Jan Miszczak (Fot. Archiwum)Wiadomości, jakie na co dzień docierają do nas z Sejmu za pośrednictwem różnych mediów nie napawają raczej nadmiernym optymizmem. Przeważają bowiem kłótnie, wzajemne złośliwości, szyderstwa i oszczerstwa, a choćby chamskie odzywki. Niekiedy zdarzają się też żarty, częściej wzbudzające jednak zażenowanie, niż uśmiech. Oczywiście zdarzają się też poważne wydarzenia, ale te stanowią nieliczne wyjątki.
Tym razem mamy jednak nieco inną informację, która przeszła jakoś bez echa. A jest to mały jubileusz, o którym niewielu już pamięta, więc uczcimy go w tym felietonie skromnie i bez przesadnej pompy.
Właśnie dziś (niedziela, 24 maja) mija dokładnie pół roku od kiedy w budynkach naszego Sejmu zarządzono zakaz sprzedaży napojów alkoholowych. Zarządzenie to wydał obecny marszałek Włodzimierz Czarzasty, choć wcale nie poszło mu to tak całkiem gładko, chociaż sprawa wydawała się zupełnie prosta.
Jak wiadomo, w żadnym urzędzie, instytucji, czy innym zakładzie pracy ludziom tam zatrudnionym nie wolno spożywać alkoholu, a mimo to marszałek Czarzasty musiał dość długo tłumaczyć sejmowym oponentom, dlaczego wydaje taki zakaz. Było to o tyle niezwykłe, iż wyjaśniał rzecz absolutnie oczywistą. Mówił bowiem, iż skoro dążymy do konieczności zakazu sprzedaży alkoholu np. na stacjach benzynowych, czy też w godzinach nocnych, to posłowie, którzy uchwalają prawo, powinni w pierwszej kolejności dać dobry przykład. Ale nie wszystkim było to w smak i to z tej prostej przyczyny, iż spora grupa chyba lubi ten mocny smak. W końcu zarządzenie przyjęło i od tej pory oficjalnie nie ma picia, co jest tak oczywiste, jak choćby zakaz sprzedaży alkoholu w szkolnych sklepikach.
A co się stało z alkoholem, który był już w sejmowej knajpie i magazynie? I tu sprawa wcale nie była błaha, gdyż już po wprowadzeniu przez marszałka zakazu sprzedaży trunków Kancelaria Sejmu odkryła, iż pozostało jej jeszcze ok. 500 litrów. Gdyby nie liczyć pracowników Sejmu, a tylko samych 460 posłów, to na łeb przypadał ponad litr. Czarzasty dopytywany przez TVN24, co stanie się z tym alkoholem, po dłuższym namyśle odparł rzeczowo, że… „damy sobie radę”, co mogło zabrzmieć dwuznacznie. Czytam i dowiaduję się, iż w Sejmie mieli dokładnie 248 l wina, 63 l alkoholi mocnych, 158 l piwa i trochę innych napitków wyskokowych. Chyba nie były to jednak trunki z najwyższej półki, skoro łączną ich wartość wyceniono na 20 tys. zł.
Napitki te przez cały czas znajdują się w Sejmie, bo ponoć nie ma takiej możliwości prawnej, żeby je sprzedać, bądź dać komuś za friko. Więc mówi się, iż zostaną wykorzystywane podczas wydarzeń dyplomatycznych organizowanych przez Kancelarię Sejmu, ale tylko wtedy, gdy będzie to uzasadnione względami protokolarnymi, co brzmi poważnie i uroczyście. Jest też pomysł, by np. piwo wykorzystywać w kuchni do przygotowywanych tam posiłków. Już widzę, jak podają michę zupy piwnej, ale zimną i bez dodatków. Tyle tylko, iż zamiast kufla będzie talerz. Ale przecież w kuchni śródziemnomorskiej wino i inne trunki dodaje się do wielu potraw, więc dlaczego nie mianoby wykorzystać tych napitków także w naszej kuchni, co już czyni wielu kucharzy.
Mimo to warto zachować spokój, bo choć mamy w kraju coraz lepsze wyniki gospodarcze, to przecież aż tak się nam nie przelewa, by tyle trunków ktoś nadgorliwy przelał, czy też raczej wylał za kołnierz.













