Dziadku, patrz! krzyknęła Wanda, przyklejona nosem do okna. Piesek!
Za furtką wymykała się zgarbiona kundelka. Czarna, brudna, z wystrzegającymi się kośćmi wystającymi spod futra.
Znowu ta łajdak, mruknął Stanisław Kozłowski, zakładając wełniane podkowy. Już trzeci dzień kręci się wkoło. Odpchnij ją stąd!
Zamachnął się kijem. Kundelka cofnęła się, ale nie uciekła. Usiadła kilka metrów dalej, patrząc prosto przed siebie. Po prostu patrzyła.
Dziadku, nie wypędzaj jej! chwyciła Wandę za rękaw. Pewnie jest głodna i zmarznięta!
Mam dość własnych trosk! odrzucił staruszek. Przyniosłaby jeszcze kleszcze, wszelkie choroby. Znikaj!
Pies szarpnął ogon i odszedł. Gdy Stanisław wkroczył do domu, kundelka jednak zawróciła…
Wanda mieszkała z dziadkiem od pół roku, od kiedy jej rodzice zginęli w wypadku samochodowym. Stanisław wziął wnuczkę pod swój dach, choć nigdy nie darzył dzieci sympatią. Przyzwyczaił się do ciszy, do swojego porządku.
A tu dziewczynka, która płacze nocą i ciągle pyta: Dziadku, kiedy wrócą mama i tata?
Jak wytłumaczyć, iż nigdy nie wrócą? Dziadek tylko jęczał i odwracał się. Obaj byli przygnębieni i on, i ona. Jednak nigdzie się nie dali.
Po obiedzie, kiedy dziadek drzemie przy telewizorze, Wanda wymknęła się cicho na podwórze, niosąc miskę z resztkami zupy.
Chodź tutaj, Burek, szepnęła dziewczynka. Tak nazwałam cię. Ładne imię, co nie?
Kundelka podkradła się ostrożnie, oblizała miskę do końca, po czym położyła głowę na łapach i patrzyła wdzięczna, oddana.
Jesteś dobra, gładziła ją Wanda. Bardzo dobra.
Od tego dnia Burek nie opuszczała domu. Strzegła furtki, odprowadzała Wandę do szkoły, witała ją po powrocie. A gdy Stanisław wychodził na ulicę, rozległ się wokół jego wołanie:
Znowu ty! Ile można!
Jednak Burek już wiedziała: człowiek szczeka, ale nie gryzie.
Sąsiad Zenon Nowak, krążąc przy ogrodzeniu, obserwował ten cyrk i kiedyś rzucił:
Pasiu, nie ma sensu ją gnać.
Co ty! Potrzebuję psa jak bólu zęba!
Może zaczęła się Zenon Bóg nie bez przyczyny ci ją zesłał?
Stanisław tylko wyziewał parę.
Tydzień minął. Burek stała przy furtce, niezależnie od pogody, od mrozu. Wanda wciąż potajemnie podsuwała jej jedzenie, a Stanisław udawał, iż nic nie widzi.
Dziadku, mogę wpuścić Burek do kurnika? błagała dziewczynka przy kolacji. Będzie cieplej.
Nie i jeszcze raz nie! grzmiał starzec, uderzając pięścią w stół. W domu nie ma miejsca dla zwierząt!
Ale ona
Dość tego! Masz już dość moich kaprysów!
Wanda napchnęła usta i ucichła. W nocy starzec nie mógł zasnąć. Rano wyjrzał z okna. Burek leżała skulona jak kłębek na śniegu. niedługo odda duszę Bogu, czy komu tam» pomyślał Stanisław. I poczuło mu się mdło.
W sobotę Wanda poszła na lodowisko. Burek, jak zwykle, podążyła za nią. Dziewczynka śmiała się, kręciła po lodzie, a pies siedział na brzegu i obserwował.
Patrz, jak potrafię! wykrzyknęła Wanda i ruszyła w środek stawu.
Lód wydał ciche pęknięcie, potem huk. Wanda wpadła w zimną czarną wodę. Zimny lód ściągnął ją pod powierzchnię. Krzyczała, walczyła, ale woda zagłuszała jej głos.
Burek zamrzała na chwilę, po czym rzuciła się w stronę domu.
Stanisław, rzucając drewno, usłyszał przeraźliwy szczek. Dzikie, rozpaczy pełne. Odrócił się pies szaleje po podwórzu, podbiega, chwyta go za spodnie i ciągnie w stronę furtki.
Co ty, szaleńcu? nie rozumiał starzec.
Jednak Burek nie ustawała. Biegała, skakała, znów łapała za ubranie. W oczach błyszczała panika. Wtedy Stanisław zrozumiał:
Lilka! krzyknął i ruszył za psem.
Burek pędziła naprzód, rozglądając się, czy człowiek nadąża. Znowu w kierunku stawu. Stanisław zobaczył czarną plamę, usłyszał lekkie pluski.
Trzymaj się! krzyknął, chwytając długi kij. Trzymaj się, wnuczko!
Poślizgnął się po kruszącym lodzie, ale nie poddał się. Złapał Wandę za kurtkę i wciągnął na brzeg. Burek kręciła się w kółko, szczekając, dopingując.
Kiedy wyciągnęli dziewczynkę, była niebieska od zimna. Stanisław ocierał ją śniegiem, dmuchał w twarz, modlił się do wszystkich świętych.
Dziadku wyszeptała w końcu Wanda. Burek, gdzie jest Burek?
Pies siedział obok, drżąc od zimna czy od strachu.
Tu jest szlochnął starzec. Tu.
Po tym zdarzeniu coś się zmieniło. Stanisław już nie krzyczał na psa, ale i dalej nie wpuszczał go do domu.
Dziadku, po co? nie mogła się wytłumaczyć Wanda. Ona mnie uratowała!
Uratowała, uratowała. A miejsca dla niej i tak nie ma.
Dlaczego?
Bo tak zawsze było! ryknął starzec.
Złościł się na siebie, nie rozumiejąc, czemu tak postępuje. Pomyślał, iż porządek to porządek, choć w duszy czuł, iż coś drapie.
Zenon wszedł na herbatę. Siedzieli w kuchni, przeżuwali pierniczki.
Słyszałeś, co się stało? zaczął sąsiad ostrożnie.
Słyszałem mruknął Stanisław.
Dobra pies. Mądra.
Bywa.
Trzeba ją chronić.
Stanisław wzruszył ramieniem:
Chronimy. Bo nie wypędzamy.
Już nie wypędzasz. A gdzie nocuje?
Na dworze. Pies to pies, czy nie pies?
Zenon pokręcił głową:
Dziś życie wnuczki uratowałeś, a ty to niewdzięczność nazwiesz.
Nie jestem winny tej psiej głupocie! wybuchnął starzec. Karmię, nie biję i tego wystarczy!
Winny czy nie, a po ludzku?
Po ludzku to kochać ludzi, nie futrzaków!
Zenon zamilkł. Wiedział, iż bez sensu kłócić się dalej.
Zima była naprawdę surowa. Pioruny waliły, jakby sama Matka Przyroda chciała udowodnić, kto tu rządzi. Stanisław wstawał rano, odśnieżał podjazd a pod nogami piękne stosy białego puchu.
Burek wciąż stała przy furtce, chuda jak szkielet, sierść opadała, oczy przygasły, ale nie odchodziła. Strzegła.
Dziadku, spójrz na nią. Ledwo żyje.
Sama wybrała to miejsce, odrzucał starzec. Nikt jej nie zmuszał.
Ale ona
Dość! ryknął. Ile razy mam powtarzać to samo? Mam dosyć tej psiej wpadki!
Wanda się obraziła i ucichła. Wieczorem, kiedy dziadek czytał gazetę, szepnęła:
Dziś nie widać Burek.
I co? nie podnosząc wzroku, mruknął Stanisław.
Cały dzień jej nie ma. Może choruje?
Może w końcu poszła. Tam jej droga.
Dziadku! Jak możesz tak mówić!
A jak mam? odłożył gazetę, spojrzał na wnuczkę. Nie jest nasza! Zrozum? Obca! Nie jesteśmy jej winni!
Winni wyszeptała Wanda. Ona mnie uratowała. A my nie daliśmy jej choćby ciepłego kąta.
Nie ma miejsca! stuknął pięścią w stół. Dom to nie zoo!
Wanda zaszlochała i uciekła do swojego pokoju. Dziadek został przy stole, a gazeta od tej chwili już go nie interesowała.
W nocy taką burzę śnieżną, iż dom zdawał się chodzić na palcach. Wiatr świstał w kominie, szyby drżały, śnieg szarpał okna. Stanisław przewracał się w łóżku, nie mógł zasnąć.
Pieska pogoda pomyślał. I natychmiast karcił się: Co mnie to obchodzi? To nie mój problem! ale różnica była realna i on to czuł.
Rankiem wiatr ustał. Stał, zaparzył herbatę, wyjrzał z okna. Podwórko pokryło się grubą warstwą śniegu. Ścieżki znikły, jedyna ławka stała jak samotny słup. A przy furtce
W zasypanej białą kołderce czemuś czerniało. Pewnie jakieś śmieci, pomyślał. ale serce zadrżało.
Założył kurtkę, włożył stopy w wełniane podkowy i wyszedł na dwór. Śnieg miał głęboki, po kolana. Dotarł do furtki i zamarł.
W zasypie leżała Burek, nieruchoma. Śnieg okrywał ją prawie po całej głowie jedynie uszy i szpic ogona wystawały.
No i koniec, mruknął starzec. Nagle poczuł, iż coś pęka w środku.
Pochylił się, odrzucił śnieg. Pieska ledwo żywa słabym chrapliwym oddechem, oczy zamknięte.
Ech ty, szepnął. Głupia. Czemu nie odszedła?
Burek drgnął na dźwięk głosu, próbując podnieść głowę, ale sił brakowało.
Stanisław stał i patrzył. Niech to szlag, pomyślał i ostrożnie podniósł ją na ramiona.
Pieska była lekka same kości i włosy, ale wciąż cieplutka. Żywa.
Trzymaj się, mruknął, niosąc ją do domu. Trzymaj się, głupia.
Wciągnął Burek do kurnika, potem do kuchni, położył na starej kocu przy piecu.
Dziadku? pojawiła się w progu Wanda w piżamie. Co się stało?
No, to… zaciął się starzec. Zmarzła tam. Myślę, iż się ogrzeje.
Wanda rzuciła się do Burek:
Żywa? Dziadku, żywa?
Żywa, żywa. Nalej mleka do miski. Ciepłego.
Teraz! dziewczynka pobiegła do kuchenki.
Stanisław siedział przy psie, głaszcząc ją po głowie, i myślał: Co za człowiek jestem? Doprowadziłem ją prawie do śmierci, a ona nie odchodzi. Wierzy, iż jeszcze coś zostanie.
Burek otworzyła powoli oczy, spojrzała na niego wdzięcznym wzrokiem. Stanisław poczuł, iż ściska mu gardło.
Mleko gotowe! krzyknęła Wanda, stawiając miskę przy psie.
Burek z trudem podniosła głowę, wzięła łyk, potem kolejny. Dziadek i wnuczka patrzyli, jak pije, i czuli się, jakby widzieli cud.
Do obiadu Burek już siedziała spokojnie. Wieczorem hulała po kuchni na drA gdy gwiazdy rozświetliły nocne niebo, Burek zasnęła pod ciepłym płomieniem kominka, a Wanda i dziadek, trzymając się za ręce, poczuli, iż ich serca biją w jednym, niekończącym się rytmie wspólnego snu.

![Gmina Jaworzyna Śląska zagra dla WOŚP z przytupem [PROGRAMY]](https://swidnica24.pl/wp-content/uploads/2026/01/WOSP-Jaworzyna-Slaska.jpg)







![Ponad 400 wolontariuszy, licytacje i koncerty. Olsztyn gotowy na 34. Finał WOŚP 2026 [PROGRAM]](https://static.olsztyn.com.pl/static/articles_photos/45/45858/d08f88e74438033c4a489b7bbbc500f2.jpg)

