Hej, słuchaj, to muszę ci opowiedzieć, już kipię.
Myślałam, iż za mąż wyszłam, naprawdę.
Siedział tam Krzyś jak pomnik, kiedy ja przy kasie w Biedronce płaciłam.
A jak zaczęłam pakować zakupy, to on w ogóle wyszedł na dwór.
Wyszłam w końcu i podeszłam, a on sobie fajkę ćmił.
„Krzyś, weź te torby”, poprosiłam, podając mu dwie ciężkie reklamówki.
Spojrzał na mnie, jakbym kazała mu coś nielegalnego.
„A ty co?” – zdumiał się.
Skisłam kompletnie, nie wiedziałam, co powiedzieć.
Co to miało znaczyć, „ty co”?
Gdzie to słyszane, żeby facet nie pomógł?
Czy to normalne, iż kobieta dźwiga, a on gwizda sobie obok?
„Krzyś, ależ one ciężkie są”, powtórzyłam.
„I co z tego?” – dalej się stawiał.
Widział, iż zaczynam wrzeć, ale jemu się nie chciało taszczyć.
Zerwał się i poszedł przodem, wiedząc, iż nie nadążę.
Pewnie myślał, iż jak weźmie torby, to będzie pod pantoflem.
Że on facet, iż on decyduje, nosić czy nie.
Że żona nie padnie, niech sama sobie radzi.
Taki miał dziś kaprys – żonę poustawiać.
„Krzyś, gdzie idziesz?! Torby weź!” – krzyknęłam za nim, prawie płacząc.
Torby były jak z ołowiu, a on wiedział to najlepiej, bo sam je pakował do wózka.
Do domu było blisko, z pięć minut.
Ale z pełnymi siatkami ta droga wydała się kilometrem.
Szłam i już mi łzy kapały.
Myślałam, iż to głupi żart i zaraz wróci po mnie.
Gdzie tam!
Widziałam, jak się coraz bardziej oddala.
Miałam ochotę rzucić te torby gdzie popadnie.
Ale niosłam je dalej, jak przez mgłę.
Dotarłam do klatki, padłam na ławkę pod blokiem.
Chciałam płakać z żalu i zmęczenia, ale się pohamowałam.
Na ulicy nie wypada, wstyd.
Nie tylko mnie obraził, ale upokorzył takim traktowaniem.
A przecież przed ślubem był taki uważny.
Czy on w ogóle to rozumie?
Rozumie, pewnie, iż rozumie.
Zrobił to specjalnie.
„Olaboga, Kinguś, co ty?” – usłyszałam głos pani Stasi.
„Witam, pani Stasiu” – odpowiedziałam.
Pani Stanisława mieszkała piętro niżej, przyjaźniła się z moją babcią.
Znałam ją od dziecka, traktowałam jak drugą babcię.
Po śmierci babci pomagała mi w każdej drobnej sprawie.
Mama mieszkała w Białymstoku z nowym mężem, ojca nie pamiętam.
Babcia była dla mnie wszystkim, a teraz pani Stasia.
Postanowiłam oddać jej całe zakupy, niech się nie zmarnują.
Emeryturę ma małą, więc często jej coś przynoszę.
„Pójdę z panią, odprowadzę” – powiedziałam, biorąc torby.
Weszłyśmy do jej mieszkania, zostawiłam wszystko dla niej.
Jak zobaczyła sprawty, wątrobę z dorsza, brzoskwinie w puszce, aż się rozczuliła.
Zrobiło mi się głupio, iż tak rzadko się nią zajmuję.
Ucałowałyśmy się na pożegnanie, wróciłam do siebie.
Ledwo weszłam, a mąż wyszedł z kuchni, jeszcze coś przeżuwając.
„A gdzie torby?” – zapytał, jak gdyby nigdy nic.
„Jakie torby? Te, co mi pomógłeś nieść?” – spytałam jego tonem.
„Ojej, nie wypieraj się! Uraziłaś się, co?” – próbował żartować.
„Nie” – odparłam spokojnie.
„Po prostu wyciągnęłam wnioski.”












