Marek postanowił odwieźć swoją matkę do domu opieki. Zerknął jeszcze raz do pudełka przed wyjściem.
Po śmierci męża, Zofia sprzedała swój dom na wsi, zainwestowała w mieszkanie dla syna i jego rodziny, a sama zamieszkała z nimi. Dopóki miała siły, dbała o dom i wnuki.
Marek i jego żona pracowali, a Zosia zabierała wnuki do przedszkola, potem odprowadzała je do szkoły i na zajęcia dodatkowe. Gotowała i sprzątała. Te obowiązki wcale jej nie męczyły wręcz przeciwnie, sprawiały jej radość. W końcu rodzina jej potrzebowała. Ale lata mijały. Wnuki dorosły i wyleciały z gniazda, a zdrowie staruszki zaczęło szwankować. Próbowała zmywać naczynia, ale talerze wyślizgiwały się z jej osłabionych dłoni i rozbijały.
Nalała sobie zupę, ale nie była w stanie donieść jej do stołu wylała wszystko. Budziła się w nocy, by napić się wody, ale jej szuranie budziło synową. Nikt nie chciał z nią rozmawiać. Kto by tam gadał ze staruszką? Synowa wciąż na nią narzekała, nazywając ją kulą u nogi. Ale co Zosia była winna? Starość to nie radość. Nie miała wyboru musiała jakoś żyć.
Marek zdecydował, iż odwiezie matkę do domu spokojnej starości.
Przynajmniej będzie miała z kim pogadać pocieszał się, zagłuszając wyrzuty sumienia. Rano, gdy wsiadali do samochodu, Zofia nagle przypomniała sobie o pudełku.
Synku, podaj mi moje pudełko. Zapomniałam poprosiła nieśmiało.
Jakie pudełko? zdziwił się Marek.
To z moimi skarbami odpowiedziała Zosia, opisując je dokładnie. Marek przyniósł je, a staruszka przycisnęła je do piersi z zadowoloną miną.
Mamo, co tam trzymasz?
Zofia pokazała zawartość. Był tam kosmyk jej włosów i mleczny ząbek.
Marek odszedł od samochodu i usiadł na krawężniku. Siedział tam długo, wspominając dzieciństwo, to, jak matka zawsze była przy nim, opiekowała się nim, chroniła. Nigdy go nie zawiodła.
Synku, jedziemy? Zofia wysiadła z auta i podeszła do syna.
Nigdzie nie jedziemy, mamo. Zostajesz w domu.









