Czternaście lat z życia Olenki

twojacena.pl 5 dni temu

Piątek, ósma rano. Siedzę w kuchni naszego niedokończonego domu i trzeci raz czytam to samo zdanie na pudełku z płatkami. Za oknem wiatr ciągnie folię, którą przykleiliśmy do ram okiennych jeszcze w listopadzie. Folia trzepie, jakby ktoś chciał wejść.

Na stole leży skierowanie. Wypisane wczoraj, w przychodni przy ulicy Długiej w Zamościu. Kierunek: ginekologia, termin: dzisiaj.

Wiktor pojechał na budowę o szóstej. Pocałował mnie w czoło i powiedział: „Wieczorem przywiozę tynk, tylko odbierz paczkę od kuriera”. Nie wie, gdzie mam być o dziesiątej rano.

W telewizji leci program o tym, jak urządzić małe mieszkanie w bloku. Głos lektorki mówi coś o beżowych ścianach i szarych meblach. Wyłączam pilotem.

Z szafy wyciągam sweter, ten zielony, który babka Wiktora nazwała kiedyś „parszywym”. Babcia Zofia. To ona siedzi teraz w swojej chacie przy ulicy Polnej i czeka, aż któryś z nas do niej zajrzy. Wiktor czasem wpada, ale rzadko. Po ślubie jakby mu się odechciało.

Więc jestem ja, Olenka. Ta miejska fifa, jak mnie nazywała. Ta, co to nie chciała wesela we wsi. Ta, co to „nie zna się na życiu”.

Niech zgadną.

Rozciągam ramiona. Na przedramieniu mam małą bliznę, trzy centymetry — od gorącego piekarnika, cztery lata temu, kiedy piekłam sernik na święta i Wiktor akurat wszedł do kuchni z wiertarką. Zasłaniam ją długim rękawem.

Biorę torebkę. W środku: dokumenty, telefon, trzysta złotych w gotówce, guma do żucia miętowa.

Zanim wyjdę, patrzę na telefon. Ostatnia wiadomość od Wiktora: „Kup coś dla babci na weekend, bo imieniny za tydzień”. Nie odpowiadam.

Dzwonię po taksówkę.

O drugiej po południu dzwoni moja teściowa.

— Olenko, byłaś w szpitalu? — pyta, jakby to była cena za kilogram jabłek na targu.

— Tak.

— I co?

— Nic.

Ona wciąga powietrze. Ja słyszę, jak tam u nich bije zegar. Ten sam, co zawsze, co wybijał mi każdą minutę wtedy, kiedy przyjeżdżałam pierwszy raz. Na ścianie u teściów wisi krzyż, a obok zdjęcie Wiktora z komunii. Biała koszula, złożone ręce, grzywka na bok.

— Wiesz co, Olenko — mówi teściowa — my z ojcem już nie wtrącamy się, bo ty zawsze wiesz lepiej.

Nie mam siły na to. Odkładam słuchawkę.

To nie jest pierwszy raz. To trzeci.

Pierwszy raz: dwa lata po ślubie. Wiktor wtedy akurat wyjechał na miesiąc do pracy do Norwegii. Ja zostałam w niedokończonym domu, z psem sąsiadów, który nocami wył pod oknem. Poszłam do lekarza, tak jak trzeba. Tylko ja wiedziałam, iż nie mogę powiedzieć Wiktorowi. On by wrócił. Rzuciłby tamtą robotę, przyjechał, zacząłby planować pokój dla dziecka, a potem by się okazało, iż nas nie stać na nic. Tak sobie wtedy tłumaczyłam. Prawda była prostsza i trudniejsza zarazem: bałam się bardziej, niż chciałam dziecka, i łatwiej mi było policzyć złotówki niż nazwać ten strach po imieniu.

Drugi raz: trzy lata temu. Byłam już tak zmęczona, iż w autobusie do Lublina zasypiałam na siedzeniu przy kierowcy. Pieniądze na zabieg pożyczyła mi Ewa, koleżanka ze studiów. Nigdy nie oddałam. Ona mi później napisała: „Nie musisz”. Ale ja wiem, iż muszę. W tej chwili na koncie mam dwa tysiące czterysta złotych. Ewie jestem winna tysiąc. Śmieszne, iż zawsze znajdowałam pieniądze na to, żeby dziecka nie było, a nigdy na to, żeby było. Ale wtedy wolałam myśleć o rachunkach niż o tym, czego się naprawdę boję.

Dziś będzie trzeci raz. Liczę te dni od dawna, po cichu, jak inni liczą kalorie albo kroki. Dzień pierwszy, drugi, dziesiąty. To jedyny rachunek, który zawsze mi się zgadzał.

W rejestracji pani w okularach pyta, czy mam ubezpieczenie. Mówię, iż tak, i podaję plastikową kartę. Ona coś stuka w komputerze, patrzy na mnie znad oprawek.

— Pani Oleno, tu jest coś… Pani poprzednie wizyty, widzę.

— No to co? — odpowiadam.

— Nic, nic. Proszę czekać, lekarz przyjmie za dwadzieścia minut.

Siadam na krzesełku na korytarzu. Naprzeciwko mnie pary z wózkami. Dziecko w niebieskiej czapeczce kopie nóżką w deszczu, za oknem pada. Matka tymczasem przerzuca zdjęcia na telefonie i wzdycha, iż znowu zdrożało mleko modyfikowane.

W poczekalni siedzi jeszcze jedna kobieta, starsza ode mnie o jakieś dziesięć lat, w niebieskiej kurtce. Coś w jej twarzy jest znajome — to Wiera, kuzynka Wiktora z drugiej strony rodziny, ta, która kiedyś na weselu pytała mnie głośno, kiedy będą chrzciny. Udaję, iż czytam coś w telefonie, żeby nie musieć się przywitać.

Patrzę w drzwi gabinetu. Na klamce wisi zawieszka z napisem „Nie przeszkadzać”. Miętowa guma w ustach robi się gorzka, wypluwam ją w chusteczkę.

Lekarka nazywa się doktor Kamila. Młoda, ale zmęczona. Pyta mnie tonem urzędniczki:

— Czy pani mąż wie?

— Nie.

— A chce pani mu powiedzieć?

— Nie.

Ona wzdycha i obraca w palcach długopis.

— To pani decyzja. Ja mam obowiązek poinformować o możliwych konsekwencjach. I o tym, że… Ma pani trzydzieści dwa lata. To nie jest tak, iż czasu w dziecko jest nieskończenie wiele.

— Wiem.

— Naprawdę pani wie?

Nie odpowiadam.

W domu, wieczorem, Wiktor zdejmuje buty w przedpokoju i zanim cokolwiek powie, stawia na podłodze trzy kartony z tynkiem.

— Był kurier? — pyta.

— Był.

— Daj herbaty, coś, padam.

Przynoszę mu kubek. On siada na kanapie, włącza mecz. Lech Poznań gra z kimś. Nie mam pojęcia z kim.

Siadam obok, podkulam nogi. On nie patrzy na mnie, tylko w ekran. Głośniej: goool, komentator krzyczy, Wiktor uderza pięścią w oparcie, kubek podskakuje, herbata chluska na stolik.

— Uważaj — mówię.

On nie słyszy.

Wtedy sobie przypominam, dlaczego to robię. Po cichu, sama, za jego plecami. Bo on nie kupiłby nam dziecka. On kupiłby kolejny worek tynku. A potem kolejny. I tak do końca. Tak sobie powtarzam, żeby nie musieć myśleć o tym, iż po prostu boję się zostać sama z dzieckiem, tak jak zostałam sama z tą blizną po piekarniku.

W niedzielę jedziemy do babci Zofii. Wiktor prowadzi, ja siedzę z tyłu, chociaż zawsze siadałam z przodu. Nie mam ochoty patrzeć mu w twarz. On w lusterku zerka na mnie i pyta, czy wszystko gra. Mówię, iż tak.

Babcia czeka w progu. Ma chustę w kwiaty, fartuch w kratę. Na stole już jajka, chleb, masło w osełce.

— No siadajcie, siadajcie — mówi, a do mnie ani słowa.

W kącie jej kuchni, na starej komodzie, leży garść kluczy. Jeden z nich, duży, zardzewiały, od stodoły. Pamiętam, jak dwa lata temu babcia mówiła: „Jak się dom wykończy, to może stodołę rozbierzemy, a drzewo pójdzie na szopę”.

Jem jajko. Smakuje jak kreda.

Wiktor opowiada o budowie, o tym, iż ceny cementu w górę. Babcia kiwa głową i mówi: „A u Mazurów to się syn zabił wczoraj na motorze”. Wiktor: „Oj”. Ja nic.

Po obiedzie babcia prosi, żebym pomogła z praniem. Idę z nią do łazienki. Ona podaje mi mokrą pościel, ja zawieszam na sznurze w ogrodzie. Płachta, biała, ciężka od wody, trze o trawę.

— Olenko — mówi babcia, cicho, nie patrząc na mnie, tylko na sznur, na te białe płachty, które falują na wietrze jak cienie. — Ty coś tam chowasz?

Wie już wtedy więcej, niż daje po sobie poznać — sama mi to potem przyzna. Ale teraz czeka, czy powiem sama, bez przyciskania.

— Nie chowam nic.

— Bo Wiktor mówi, iż ciebie nie ma całymi dniami.

— Byłam u lekarza.

— A co ci jest?

Zaciskam palce na mokrym materiale. Kropla wody ścieka mi po nadgarstku, zimna jak drut.

— Nic mi nie jest, babciu. Po prostu… sprawdzałam tarczycę.

Ona przestaje na chwilę wieszać. Patrzy na mnie. W jej oku coś mruga, jakby nie wierzyła ani jednemu słowu.

— Dobrze, Olenko — mówi tylko i wraca do prania.

Nie naciska. Ale ja czuję, iż to nie koniec tej rozmowy, tylko odłożenie jej na później.

Wracamy do domu w poniedziałek rano. Wiktor ma wolne, bierze się za szlifowanie ściany w salonie. Ja siedzę w sypialni i piszę wiadomość do Ewy.

„Oddam ci tysiąc w przyszłym miesiącu. Obiecuję”.

Ewa odpisuje po pięciu minutach: „Spoko, nie uciekam”.

Wtedy łapię się na tym, iż dotykam brzucha. Delikatnie, jakby tam coś było. Ale tam nic nie ma. Trzeci raz z rzędu.

Po dwóch miesiącach Wiktor pierwszy raz pyta wprost:

— Olenko, czemu ty nie chodzisz do ginekologa? Inni to robią badania, wszystko. Ty nic.

Siedzę w kuchni, obieram ziemniaki. Nóż, biała skrobia, koszyk. Zapach.

— Chodzę.

— A co mówi?

— Że wszystko w normie.

— To czemu tyle lat i nic?

Odkładam nóż na deskę. Patrzę na swoje palce, na te wszystkie krótkie, równe paznokcie. Mówię:

— Bo ty, Wiktor, nie chcesz dziecka.

On wybucha. Pierwszy raz w życiu widzę, jak rzuca kubkiem o ścianę. Kubek się tłucze na drobne. Kawa rozbryzguje się po świeżo pomalowanej ścianie. Wiktor stoi i krzyczy:

— Ja nie chcę?! Ja?! Od pięciu lat tylko o tym mówię! To ty znikasz, ty coś chowasz, ty nie chcesz!

— Chcę spokoju — mówię. — A na dziecko trzeba pieniędzy, a nie tynku.

— Co ty pierdolisz!

— Nie pierdolę. Wszyscy wkoło rodzą, a ja… — urywam.

Wtedy on robi krok w moją stronę.

— Ja ci kiedyś pokazałem obrączkę — mówi cicho, ale to nie jest normalny głos, tylko taki, co w nim drży coś, co się szykuje do uderzenia. — Prostą, cienką. Bez kamienia. Wiesz, ile kosztowała? Trzysta złotych. Bo tyle miałem. A teraz ty mi mówisz, iż nie mam na dziecko.

— Nie mówię.

— Mówisz. Cały czas mówisz.

Wychodzi. Drzwi trzaskają tak, iż się szyba w starym oknie odsuwa.

Dwa dni później dzwoni babcia.

— Olenko, przyjedź — mówi. — Sama.

Nie wiem, po co. Ale jadę.

Pociąg ze Zamościa do Lublina, potem busik. W drodze siedzę obok chłopaka, który przez całą drogę słucha muzyki z telefonu, a potem je pestki i strzela nimi w podłogę.

Babcia czeka na mnie na stacji. Ma na sobie stary płaszcz, a w ręku parasol, chociaż nie pada.

— Chodźmy na obiad — mówi.

Idziemy do małej knajpki przy rynku. Babcia zamawia dwie pomidorowe. Ja choćby nie zdejmuję kurtki.

— Pamiętasz faję? — pyta.

— Jaką?

— Faję. Córkę Zońki.

Nie pamiętam. Baba Zońka to sąsiadka. Ma córkę w mieście. Zdaje się, iż imię na F.

— No więc Faja. — Babcia miesza zupę. — Co się z nią stało. Wcale nie skończyła medycyny. Rzuciła studia w drugim roku, zaszła w ciążę. Facet zniknął gdzieś, zanim się urodziło. Ona potem u matki siedziała dwa lata. A teraz pracuje na kasie w Biedronce.

— I co?

— I nic. Tylko tyle, iż my tu żyjemy inaczej niż wy w mieście.

— To nie jest kwestia miasta — mówię. — To kwestia tego, iż ja nie chcę, żeby dziecko żyło tak jak Faja.

— A jak ty chcesz?

— W domu. Na swoim. Z ojcem, który ma czas.

Babcia milknie. Dopiła zupę do końca, wyjęła z torebki chusteczkę, otarła usta.

— Wiesz, Olenko — mówi — ja ci nigdy tego nie powiedziałam, ale byłam u Wiktora, jak on jeszcze pracował w Norwegii. Zadzwoniłam do niego i powiedziałam: Wiktor, ty nie masz żony, masz akt w urzędzie. Bo widziałam cię wtedy w mieście, wychodzącą z przychodni, bladą jak ściana, i wiedziałam swoje. Nie powiedziałam ci, iż wiem, bo czekałam, aż ty mi sama powiesz. W ogrodzie, przy praniu, dałam ci szansę. Nie skorzystałaś.

Milczę. Zupa przede mną stygnie, nietknięta.

— Dlaczego nic nie powiedziałaś wprost? — pytam w końcu.

— Bo to nie moja sprawa była mówić za ciebie. Moja sprawa była czekać. Ale czekałam za długo, widzę.

Wracam tym samym busem. Ciemno. Za oknem mijają wsie, pojedyncze lampy, skrzyżowania bez nazw.

I wtedy coś we mnie pęka.

Nie wiem, co. Może to była ta historia z Fają. Może to, co powiedziała babcia o czekaniu. A może to, iż kończy mi się trzeci patron w życiu, a ja dalej noszę bliznę po piekarniku, jakbym nią szorowała ten dom.

Dzwonię do Wiktora.

— Gdzie jesteś? — pyta.

— W autobusie. Wracam.

— Wiesz co… — zaczyna.

— Nie rozłączaj się — mówię.

Siedzimy w ciszy. Trzy minuty. Cztery. On w końcu pyta:

— Olenko, czy ty byłaś kiedyś w ciąży?

Zamykam oczy. Autobus hamuje, torba zsuwa się z półki, ktoś klnie po cichu. Zapach. Guma. Metal. Ciepły plastik.

— Tak.

— Kiedy.

— Trzy razy.

Słyszę, jak bierze wdech. Daleko, jakby mówił z drugiego końca tunelu.

— I co?

— I nic — mówię. — Bo żadnego nie mam.

W autobusie ktoś puszcza radio. Leci piosenka, której nie znam. Gdyby nie ta piosenka, chyba bym się rozpłakała. Ale nie jestem na to gotowa. Więc siedzę i słucham, jak Wiktor krzyczy mi do ucha:

— Jak mogłaś?! Jak mogłaś mi to zrobić?!

— Nie wiem — mówię. — Nie wiem, Wiktor.

— Ty jesteś… — urywa. — Czekaj. To dzisiaj w przychodni… widziałem, iż Wiera dzwoniła do mojej matki i mówiła coś o tobie, o jakiejś wizycie. Nie rozumiałem wtedy, o co chodzi.

— Widziałam ją w poczekalni. Dlatego się bałam, iż powie dalej.

— Babcia mówiła mi to samo, co tobie powiedziała dzisiaj. Że nie mam żony, mam akt w urzędzie. Myślałem, iż zwariowała.

— Nie zwariowała.

— I co teraz? — pytam.

— Sama mi powiedz.

Autobus zjeżdża na pobocze, kierowca krzyczy coś o spóźnieniu. Światła wsi za oknami. Daleko. Jedno. Dwa.

— Teraz — mówię — to ja wysiadam na dworcu i wrócę do nas. A ty będziesz stał w drzwiach. I albo się cofniesz, żebym weszła, albo…

— Ja nie wiem, czy mogę.

— To sprawdź.

Na dworcu w Zamościu jest zimno. Ktoś żebrze przy schodach, pachnie amoniakiem. Przechodzę obok kapliczki z Matką Boską. Nad wejściem neon miga, z literą „Z” ciągle zepsutą.

Wiktor czeka przed domem. Ma na sobie tę starą kurtkę z dziurą na łokciu. Za nim w oknie kuchni pali się światło.

Wysiadam z taksówki. Nie płaczę. To nie jest scena, w której się płacze. To jest scena, w której człowiek liczy kroki.

Jeden, dwa, trzy… Wiktor stoi. Nie robi kroku. Patrzy.

— Zrobiłaś to sama? — pyta, a głos ma tak cienki, iż ledwo go słychać nad wiatrem.

— Tak.

— Żadnego mi nie powiedziałaś.

— Nie.

— Czego się bałaś?

Światło z kuchni pada na podjazd. Widzę na betonie swoje buty. Zabłocone, z jednej strony pęknięta podeszwa.

— Tego, iż zostanę sama.

On patrzy na mnie długo. Potem wzdycha, tak głęboko, jakby wciągał w siebie całe powietrze tej wsi, i cofa się o krok.

— Wchodź. Zimno.

Wchodzę.

Nie odzywa się do mnie przez tydzień. Ale codziennie wieczorem krąży po kuchni, nabija butelki z mlekiem, przesuwa skrzynki z narzędziami, coś mierzy. Kładzie palce na blacie, stuka paznokciem.

A ja gotuję. Robię kotlety, bo nie wiem, co innego robić. Cebula szczypie w oczy, więc wycieram je rękawem.

Ósmego dnia, rano, Wiktor siada naprzeciwko mnie przy stole.

— Pojutrze jedziemy do Lublina — mówi.

— Po co?

— Na konsultację. Do kliniki. Oboje. Chcę wiedzieć, czy my w ogóle możemy mieć dziecko.

Patrzę na niego. On nie spuszcza wzroku. Na podłodze pod stołem leży zwinięta miarka.

— Po co ci to? — pytam.

— Bo już nie wiem, co jest prawdą — mówi. — I chcę mieć jeden papier. A potem zdecyduję.

Jedziemy. W klinice mało ludzi. Pani na recepcji mówi: „Numer na skierowaniu proszę podać”. Wiktor podaje. Ja siedzę w poczekalni i kręcę w palcach skrawek paragonu z wizyty. Styropian, siedzenia, magazyn „Twój Styl” z artykułem o depresji.

Doktor mnie bada. Wiktor siedzi przy biurku. Nie odzywa się.

— Proszę się ubrać — mówi doktor. — Pani wyniki… Widzi pani… Nie ma żadnych przeciwwskazań. Ciąża jest możliwa.

— A co ze mną? — pyta Wiktor.

— Pan też w normie. Zrobimy jeszcze badanie nasienia, ale wstępnie… bardzo prawdopodobne, iż wszystko gra.

W autobusie powrotnym Wiktor siada obok, chociaż może zająć inne miejsce. Bilet trzyma w zębach, bo szuka czegoś w portfelu.

— Wiktor — mówię.

— No?

— Przykro mi.

— Przykro. — Kręci głową. — Wiesz, iż to małe słowo, co?

— Wiem.

— To powiedz mi jeszcze jedno. — Odwraca się i patrzy na mnie z bliska. — Trzy razy. Czy ty ani razu nie pomyślałaś, żeby z jednym z nich… zaczekać?

— Myślałam.

— Którym?

— Ostatnim.

— Dlaczego nie zaczekałaś?

— Bo ty wtedy byłeś na tym etapie, iż chciałeś najpierw dom, potem własny warsztat, potem dopiero… wszystko inne.

— Tak ci powiedziałem?

— Nie. Ale ja to widziałam. Albo tak sobie mówiłam, żeby nie przyznać, iż po prostu się bałam.

Wiktor patrzy w okno. Za szybą jesień, same pola, jeden ciągnik z przyczepą.

— To teraz — mówi — żebyś nie widziała głupot. Zrobię odwrotnie.

— To znaczy?

— To znaczy, iż jutro dzwonię do babci i mówię jej prawdę, chociaż ona już chyba wie więcej niż ja. A pojutrze idziemy razem do jednej poradni. I jak wyjdzie, żeś znów w ciąży, to ja biorę ten papier i mówię: tak, czekamy.

— Nie wiesz, jak to jest…

— Właśnie nie wiem. Boś mi nigdy nie dała.

W domu otwieram szufladę w kuchni. Pod ścierkami leży koperta. W niej — karta z wynikiem z lipca. Nigdy jej mu nie pokazałam. Mój boże, trzeci raz. Chyba nie zdążyłam.

Biorę kopertę.

Wieczorem Wiktor siedzi na kanapie. Strona z meczu się ładuje. Ja staję przed nim i kładę kopertę na stoliku.

— To z trzeciego razu — mówię.

Wiktor patrzy na kopertę, potem na mnie. Nie rusza się.

— Pokażesz?

— Sama ją otwórz.

On podnosi kopertę, odkleja. Wyciąga kartkę. Pochyla się, mruży oczy.

— Co tu jest napisane? — pyta.

— Stan po zabiegu. Bez powikłań.

— Boże — mówi. — To ty to tak wyobrażasz sobie… rodzinę? Że się to tak po prostu… usuwa?

— Nie wyobrażam — mówię. — Ale tak było. I powiem ci coś. Gdyby nie twoja babka, która wtedy przyjechała do mnie do miasta i powiedziała, żebym przestała kłamać, to przez cały czas bym to robiła. Bo łatwiej jest skłamać niż patrzeć, jak ty rozkładasz te skrzynki po całym domu i nic nie widzisz. Łatwiej było mówić sobie, iż nie mamy pieniędzy na dziecko, niż przyznać, iż mam pieniądze tylko na strach.

— Co babcia ci powiedziała?

— Powiedziała: „Dobra żona to nie taka, co w porę wyjmie z pieca. To taka, co powie mężowi: nie zjesz tego, bo ci zaszkodzi”. I żebym ja to powiedziała tobie.

Wiktor chowa kartkę z powrotem do koperty. Podnosi się. Podchodzi do okna, staje tyłem.

— Zostań — mówi cicho.

— Co?

— Zostań w tym domu. Ale pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Od dzisiaj, każda jedna decyzja o tobie i o dziecku — razem. Ja mam wiedzieć, ile kosztuje, kogo trzeba prosić o pomoc, co jest za, co jest przeciw. Bo inaczej to sobie zbudujemy piękny dom, a w środku będzie pępowina, i ona cię zadusi.

Mówi to dziwne, nie swoim głosem. Cichym, ale twardym. Jakby przez lata nie umiał, a teraz się nauczył.

Wieczorem, w łóżku, leżę i patrzę w sufit. Wiktor śpi. Oddycha przez sen, urywanie.

Pod poduszką trzymam złożony dokument. Jutro rano, zanim wstanę, podpiszę go i położę na jego szafce. To będzie pisemna zgoda na wspólne leczenie i na to, iż bez jego wiedzy nie podejmę żadnej decyzji.

Nie wiem, czy to nas uratuje. Ale pierwszy raz od czternastu lat nie chcę uciekać.

W kuchni, na blacie, leży ta koperta. Liczę w głowie dni, jak zawsze — to już nawyk, którego nie umiem porzucić, chociaż teraz liczę co innego: ile dni minęło, odkąd przestałam kłamać. Niewiele. Ale liczę dalej.

Podchodzę do okna. Folia przyklejona taśmą przez cały czas trzepie na wietrze, ale Wiktor wczoraj mówił, iż na wiosnę skończymy wreszcie te okna. I iż wtedy będzie już cicho.

Idź do oryginalnego materiału