje życzenie, pyłek zdmuchiwał z mojego ramienia… I poddałam się. Wzięliśmy ślub.
Adam już po chwili stał się swojskim, bliskim człowiekiem. Było z nim wygodnie, jak w miękkich kapciach, w które wskakujesz po męczącym dniu w pracy w urzędzie miasta.
Rok później urodził się nasz syn Świętosław. Adam pracował w innym mieście, chyba w Łodzi. Wracał do domu raz w tygodniu, zawsze z torbą pełną smakołyków dla mnie i Świętka: pączki, mazurki, kabanosy Kiedy przyjeżdżał, jak zwykle szykowałam się do prania jego rzeczy. Sprawdzanie kieszeni weszło mi w nawyk po tym, jak raz uprałam mu dowód osobisty.
Od tej pory przed każdym praniem dokładnie obmacywałam wszystkie kieszenie. Tym razem z jego spodni wypadł zgięty w czworo papier. Rozprostowałam. Długi spis szkolnych przyborów (to był sierpień). Na końcu dziecięce litery: Tato, wracaj szybko.
Ach, więc tak mój mąż się bawi poza domem! Dwuznaczność!
Nie zrobiłam awantury; torba pod pachę, synka (wtedy choćby trzech lat nie miał) za rękę i do mamy na Saską Kępę. Na długo. Mama wydzieliła nam pokoik: Mieszkajcie tu, aż się pogodzicie.
Pojawiła się myśl, by zemścić się na niewdzięcznym mężu. Przypomniałam sobie kolegę z liceum, Romana. Z nim to się zadam! Roman nie dawał mi spokoju ani w szkole, ani po. Dzwonię.
Cześć, Romek! Jeszcze się nie ożeniłeś? zaczęłam ostrożnie.
Nataszka? Cześć! Co za różnica, żonaty-nieżonaty Może się spotkamy? rozpromienił się Roman.
Mój przypadkowy romans z Romanem ciągnął się pół roku. Adam co miesiąc przynosił Świętosławowi alimenty. Wrzucał je do ręki mojej mamie i wychodził bez słowa.
Wiedziałam, iż mąż mieszka z Katarzyną Jankowską. Miała córkę z pierwszego małżeństwa. Kasia wymogła, by dziewczynka nazywała Adama ojcem. Zamieszkali w kawalerce Adama na Targówku. Gdy dowiedziała się o moim odejściu, natychmiast przeprowadziła się z córką z Poznania. Kasia uwielbiała Adama: dziergała mu wełniane skarpety, gotowała sycące żury i bigosy. O tym wszystkim dowiedziałam się później. Przez całe życie będę wyrzucać Adamowi tę Kasię Jankowską. Wtedy wydawało mi się, iż nasze małżeństwo jednak kompletnie się wypaliło
Jednak gdy z Adamem spotkaliśmy się w kawiarni na Mokotowie, by omówić sprawę rozwodu, napadły nas miłe wspomnienia. Adam wyznał, iż kocha mnie nad życie, przyznał się do winy. Powiedział, iż nie wie, jak pozbyć się natrętnej Kasi.
Zrobiło mi się go ogromnie żal. Wróciliśmy do siebie. Adam nigdy się nie dowiedział o Romanie. Kasia z córką zniknęły z Warszawy na zawsze.
Minęło siedem słodkich, spokojnych lat małżeństwa. Potem Adam miał wypadek samochodowy na trasie z Wrocławia. Operacje, rehabilitacja, kule. Dwa lata minęły na leczeniu. Te zabiegi wykończyły go. Adam zaczął pić wódkę, tracił siebie, zamykał się w swoim świecie. To był bolesny widok żadnej prośbie nie dawał szansy. Zadręczał siebie i nas z synem. Od pomocy uparcie odmawiał.
Za to w pracy pojawił się przyjaciel do narzekania Paweł. Wspierał mnie w palarni, spacerował po Starym Mieście, pocieszał. Był żonaty; żona spodziewała się drugiego dziecka. Do dziś nie pojmuję, jak wylądowaliśmy razem w łóżku. Senny surrealizm! Był niższy ode mnie o głowę, drobny, zupełnie nie w moim typie!
A potem Paweł zaczął wyciągać mnie na wystawy, koncerty, balety. Gdy żona urodziła córkę, zwolnił z rozrywkami, rzucił pracę i znalazł inną. Może uznał: z oczu, z serca?
Nie rościłam do niego pretensji. Puściłam go lekko z powrotem do jego świata. W moim życiu Paweł po prostu zagłuszył pewien czas ból duszy. Nie zamierzałam niszczyć cudzej rodziny.
Adam dalej pił.
Po pięciu latach przypadkiem spotkaliśmy się z Pawłem. Zupełnie poważnie zaproponował mi małżeństwo. Roześmiałam się.
Adam na chwilę się opamiętał. Pojechał do pracy do Czech na budowlance w Pradze. Ja wtedy byłam przykładną żoną i troskliwą matką. Myśli miałam tylko o rodzinie.
Adam wrócił po pół roku. Zrobiliśmy remont w domu, kupiliśmy lodówkę, pralkę, Adam naprawił swojego starego volkswagena. Życie jak z bajki. Ale nie! Adam znowu zaczął pić. Rozpoczęły się piekielne rundy. Koledzy przynosili go z knajpy. Sam nie był w stanie dojść do domu, ledwie się czołgał Nieraz biegałam po naszym osiedlu, szukając nieprzytomnego męża, leżącego na ławce, z wywróconymi pustymi kieszeniami. Ciągnęłam go na plecach do mieszkania. Słowem bywało różnie.
Pewnej wiosny stałam smutna na przystanku autobusowym pod Placem Zbawiciela. Wokół bezsensownie szczebiotały wróble, słońce łaskotało promieniami, a ja nic nie czułam. Nagle ktoś szepcze mi do ucha:
Może mogę Ci pomóc w Twojej biedzie?
Odwracam się. O, Matko Boska! Co za pachnący przystojniak! A ja wtedy już 45 lat! Czy znowu zakwitnę, jak malina w maju? Speszyłam się jak niewinna dziewczyna. Na szczęście podjechał autobus, wskoczyłam do środka. I odjechałam w siną dal. Mężczyzna pomachał mi na pożegnanie. Cały dzień śniłam o nim w pracy.
Przez kilka tygodni odmawiałam mu spotkań z grzeczności. Ale Igor (tak miał na imię nieznajomy), był jak czołg, codziennie czekał na mnie na tym samym przystanku. Zaczęłam go wypatrywać z daleka. Gdy mnie dostrzegał, uśmiechał się i przesyłał pocałunki w powietrzu.
Pewnego ranka przyniósł naręcze czerwonych tulipanów. Powiedziałam mu: Gdzie ja z tymi kwiatami do pracy? Dziewczyny mnie rozgryzą!
Igor roześmiał się: Nie pomyślałem o takich strasznych konsekwencjach.
Oddał więc bukiet starszej pani, która z ciekawością obserwowała naszą scenę. Babcia aż się rozpromieniła: Dziękuję, chłopcze! Niech Ci się trafi ognista kochanka! Zarumieniłam się. Dobrze, iż nie życzyła mu młodej!
Igor zwrócił się do mnie:
Nataszko, może wspólnie będziemy winni? Nie pożałujesz.
Przyznaję, propozycja była kusząca. Wtedy między mną a Adamem nie było już żadnych relacji; Adam leżał jak kłoda, pogrążony w piciu.
Igor okazał się niepalącym abstynentem, dawnym sportowcem (miał 57 lat) i świetnym rozmówcą. Był po rozwodzie. Miał w sobie magnetyczną siłę!
Zatonęłam w tym romansie! Stał się dla mnie otchłanią namiętności. Trzy lata wahałam się między domem a Igorem. Dusza mi wariowała.
Nie było siły, by przestać. Jednak gdy już pojawiła się ochota, siły nie starczyło. Dziewczyna odpycha chłopa, a ten nie odchodzi! Igor zawładnął mną całkowicie. Znane: zakochasz się, rozum tracisz! Przy nim aż zapominałam oddychać. To był amok. Ale czułam, iż ta żądza nie prowadzi do szczęścia. Nie kochałam Igora.
Po powrocie z gorącej randki, pragnęłam mocno przytulić się do męża. choćby pijanego, choćby śmierdzącego, ale swojego, czystego! Swój chleb najsłodszy! Wydawało mi się, iż to właśnie życiowa prawda. Namiętność to przecież od cierpieć chciałam odcierpieć Igora i wrócić do rodziny. Tak mówiła głowa, ciało szalało. Byłam niewolnicą płonącej pasji i nie umiałam się opanować.
Syn wiedział o Igorze. Zobaczył nas kiedyś w restauracji, gdy wpadł tam ze swoją dziewczyną. Musiałam przedstawić Igora synowi. Uścisnęli sobie ręce. W domu Świętosław patrzył na mnie pytająco. Czekał na wyjaśnienia. Zażartowałam, iż to kolega z pracy zaprosił mnie, żeby omówić projekt. No jasne w restauracji, pokiwał głową syn. Nie potępiał. Prosił, bym nie rozwodziła się z tatą. Mówił, iż może się jeszcze opamięta.
Czułam się, jakbym była zagubioną owcą z koła gospodyń. Rozwiedziona koleżanka doradzała: rzuć tych łachudrów i odpocznij! Miała doświadczenie własnego trzeciego męża dożywała. Słuchałam jej. To były logiczne rozważania. Ale przestałam dopiero wtedy, gdy Igor podniósł na mnie rękę.
To był koniec. Koleżanka zawsze powtarzała: Woda spokojna, póki z brzegu patrzysz
Oczy mi się otworzyły. Trzy lata męki! Uff! Wolność! Przyszedł długo wyczekiwany spokój.
Igor jeszcze długo próbował mnie odzyskać: czekał w różnych miejscach, publicznie prosił o wybaczenie na kolanach Byłam nieugięta! Koleżanka-poradniczka ucałowała mnie i podarowała kubek z napisem Jesteś adekwatna!
Co do Adama: wszystko wiedział o moich grzesznych wybrykach. Igor dzwonił do niego i opowiadał. Mój kochanek był pewny, iż odejdę z rodziny. Adam przyznał:
Gdy słuchałem nagabywań twojego adoratora, chciałem umrzeć po cichu. Przecież sam wszystko schrzaniłem! Sam! Zmarnowałem żonę przez wódkę. Idiota. Co mogłem Ci powiedzieć?
Od tamtej pory minęło dziesięć lat. Z Adamem mamy dwie wnuczki. Siedzimy pewnego dnia nad obiadem, popijając kawę. Spoglądam przez okno. Adam łapie mnie delikatnie za rękę:
Nataszko, nie rozglądaj się. Ja jestem twoim szczęściem. Wierzysz?
Pewnie, wierzę, mój jedynyUśmiecham się, czując pod palcami ciepło jego dłoni. Zamiast odpowiedzi, opieram głowę na jego ramieniu. Przez chwilę słyszymy tylko śmiech wnuczek bawiących się w pokoju obok i cichy stukot filiżanek.
Wiem, iż szczęście to nie jest ani igła, ani pierścionek, ani choćby czerwone tulipany. To nasze codzienne chwile, te kubki z kawą, wspólny obiad. Te lekko zmęczone oczy, których dotykam teraz palcami.
Adam pochyla się i całuje mnie w czubek głowy. W jego spojrzeniu widzę odwagę zmęczonego wojownika i ciepło człowieka, który przeszedł przez wszystkie burze. Nie muszę już szukać odpowiedzi. Szczęście przyszło niewidocznie, cicho, jak poranny promyk słońca wpadający do kuchni.
W końcu rozumiem nie trzeba było daleko uciekać. Cały czas było tu, obok mnie. Czasem potargane, czasem zziębnięte, częściej kruche niż mocne, ale moje. Nasze.
Śmieję się przez łzy i ściskam Adama mocniej niż kiedykolwiek. W tym momencie jestem pewna, iż już nigdzie nie muszę się rozglądać.











