Marek Wilczek postawił na ladzie w warsztacie plik papierów i przysunął go w stronę teściowej.
— Podpisz tutaj, mamo. To tylko formalność.
Danuta Sroka nie usiadła. Stała w drzwiach biura, w rękach trzymała termos z kawą, który przyniosła zięciowi, bo tak go od dwunastu lat nazywała w myślach. Termos parował. Ona nie ruszała się z miejsca.
— Jaka formalność, Marek?
— Przepisanie udziałów. Żebym mógł brać kredyt na nowy podnośnik. Bank nie da pieniędzy, jak połowa firmy wisi na tobie.
To był piątek, dwudziesty drugiego sierpnia, kwadrans po siódmej rano. Za oknem warsztatu przy ulicy Kolejowej w Radomiu przejeżdżała śmieciarka, hałasowała tak, iż trzeba było podnosić głos. Danuta pracowała w tym warsztacie od dnia, kiedy jej córka Ola wyszła za Marka. Wniosła wtedy do spółki czterysta tysięcy złotych — sprzedała mieszkanie po rodzicach w Skarżysku, żeby kupić dwa podnośniki i sprężarkę. Formalnie była współwłaścicielką, czterdzieści procent udziałów. Nieformalnie — przez jedenaście lat przyjeżdżała codziennie o szóstej, otwierała bramę, robiła kawę mechanikom, prowadziła księgowość, bo Marek nienawidził papierów.
Ola zmarła trzy lata temu. Rak trzustki, osiem miesięcy od diagnozy do końca. Danuta myślała, iż po pogrzebie Marek odetnie się od niej, zostawi ją samą z bólem. Stało się odwrotnie — został, przyjeżdżał na niedzielne obiady, przywoził wnuka Kubę na ferie. Ona wierzyła, iż to jeszcze rodzina, choć więź, która ich łączyła przez Olę, dawno się przerwała.
Teraz patrzyła na kartkę leżącą na blacie. Umowa przekazania czterdziestu procent udziałów w firmie "Auto-Wilczek" na rzecz Marka Wilczka, za symboliczną złotówkę.
— A jeżeli się nie zgodzę?
Marek nie podniósł głosu. Odłożył długopis, przetarł ręce szmatą, choć były czyste.
— To nie o to chodzi, żebyś się zgadzała czy nie. Chodzi o to, iż beze mnie ten warsztat nie istnieje. Ty przynosisz kawę, ja naprawiam silniki. Kto tu naprawdę pracuje?
Danuta postawiła termos na ladzie, obok papierów, tak żeby para z niego szła prosto na jego stronę stołu.
— Kawę przynoszę od jedenastu lat, Marek. I księgi prowadzę. I podatki płacę. Sprawdź, kto ostatni raz rozmawiał z księgową w marcu, kiedy urząd skarbowy przysłał kontrolę.
— To nie jest dyskusja o zasługach. To jest dyskusja o tym, iż potrzebuję kredytu, a ty stoisz na drodze.
— Nie stoję na drodze. Po prostu nie podpisuję dokumentu, którego nie przeczytałam z prawnikiem.
Twarz Marka się zmieniła — nie na złość, na coś zimniejszego.
— Wiesz co, mamo. Kuba zaczyna we wrześniu drugą klasę. Chciałbym, żeby miał normalne dzieciństwo, bez awantur o pieniądze w rodzinie. Podpisz to, a zapomnimy o całej sprawie.
To była groźba owinięta w troskę o dziecko, i Danuta to rozpoznała natychmiast. Zostawiła termos na ladzie, dla niego, i wzięła tylko papiery ze sobą.
— Dam ci odpowiedź do poniedziałku.
Następnego dnia, w sobotę, zadzwoniła do Grzegorza Paska, prawnika, który prowadził sprawy spadkowe po jej mężu piętnaście lat temu. Umówili się na tego samego dnia po południu, w jego kancelarii przy placu Konstytucji, w małym pokoju z widokiem na kwiaciarnię, gdzie sprzedawano akurat pęczki gladioli na cmentarz — bo zbliżał się koniec sierpnia, sezon odwiedzin grobów przed Wszystkimi Świętymi zaczynał się wcześnie w tej okolicy.
Grzegorz przejrzał dokumenty spółki, umowę, wyciągi z ostatnich lat, marszcząc czoło przy jednej z kolumn.
— Pani Danuto, ten warsztat wart jest dzisiaj około miliona stu tysięcy złotych, licząc nieruchomość, sprzęt i klientelę. Pani udział to czterysta czterdzieści tysięcy. Zięć chce to przejąć za złotówkę, twierdząc, iż firma bez niego nie istnieje. Ale bez pani kapitału też by nie istniała — nigdy by nie kupił drugiego podnośnika. — Postukał palcem w wyciąg za styczeń. — I proszę mi wyjaśnić jedno: dlaczego od stycznia nie ma tu pani podpisu przy żadnej deklaracji? Ktoś zaczął prowadzić księgi bez pani.
Danuta wzięła wyciąg do ręki, przesunęła palcem po kolumnie dat.
— Marek powiedział, iż chce się usamodzielnić. Że mu pomogę bardziej, jak przestanę się wtrącać w papiery. Dał mi wtedy do podpisu upoważnienie dla nowej księgowej, żeby mogła składać deklaracje elektronicznie w moim imieniu. Nie czytałam tego dokładnie, bo ufałam mu. Musiał tam wpisać, iż rezygnuję z bieżącego wglądu.
— To dokładnie ten rodzaj upoważnienia, przez który urząd nie musiał pytać pani o nic przez osiem miesięcy. Formalnie było czysto, bo pani sama je podpisała, nie wiedząc, na co się zgadza. Niech pani mu nie ufa na słowo. Niech pani zażąda wglądu do wszystkich dokumentów spółki z ostatnich ośmiu miesięcy, zanim cokolwiek podpisze.
— Co mi radzisz w sprawie samej umowy?
— Nic nie podpisuj. A jeżeli chce się rozliczyć — niech się rozliczy uczciwie. Może pani zaproponować wykup udziałów po realnej wartości, rozłożony na raty, albo zachować status współwłaścicielki i ograniczyć się do roli cichego wspólnika, bez codziennej pracy.
Danuta patrzyła przez okno na kwiaciarkę, która wiązała gladiole sznurkiem.
— A jeżeli on się nie zgodzi na żadną z tych opcji?
— To ma pani prawo żądać wypłaty udziału zgodnie z umową spółki, sądownie jeżeli trzeba. To może potrwać, ale prawo jest po pani stronie.
W niedzielę Kuba zadzwonił do babci sam, z telefonu Marka, żeby zapytać, czy przyjedzie na obiad. Danuta usłyszała w tle głos zięcia, który mówił coś o "babci, która robi problemy". Postanowiła pojechać.
Obiad był w mieszkaniu przy ulicy Żeromskiego, tym samym, w którym mieszkała kiedyś z Olą i Markiem, zanim kupili dom. Teraz mieszkała tam nowa partnerka Marka, Kasia, kobieta o dziesięć lat młodsza, poznana na targach motoryzacyjnych w Kielcach. Danuta usiadła przy stole, Kuba wsadził jej w ręce rysunek — samochód wyścigowy, czerwony, z napisem "dla babci".
Po obiedzie, kiedy Kuba oglądał bajkę w drugim pokoju, Marek usiadł naprzeciwko niej przy stole kuchennym.
— No i co postanowiłaś?
— Nie podpiszę tej umowy w tej formie. Ale mam propozycję. I chcę wgląd do ksiąg spółki od stycznia. Grzegorz zauważył, iż nie ma tam mojego podpisu ani jednej deklaracji od ośmiu miesięcy, odkąd podpisałam ci to upoważnienie dla księgowej.
Marek zamilkł na chwilę, przesunął widelcem resztki na talerzu, chociaż obiad już dawno zjadł.
— To był mój błąd, iż kazałem ci to podpisać bez tłumaczenia. Papiery mi się piętrzą.
Wyjęła z torebki teczkę, w której Grzegorz przygotował dwa warianty: wykup udziałów rozłożony na sześćdziesiąt miesięcy albo zachowanie współwłasności z podziałem zysków proporcjonalnie do udziałów, bez codziennego angażowania się w pracę.
Marek przejrzał pierwszą stronę, odłożył teczkę na środek stołu.
— To są pieniądze, których nie mam. Kredyt na podnośnik to sto dwadzieścia tysięcy. Jak mam jeszcze spłacać ciebie?
— To nie jest spłacanie mnie. To zwrot mojego wkładu, z odsetkami umownymi trzy procent rocznie, znacznie poniżej rynkowych. Albo zostajesz przy pierwotnym układzie i szukasz kredytu gdzie indziej, na przykład zastawiając samochód służbowy, a nie moje udziały.
— A jeżeli powiem, iż Kuba nie będzie już przyjeżdżał do ciebie na ferie, jak się nie zgodzisz?
Kasia, która stała przy zlewie, odłożyła gąbkę na krawędź umywalki.
— Marek, co ty wygadujesz. Kuba pół tygodnia mówi tylko o tym, kiedy znowu jedzie do babci.
Danuta wstała, zabrała teczkę, zamknęła ją.
— Kuba jest wnukiem mojej córki. Nikt, ani ty, ani ja, nie ma prawa robić z niego karty przetargowej. Zastanów się do środy. Grzegorz czeka na twoją odpowiedź w kancelarii — razem z pełnym wglądem do ksiąg, o który już poprosiłam.
We wtorek Marek złożył wniosek kredytowy w banku, licząc, iż zdąży przed rozmową. W środę rano zjawił się w kancelarii sam, bez zapowiedzi, z twarzą człowieka, który nie spał — bank odrzucił wniosek dzień wcześniej, nie z powodu udziałów Danuty, tylko dlatego, iż warsztat miał zaległości podatkowe z ostatnich ośmiu miesięcy, odkąd księgowa składała deklaracje bez realnej kontroli współwłaścicielki.
Grzegorz zadzwonił do Danuty tego samego dnia po południu.
— Chce rozmawiać. Firma ma dług podatkowy, osiemdziesiąt sześć tysięcy złotych, urząd skarbowy grozi zajęciem konta. To narosło właśnie od stycznia, na tym upoważnieniu, które pani podpisała. Bez pani zgody teraz nic nie ureguluje, bo pani przez cały czas jest współwłaścicielką.
Spotkanie odbyło się w piątek, dwudziestego dziewiątego sierpnia, dokładnie tydzień po tamtym poranku z termosem. Marek siedział w kancelarii, Danuta naprzeciwko niego, Grzegorz między nimi jak sędzia. Marek nie próbował już grać twardziela.
— Przepraszam za to, co powiedziałem o Kubie. To było podłe.
— Wiem.
— Potrzebuję twojego podpisu, żeby uregulować zaległość. Inaczej zablokują konto firmowe, nie będę mógł wypłacić pracownikom pensji we wrześniu.
Danuta otworzyła teczkę, którą przyniosła — nie tę samą, nową, przygotowaną przez Grzegorza w ciągu tych dni.
— Podpiszę zgodę na uregulowanie długu z majątku spółki. Ale nie oddam udziałów za złotówkę. Chcę wykupu rozłożonego na pięć lat, z zabezpieczeniem hipotecznym na nieruchomości warsztatu, tak żebym miała pewność, iż w razie kolejnych kłopotów moje pieniądze nie przepadną.
Marek patrzył na papiery długo, potem podpisał, ręka mu drżała lekko przy podpisie.
Kuba wciąż jeździ do babci na ferie, teraz już bez pytania Marka o zgodę, bo w umowie separacyjnej, którą Danuta i Marek podpisali dwa miesiące później, prawo do kontaktów z dziadkami zostało zapisane osobnym punktem. Kasia dzwoniła do Danuty raz w tym czasie, żeby zapytać, czy przywieźć Kubę na Wszystkich Świętych na grób Oli — Danuta powiedziała, iż tak, i iż sama upiecze dla niego szarlotkę na drogę.
W grudniu, w dniu ostatniej raty, Danuta przyszła do warsztatu po zamknięciu. Marek liczył utarg przy kasie. Położyła na ladzie fakturę.
— Co to?
— Przeczytaj.
Marek przesunął wzrokiem po pozycjach, dłużej zatrzymał się na ostatniej linii: "usługi księgowe, sto dwadzieścia miesięcy pracy, jedenaście lat, jeden złoty". Sięgnął po długopis, potem odłożył go, jakby chciał coś powiedzieć.
Danuta wzięła nowy termos, ten sam, który kupiła sobie tydzień wcześniej, bo tamten został u niego na ladzie od pierwszego dnia sierpnia, i wyszła, zamykając za sobą drzwi warsztatu.











