Dwadzieścia osiem lat pod jednym dachem

polregion.pl 1 tydzień temu

Kiedy Elżbieta Wardęga zmarła w szpitalu klinicznym przy ulicy Borowskiej we Wrocławiu, jej mąż Ryszard nie napisał zwykłego nekrologu. Napisał manifest.

Znałam ich oboje przez blisko dziesięć lat — pracowałam jako pielęgniarka na oddziale onkologicznym, gdzie Elżbieta trafiła po raz ostatni w lutym, z guzem, który dawno przestał reagować na chemię. Ryszard prowadzi w tym mieście niszowy portal internetowy o „ukrytych prawdach medycyny" — coś między blogiem a gazetką parafialną, tyle iż z zasięgiem kilkudziesięciu tysięcy odbiorców na Facebooku. Przez lata pisał, iż onkologia to biznes, iż szczepionki to trucizna, iż prawdziwe leczenie odbiera się ludziom celowo. Elżbieta chorowała już wtedy, cicho, bez rozgłosu. Widywałam ją na korytarzu, jak czeka na wyniki z termosem rumianku pod pachą — tym samym termosem, którym Ryszard zastępował jej część kroplówek przeciwbólowych, bo twierdził, iż „chemia truje wolniej niż ból, ale skuteczniej".

Zmarła w środę, dwudziestego trzeciego września. W piątek na jej pogrzebie na cmentarzu Osobowickim Ryszard wygłosił mowę, której nikt się nie spodziewał.

Mówił o wspólnych dwudziestu ośmiu latach, o tym, jak poznali się na wczasach w Kołobrzegu w osiemdziesiątym siódmym, o tym, iż tańczyli wtedy do jednej piosenki cztery razy pod rząd, bo didżej się pomylił. Jego siostra trzymała zmiętą chusteczkę przy ustach, głos jej się łamał, kiedy powtarzała „Boże, Boże" pod nosem. A potem, bez żadnego przejścia, Ryszard zaczął mówić o „systemie, który zabił jej odporność chemią", o tym, iż „gdyby posłuchała go wcześniej i zaufała ziołolecznictwu, a nie onkologom", żyłaby dziś. Skończył apelem, żeby żałobnicy „obudzili się" i przestali „karmić dzieci szczepionkami korporacji farmaceutycznych".

Stałam z tyłu, obok grabarza, który zerknął na zegarek — miał jeszcze dwa pogrzeby tego dnia, a deszcz zaczynał kapać na plastikową płachtę rozciągniętą nad grobem. Ktoś z rodziny chrząknął głośno, jakby chciał przerwać, ale nikt się nie odezwał.

Wieczorem to samo przemówienie, rozszerzone o zrzuty ekranu z wynikami badań Elżbiety, wisiało już na jego profilu. Pod spodem podpisał się pełnym tytułem funkcji w swoim portalu, jakby to była wizytówka, nie żałoba.

Pierwszy odezwał się dr Kacper Zieleń, onkolog z tego samego szpitala, gdzie leczyła się Elżbieta. Napisał krótko: wykorzystywanie śmierci żony do podważania medycyny to nie żałoba, tylko manipulacja. Komentarz w dobę zebrał ponad tysiąc reakcji. Lokalny portal, który pisał o pogrzebie, zacytował za to zupełnie kogoś innego — dalekiego kuzyna z ogólnikowym wpisem o „prawie do własnych poglądów". Doktora Zielenia pominięto całkowicie.

Ludzie pytali wprost pod artykułem: dlaczego pominięto głos lekarza, który znał sprawę od środka, a wybrano coś przypadkowego?

Telefon doktora zaczął dzwonić z nieznanych numerów jeszcze tego samego tygodnia. Pokazał mi kiedyś, przelotnie, ekran z jedną z wiadomości: „zabijasz ludzi chemią, nie masz prawa się wypowiadać, boś żony nie stracił". Nie odpisywał. W czwartek przyszedł do redakcji osobiście, z wydrukiem swojego komentarza i zrzutem ekranu, ile razy go udostępniono. Położył kartkę na biurku redaktorki, która pisała materiał, i zapytał, dlaczego jego głos zniknął z artykułu, skoro to on jako jedyny mówił z pozycji zawodowej, nie emocjonalnej.

Nie podniósł głosu. Powiedział tylko, iż jeżeli portal nie sprostuje pominięcia, on sam opublikuje pełną chronologię leczenia Elżbiety — bez danych chronionych tajemnicą lekarską, ale z jasnym opisem, ile razy odradzał jej odstawianie chemioterapii na rzecz ziół proponowanych przez męża.

Sprostowanie wisiało na stronie jeszcze tego samego popołudnia.

Ryszard nie zniknął z sieci ani nie przeprosił. Ale dwa tygodnie później zamknął fundusz zbiórki „na walkę z systemem medycznym", który prowadził od lat przy swoim portalu — uzbierane sto dwanaście tysięcy złotych przelał w całości na konto oddziału onkologicznego, gdzie leczyła się Elżbieta, z dopiskiem w tytule przelewu: „na sprzęt do chemioterapii". Nie ogłosił tego nigdzie. Dowiedziałam się od pielęgniarki oddziałowej, która pokazała mi wydrukowane potwierdzenie, przypięte pinezką do tablicy w dyżurce, obok grafiku dyżurów i kartki z numerem do pogotowia technicznego. Nikt nie wiedział, co z tym zrobić — więc po prostu tam wisiało.

Doktorowi Zieleniowi powiedziałam o przelewie między jednym pacjentem a drugim, na korytarzu, z tacą z próbkami krwi w ręku. Wzruszył ramionami, popatrzył na wydruk przez chwilę i wrócił do swoich papierów, nie mówiąc nic więcej.

Portal Ryszarda działa dalej. Wpisy o „prawdziwym leczeniu" przez cały czas się pojawiają, tylko rzadziej — czasem dwa razy w miesiącu zamiast co tydzień. Zakładka zbiórki zniknęła z menu strony. Termos po rumianku, ten sam, stoi teraz na parapecie w dyżurce, obok innych rzeczy zostawionych przez rodziny, których nikt nie ma serca wyrzucić.

Idź do oryginalnego materiału