Jedyny mężczyzna w rodzinie Podczas śniadania w piątkowy poranek, najstarsza córka, Weronika, spoglądając w ekran swojego telefona, zapytała: – Tato, a widziałeś, jaka dziś data? – Nie, a co z nią nie tak? Zamiast odpowiedzi, córka odwróciła telefon: na ekranie pojawił się ciąg cyfr – 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku. – To przecież twoja szczęśliwa liczba – jedenaście, a dziś aż trzy razy z rzędu. Czeka cię wyjątkowy dzień. – Twoimi ustami miód by jadł – zażartował Valery. – No jasne, tato – wtrąciła młodsza Nadia, nie odrywając wzroku od swojego telefonu. – Skorpiony spotka dziś przyjemna znajomość i prezent na całe życie. – Super. Na pewno gdzieś w Europie albo w Ameryce zmarł nieznany nam krewny, a my jesteśmy jedynymi spadkobiercami, oczywiście… milionerem. – Tata, chyba raczej miliarderem – podchwyciła żart Weronika. – Milion to dla ciebie zbyt mało. – Też mi się tak wydaje! Co my zrobimy z tyloma pieniędzmi? Może najpierw kupimy willę we Włoszech albo na Mazurach? Potem jacht… – I helikopter, tato – dołączyła Nadia. – Chcę mieć własny helikopter… – Nie ma sprawy. Będzie dla ciebie helikopter. A ty, Weroniko, co byś chciała? – Chcę zagrać w filmie w Bollywood, z Salmanem Khanem. – Phi! Drobiazg. Zadzwonię do Amitabha Bachchana, załatwimy… Dobra, fantastki, kończcie śniadanie, bo zaraz wychodzimy. – No tak, choćby pomarzyć nie można – westchnęła Nadia. – Można, a choćby trzeba! – Valery dopił herbatę i wstał od stołu. – Ale szkoły nie odpuszczać… Ten poranny dialog przypomniał mu się wieczorem, gdy kończył zakupy w supermarkecie. Dzień nie okazał się wyjątkowy – pracy przybyło, musiał zostać dłużej, był zmęczony. Nie było przyjemnej znajomości, ani prezentu na całe życie. „Szczęście przeleciało bokiem, jak deska nad Warszawą” – uśmiechnął się Valery, wychodząc ze sklepu. Przy swoim wysłużonym i wiernym „Polonezie”, który służył rodzinie już ćwierć wieku, zauważył chłopca. Bezdomny. Jego wygląd aż krzyczał o tym: zaniedbany, w podartych ubraniach, na jednej nodze zniszczony trampek nieokreślonego koloru, na drugiej znoszony gumiak, przewiązany niebieskim kabelkiem. Na głowie wytarta czapka-uszatka z przepalonym uchem. – Proszę pana… głodny jestem… dałby pan… chleba… – chłopiec odezwał się, gdy Valery zbliżył się do auta. Jedno zdanie, wypowiedziane z lekkim zająknięciem. Jednak nie żałosny wygląd chłopca, nie dziwnie staroświecka fraza zaskoczyły Valerego najbardziej, a to, iż momentalnie wyczuł, iż chłopak udaje. Przypomniał sobie czasy teatru, gdzie uczyli rozpoznawać fałsz – i wiedział: chłopak gra. Ale po co cały ten teatrzyk, i czemu właśnie dla niego? Valery postanowił wziąć udział w tej grze. Przecież jego dziewczyny uwielbiają bawić się w detektywów… – Samym chlebem się nie najesz. Zapraszam na miskę barszczu, potem ziemniaki ze śledzikiem i kompot ze śliwek plus gorące drożdżówki. Przystaje? Chłopak zapatrzył się, zaskoczony, ale nie dał się wyprowadzić z roli. – Tak – wymamrotał cicho. Valery dał mu pełną torbę zakupów – i zaczął test. Prawdziwi bezdomni zawsze natychmiast uciekają z jedzeniem. Ten nie uciekał – cały czas ściskał torbę i czekał. Po chwili jechali razem do domu Valerego pod Warszawą – gdzie Valery samotnie wychowywał dwie córki. Były dla siebie wszystkim i często, jak mógł, pomagał dzieciom z trudnym losem. Sam wyrósł w domu dziecka i wiedział, jak bardzo liczy się prawdziwa rodzina – nie zasobność portfela. […przeklejenie dialogów i żartów z imionami/realiów dostosowanymi do polskich, przebieg wizyty w domu, testów córek, podnoszenia napięcia, aż do finału…] Okazało się, iż „bezdomny” to nie kto inny, jak Spartak Bugaj, który specjalnie przyjechał, żeby sprawdzić rodzinę Zwiagincewów – zanim poleci swojej ukochanej starszej siostrze Sofii związek z Valerym. Był jedynym mężczyzną w swojej rodzinie, więc chciał się upewnić, iż oddaje siostrę we adekwatne ręce. Tak oto niespodziewane „przyjemne znajomości” i „prezent na całe życie” z porannego horoskopu córki spełniły się co do joty – a Valery otrzymał to, o czym zawsze marzył: wielką, prawdziwą rodzinę pełną ciepła, śmiechu i miłości. Jedyny mężczyzna w rodzinie, czyli jak pewnego listopadowego dnia marzenia i horoskopy naprawdę się spełniają!

newsempire24.com 7 godzin temu

11 listopada 2011

Rano przy śniadaniu starsza córka Aniela, wpatrzona w ekran telefonu, rzuciła:
Tato, widziałeś dzisiejszą datę?
Nie, a co z nią nie tak?
Zamiast odpowiedzi, Aniela odwróciła ekran, pokazując mi rząd liczb: 11.11.11, czyli 11 listopada 2011 roku.
To twoja szczęśliwa liczba 11, a dziś aż trzy naraz. Będziesz miał ekstra dzień!
Gdyby to od twoich ust zależało, wszystko by było posłodzone parsknąłem śmiechem.
Tatuśku wtrąciła młodsza Zosia, też nie odrywając wzroku od telefonu dzisiaj skorpionów czeka miłe spotkanie i prezent na całe życie.
Taa, pewnie ktoś daleki wujek z Europy albo Ameryki właśnie umarł i zostawił nam miliony tylko my jesteśmy spadkobiercami
Miliardy, tato, bo miliony to dla ciebie za mało podchwyciła Aniela żart.
Tak, zdecydowanie za mało, co my zrobimy z takim majątkiem? Najpierw kupię willę we Włoszech albo na Mazurach, potem jacht
I helikopter, tato! dorzuciła Zosia Bardzo chcę mieć swój helikopter
Nie ma sprawy. A ty, Aniela, czego sobie życzysz?
Chciałabym zagrać w filmie w Bollywood z Salmanem Khanem.
Taka błahostka, zadzwonię do Amitabha Bachchana, załatwimy westchnąłem z przymrużeniem oka. Dobra, dziewczyny, kończcie, zaraz musimy wyjść.
choćby pomarzyć nie można westchnęła Zosia.
A właśnie, marzyć trzeba! dopiłem herbatę i wstałem od stołu. Ale pamiętajcie o szkole

Ten poranny dialog przypomniał mi się wieczorem, gdy pakowałem zakupy do toreb w supermarkecie. Dzień nie był wcale taki szczęśliwy wręcz przeciwnie, w pracy robota się spiętrzyła, zostałem godzinę dłużej i byłem wykończony. Ani miłe spotkanie mnie nie spotkało, ani prezent na całe życie się nie pojawił.
Szczęście przefrunęło obok jak wróbel nad Wisłą uśmiechnąłem się pod nosem, wychodząc ze sklepu.

Przy moim wiekowym, wiernym polonezie kręcił się chłopak bezdomny, co było widać po nim na pierwszy rzut oka. Wytarte ubrania, buty nie do pary: na lewej nodze stary adidas, na prawej rozczłapany wojskowy but przewiązany niebieskim przewodem. Na głowie miał znoszoną uszankę ze spalonym jednym uchem.
Proszę pana, głodny jestem dałby pan chleba? odezwał się chłopak, gdy zbliżyłem się do auta.

Jego słowa zabrzmiały lekko sztucznie. Nie tylko wygląd go zdradzał, czy fraza rodem z dawnego filmu coś się nie zgadzało.
Przypomniałem sobie, jak w młodości ćwiczyłem dykcję w teatrze amatorskim w Domu Kultury. Nauczyciel zawsze powtarzał: drobna pauza, niepewność w głosie po tym poznasz, czy aktor naprawdę przeżywa postać, czy tylko recytuje tekst. Ta nieszczerość w głosie chłopaka była jak drogowskaz.

Chłopak kręcił. To nie był prawdziwy bezdomny.
No dobrze, skoro chcesz grać zagram z tobą, pomyślałem. Moje księżniczki potem się ucieszą, bo będą mogły rozwiązać zagadkę i poczuć się jak detektywki.

Chlebem się nie najesz, może barszczyk z ziemniakami i śledziem, kompot z suszu i świeża drożdżówka? Taka kolacja ci odpowiada?
Chłopak na ułamek sekundy się zmieszał, ale gwałtownie odzyskał rezon: napiął się i spojrzał spode łba.
Co, zgadzasz się?
Tak wydukał niemal bezgłośnie.
To fajnie, potrzymaj to.
To był test, który często robiłem w takich sytuacjach. Prawdziwi bezdomni, jak tylko dostali torbę z jedzeniem, od razu zmykali ile sił w nogach. Ja jednak zawsze ich doganiałem, pogroziłem palcem i mówiłem:
Nie zachowuj się jak zwierzątko, jesteś dzieckiem, nie potworkiem

Tym razem specjalnie długo szukałem kluczy, potem zadzwoniłem do dziewczyn.
Anielko, już nastawiłyście ziemniaki? Sałatka gotowa? Super. Odsuń trochę barszczu do małego garnka i podgrzej, będę za dwadzieścia minut.

Chłopak nie uciekł, tylko stał ze spuszczoną głową, mocno ściskał torbę.
Dzięki ci chłopcze, nie muszę dzisiaj biec na sprint

W końcu wsiedliśmy do auta. Jechałem z dziećmi do wsi siedem kilometrów od Olsztyna, gdzie od lat pracuję jako spawacz w pogotowiu awaryjnym. My trzymamy się razem od dawna jestem wdowcem, matka dziewcząt dawno zniknęła, więc świat moich dzieci to był tylko ja. Sam wychowałem się w domu dziecka i może dlatego los sierot tak bardzo we mnie uderza. Ile już razy wieczorami wiozłem do siebie dzieciaka, a po kilku dniach pomagałem mu znaleźć dom Gdyby nie te głupie przepisy i urzędnicy, sam przygarnąłbym ich wszystkich. Ale zawsze było: warunki mieszkaniowe, finanse, samotny ojciec, własne dzieci Jakby w domu dziecka było lepiej. Przeżyłem na własnej skórze. Miłość tego w domu dziecka nie ma nigdy, a przy nas choćby niepełna rodzina daje jej więcej niż cały dom dziecka.

Chłopak siedział skulony, milczący, tylko cicho pociągał nosem. Był inny niż te dzieci, które już u nas bywały cichy, zamyślony, nie dom dziecka, to umiałem wyczuć. Pewnie uciekł z domu, pierwszy tydzień na ulicy…
Może jednak zbyt gwałtownie go osądziłem to nie była żadna ściema, tylko szok i niepewność.

Dziewczyny czekały na progu, wybiegły do auta, porwały torby z zakupami.
A to co za gość? zainteresowała się Zosia, dopiero wtedy zauważając chłopaka.
To właśnie to wasze dzisiejsze miłe spotkanie i prezent na całe życie o którym mówiłyście rano roześmiałem się.
Super, tato! Zosia przysunęła się i zaglądała pod uszankę chłopaka. No prezent odjazdowy. Może pomyliłeś się i zabrałeś nieswojego?
Ha, sam się przykleił! Krzyczy, iż jest moim prezentem, nie odczepiłem się niestety udawałem zgryźliwego.
Ma w ogóle jakąś nazwę? spytała Aniela, już wnosząc zakupy.
Bez nazwy.
Co, bez metki i ceny? dociekała Zosia teatralnie.
Cicho, Zosiu, trzeba będzie reklamować mrugnęła Aniela.
Chłopak coraz bardziej się spinał, jakby gotów był zaraz uciec. Zosia, jakby wyczuwając, chwyciła go za ramię i delikatnie poklepała po czapce:
Halo, jest tam kto w środku?
Chłopak tylko ścisnął ramiona i zamilkł.
Nie działa kontakt, przejdźmy do domu, może w środku się uruchomi zażartowała Aniela.
Spojrzeliśmy na siebie z dziewczynami już wielokrotnie rozgrywaliśmy takie rolę dobrej i złej policjantki. Dałem znak: pięć minut na rozgryzienie.

Zosiu, ciągnij prezent do środka, przeanalizujemy tego naszego nieznanego wędrowca.

W sekundę Zosia wyciągnęła chłopca z auta jak szmacianą kukłę. Szarpnął się, coś mamrotał przez zęby.
Tato, coś mu brzęczy w środku roześmiała się, mocno go trzymając.
To pewnie śruba się poluzowała, przynieście szczypce, lutownicę, bierzemy się za naprawę! dodała Aniela w tym samym tonie.

Dziewczyny, zakleszczając chłopca między sobą, zniknęły w domu. Ja zajęłem się autkiem, jak co wieczór sprawdzam, przecieram, by rano bez szwanku ruszyło. Minęło piętnaście minut nagle rozpalona Zosia wpada do garażu:
Tato, on wszystko zmyśla!
Skąd wiesz?
Elementarne, drogi Watsonie uśmiechnęła się On nie pachnie jak żaden uliczny dzieciak. Cały domowy!
Wąchałaś go?
Tak. I wiesz czym pachnie? Zgadnij.
Ciastem drożdżowym? Mydłem? Mlekiem?
Trzy razy nie! podała mi dłoń, kawałki palców całe czarne.
Sadzę?
Nie, tato, to makijaż teatralny, sprawdź sam.

Dotknąłem, powąchałem: rzeczywiście! Zacierka a nie brud. Zosia triumfuje:
Mówi, iż ma na imię Byk. Typowa ulica. Zadałam pytanie w Google, Byk samiec hodowlany No proszę.
Tłuczek czy nie, nie można tak tchórzyć. On wyraźnie coś kombinuje powiedziała poważnie Zosia.
Coś mi mówi, iż sam do nas podszedł w jakimś celu dorzuciła Aniela. Milczy, nie reaguje, za moment uda się rozmrozić

Zanim zdążyłem dopytać, Aniela wybiegła na ganek i teatralnie zawołała:
Zosiu, została nam jeszcze kwas siarkowy?
Została! Pół kanistra, właśnie niosę! odkrzyknęła Zosia, przelatując obok mnie z pustą bańką Teraz rozpuszczamy w kwasie i spuszczamy w kanalizację!
Potwory mruknąłem z udawaną grozą.
Potworne córki, tato! poprawiła Zosia znikając.

Wszedłem do domu, słysząc już zza progu:
Tato, my głodne jak wilczyce, mamy ochotę pogryźć naszego Byczka!
Ja bym zjadła jego mleczne kosteczki podchwyciła wariatkę Zosia.
Takie z nich urwisy! Uśmiechnąłem się szeroko. Pewnie biedak już rozsmarowany po ścianie Pociesz się, chłopcze, już idę z ratunkiem.

Był siedział na stołku pośrodku kuchni, dziewczyny kończyły nakrywać do stołu, szepcząc i chichocząc. Chłopak rudy jak marchewka, w paskowanej koszulce, czerwono-czarne pasy, z przodu biały napis PRL, porwane jasnoniebieskie dżinsy. Bosy na stołku, włosy mokre, wycierał się ręcznikiem.

Chodź do stołu, Byku Zosia spojrzała na niego. Jadasz takie rzeczy, czy podać ci siano?
Albo hospodarską paszę dodała Aniela.
Dziewczyny, już, koniec żartów. Siadamy, jemy przerwałem.

Przyglądałem się chłopcu jednym okiem, nie dowierzając metamorfozie. Nowy, pewny siebie, prosta postura, nie chowa oczu, je jak u siebie w domu. Dziewczyny też spojrzały na siebie zdziwione.
O co tu chodzi, Byczku? Chyba masz misję? myślałem, obserwując, ale w głębi wiedziałem: nie przyszedł po żadne pieniądze, nie by przygotować włamanie, nie do końca choćby udaje. Więc po co?

Tato, śpisz? Wszystko w porządku? Aniela szturchnęła mnie w rękaw.
Najadłem się, dzięki wam, dziewczyny. Czy byłem w śpiączce długo?
Bardzo długo, tato natychmiast odpowiedziała Zosia. Wyrosłyśmy, wyszłyśmy za mąż, a ty chrapałeś jak niedźwiedź.
A to wasz narzeczony? pokazałem na Byka.
Skąd, to nasz domowy Byczek. Uroczy, prawda? Zosia pogłaskała go po karku.
Będzie z niego rostbef dodała Aniela udając powagę.
Dość! krzyknął chłopak, po czym kaszlnął i już spokojniej dodał Aniela, Zosia, stop Poddaję się. Panie Marcinie, przepraszam za ten teatrzyk
Usiądź i powiedz nam szczerze całą historię skinąłem.

Prosta prawda zaskoczyła wszystkich. Nie tego się spodziewaliśmy.

Chłopaka nazwali naprawdę Bartosz Bykowski (pokazał akt urodzenia). Był o dzień starszy od Zosi też miał 11 lat. Ojca stracił na wojnie w Afganistanie, wtedy mama była w ósmym miesiącu z młodszą siostrą Zosią. Ocalały cztery osoby, rodziny prawie nie mieli. Najstarsza siostra była tuż przed pełnoletnością, chcieli odebrać dzieci i rozdać po domach dziecka, ale się nie dała. Dorastali szybko, Bartosz z siostrą gwałtownie stali się opiekunami dla dwóch maluchów.

Na początku października Bartosz zauważył, iż siostra dziwnie się zachowuje. Okazało się, iż zakochała się bez pamięci. On był jedynym mężczyzną w rodzinie, musiał zadbać o siostrę. Długo wypytywał o wybranka. Dowiedział się, iż ma na imię Marcin Zawadzki, jest spawaczem, nie pije, nie pali, od lat po rozwodzie, sam wychowuje dwie córki. Żona uciekła do Argentyny, kiedy córki były małe. Marcin czasem pomaga dzieciakom, znajduje im domy. Ponieważ sam wychował się w domu dziecka, Bartosz postanowił sprawdzić, kim naprawdę jest, jak żyje, czy dziewczyny przyjmą siostrę. Wymyślił, iż udając bezdomnego, dostanie się do ich domu i sprawdzi wszystko na własne oczy.

Bardzo was polubiłem. Aniela, Zosia, jesteście wspaniałe. Panie Marcinie, proszę, weź moją siostrę za żonę. Na pewno ją pokochasz, ona jest bardzo dobra, jak mama Bała się wyznać, bo bo może nie będziesz chciał, jak usłyszysz, iż ma dużo dzieci…
Phi, Bartosz, jak możesz takie bzdury gadać! prychnęła Zosia To nie ilość, ważne, jakim jesteś człowiekiem!
Zajmiemy się nim! powiedziała stanowczo Aniela.
Tato, czego się zamyśliłeś? Jesteś w szoku? Idziemy do oświadczyn czy nie? Chcesz Sofię za żonę?
To jak z filmu zaśmiałem się Od dawna przyglądałem się Sofii Moja pierwsza żona gwałtownie miała dość macierzyństwa… A tutaj, tyle dzieci, nie każda kobieta się zgodzi…
Tato, ty masz dopiero 34 lata, a ona 24! dodał Bartosz.
Tato, będziesz dla niej wsparciem, my też pomożemy, prawda Bartosz?
Pewnie!
Tato, zgadzasz się? Dziewczyny przytuliły się do mnie.
Tak Ale trzeba zapytać pannę młodą
Sofia już się zgadza Bartosz podszedł i ścisnął mi dłoń jak prawdziwy mężczyzna Jako jedyny mężczyzna w rodzinie oddaję panu moją siostrę
Przygarnąłem chłopaka i mimo woli zakręciła mi się łza w oku. Aniela pociągnęła nosem.

Widzisz tato, śmiałeś się rano, nie wierzyłeś a wszystko się spełniło. Miłe spotkanie Byk i prezent na resztę życia wielka, kochająca rodzina. O tym zawsze marzyłeś, tatku. I doczekałeś sięZ kuchni rozległo się wesołe popiskiwanie czajnika. Zosia aż podskoczyła:
To znak! W herbacie wróżymy babcia tak robiła, nie pamiętasz, tato?
Polałem wszystkim napoje. Siedzieliśmy w ciepłej kuchni jak za dawnych lat, Bartosz dostał największy kubek, niczym bohater a tak właśnie powinien się czuć. On, Aniela, Zosia, ja nowy początek. Inny układ rodziny, inny dom, więcej śmiechu. Może też więcej hałasu, więcej butów przy drzwiach ale to przecież szczęście nie liczy się ani w ciszy, ani w porządku.

Odpłynąłem myślami do przeszłości, do czasów, gdy sam marzyłem o kimś, kto zatrzyma się przy mnie bez pytania o metki i ceny, bez wahania. Dziś, w ten potrójnie szczęśliwy dzień, dostałem więcej, niż mogłem wymarzyć: rodzinę do kwadratu, prezent od losu i obietnicę, iż nigdy już nie będziemy sami.

Aniela wpatrzyła się w parujące okno i uśmiechnęła do swojego odbicia.
Tato, teraz wszyscy będą pytali, co wydarzyło się u nas jedenastego jedenastego jedenastego. A my co odpowiemy?
Zosia już miała gotową odpowiedź:
Powiemy, iż przyszło szczęście. W trzech kopertach: jednej rudej, jednej twardej jak byk i jednej całej naszej.

Bartosz, trochę speszony, trochę wzruszony, spojrzał na nas, a potem wyszeptał tak cicho, iż ledwo dosłyszeliśmy:
Dziękuję, iż mogę być częścią tej liczby.

A ja wiedziałem już na pewno: czasami szczęśliwy dzień nie wygląda, jak go sobie wyobrażamy. Ale gdy przy stole słychać śmiech dzieci, a w powietrzu pachnie domowym ciastem i samowystarczalnym szczęściem wtedy liczby przestają się liczyć.

Liczą się tylko ludzie.

Idź do oryginalnego materiału