Dźwięk szczekania psa jako dzwonek na mój numer w telefonie synowej sprawił, iż wycofałam się z zamiaru przekazania młodej rodzinie mieszkania po cioci

twojacena.pl 5 godzin temu

Dzwonek w telefonie mojej synowej solidnie pokrzyżował moje plany, by wesprzeć młodych w mieszkaniowej batalii

Mieszkam sobie sama w przytulnej kawalerce w centrum Warszawy. Mąż zostawił mnie pięć lat temu (w sensie, iż umarł, nie uciekł!) i od tego czasu sama ogarniam rzeczywistość. Po ukochanej cioci dostałam w spadku jeszcze dwupokojowe mieszkanie na Pradze, nie jest może najbardziej szpanerska okolica, ale przynajmniej Lidl blisko i tramwaj pod nosem. Mieszkanie wynajmuję parze studentów wiadomo, młodzież dzisiaj lepsza, niż się mówi. Raz w miesiącu wpadam po czynsz (zawsze w złotówkach, nie w bitcoinach!) i rzucam okiem, czy nie zrobili z mieszkania squatu. Skarg zero, kot nie spuszcza pazurami tapet, wszyscy zadowoleni.

Syn mój, Michał, ożenił się z Zofilką bo jakżeby inaczej, każde porządne polskie imię dla dziewczynki ma w sobie coś z babcinej mieszanki słodyczy i charakterku. Oboje postanowili być samodzielni i wynająć swoje M (chwała im za to, niech nabierają pokory życia!). Oczywiście, marzą o własnych czterech kątach, więc ciułają każdy grosz na kredyt. Nie protestowałam, choć po cichu planowałam wcisnąć im w spadku mieszkanie po cioci, a potem niech już robią tam generalny remont, zamieniają na apartament czy sprzedają na Allegro co im będzie odpowiadać.

Po roku od ślubu trafił się wnuczek, Jaś cud i euforia dla całej rodziny, oraz argument, by szybciej ogarnąć papiery przekazania mieszkania synowi. No, ale życie lubi płatać figle, i oto tydzień temu zmieniłam front, i to na ostro!

Skończyłam sześćdziesiątkę. Co tu świętować trzy czwarte życia za mną, ale co! Żyje się raz. Zafundowałam sobie imprezę w restauracji, zaprosiłam przyjaciół, znajomych, rodzinę i grzeczność nakazywała młodych z dzieckiem. Z Zofilką dogaduję się nie najgorzej, choć czasem potrafi wybuchnąć niczym redaktor w programie publicystycznym o 22:00. Zrzucam to na młodość i kofeinę nie ma co robić dramatu z każdej miny podanej do rosołu.

Synowa ostrzegła, iż z dzieciakiem długo nie zostaną w końcu muzyka i goście mogą Jaśkowi nie podpasować. Gdy już się szykowali do wyjścia, nagle okazuje się, iż Zofila zgubiła gdzieś telefon. Chodzę za nią, zaglądam pod stół, za kwiaty, zdecydowałam: najlepiej zadzwonić na jej numer.

No i się zaczęło. Wśród tej chwilowej ciszy rozległ się dźwięk… nie do podrobienia! Spod okna zawyło, zaszczekało, zawarczało, jakby wyjęli Korka z klatki i wpuścili na salę, a wszyscy wiemy, iż w mojej rodzinie psy są, ale raczej na obrazkach w kalendarzu PCK. Zofia podbiegła, chwyciła telefon i natychmiast rozłączyła połączenie, ale za późno plotka nabrała tempa szybciej niż ceny papryki na targu.

Goście patrzą raz na Zofilę, raz na mnie, a mój brat nagle stwierdza, iż to jest świetny moment na zdrowie jubilatki (czyli moje!). Muzyka wraca, kieliszki w górę, ale wszyscy udają, iż nie słychać, jak po kątach szepczą coś o tym bardzo „charakterystycznym” dzwonku.

Nazajutrz dopadła mnie ciekawość i zapytałam Michała, o co tu chodzi. Może się spodziewałam, iż usłyszę coś w stylu: „Mamo, to żarcik na luzie”, albo „To tylko dźwięk, nie bierz do siebie” Nic z tego. Michał uznał, iż nie ma sprawy i w ogóle nie rozumie zamieszania.

Od tego wydarzenia relacje z młodymi chłodniejsze niż lody z Biedronki. Mieszkanie po cioci przez cały czas czeka, także prezent ślubny chwilowo zamrożony. Może i jestem zgryźliwa, ale kto by nie oczekiwał choć odrobiny przeprosin? Skoro mają mnie za psa, to chociaż niech czasem pogłaszcząKilka dni później, kiedy wciąż przeżuwałam tę całą sprawę jak zimnego kotleta, zadzwoniła do mnie Zofia. „Halo, mamo?” odezwała się niepewnie, choć normalnie mówi pewniej niż rzeczniczka rządu w kryzysie. „Chciałam powiedzieć no wiesz, ten dzwonek to dźwięk budzika Jasia. Ustawiliśmy to, bo naśladuje pieska, a Jaśko śmieje się co rano jak szalony. Zawsze swędziło mnie, żeby to zmienić, ale no sama wiesz, rutyna.” Umilkła. Cisza ciągnęła się jak żelki kwaśne w ustach. „Przepraszam, iż wywołało to takie zamieszanie na twojej imprezie. I nie chciałam ci robić przykrości.”

Poczułam, jak odpływa ze mnie cała spinka. Całe to babcine rozdęcie o godności, szacunku i papieżu w obrazku, rozpuściło się błyskawicznie. Nagle dotarło do mnie, iż może i byłam gotowa przekazać młodym mieszkanie, ale tak naprawdę chodziło o coś innego żebym czuła się potrzebna, słuchana, no ważna. Takie to babcine pragnienia, których nie wypada przyznać choćby przed lustrem.

„Zofila,” odpowiedziałam, „mam dla ciebie propozycję. Nie będę czekać aż Jaś wyprowadzi się na swoje, zanim go zobaczę nim rządzi na własnej kanapie. Wpadajcie w weekend na Pragę zrobimy tam rodzinne śniadanie. Nauczę was, jak się uciera sernik, a Jaś będzie mógł wyć do woli jak piesek.”

Przez telefon usłyszałam jej śmiech, czysty, pogodny i zupełnie nie-zimny. „I może” dodała nieśmiało, „na nowym mieszkaniu zamienimy dzwonek na coś bardziej babcinego? Chyba, iż masz jakiś ze swojego starego telefonu?”

Spojrzałam na moją komórkę nieśmiertelny Nokia tune, jak bijące serce czasów, gdy domofon miał klucz i nikt nie znał słowa „apka”. Uśmiechnęłam się sama do siebie.

Chyba właśnie wtedy poczułam to, co prababcie nazywały pogodą ducha: ściśle osobiste szczęście, które zaczyna się wtedy, gdy przestajesz martwić się o drobiazgi.

Bo może i lody z Biedronki są zimne, ale rodzina jak się okazuje potrafi ogrzać lepiej niż świeżo wyjęte bułeczki z pieca.

Idź do oryginalnego materiału