Ciężar / Legion

publixo.com 4 godzin temu


Drugi stopień do piekła to głód. Właśnie na nim stoisz. Masz fart, nie musisz się bać. To nie jest ostatni stopień do piekła. Na głodzie można żyć. W bezdusznym świecie syci mają trudniej. Możesz tkwić na tym stopniu do samego końca i żreć, ale powinieneś wiedzieć, iż odtąd czeka cię beznadziejna walka z głodem.


Ciężar


Kolacja jest bardzo uroczysta. Jestem asystentką. Nie uczestniczę w terminacji. Jedynie asystuję. Oczywiście podaję przy kolacji. Goście są z wyższych sfer: ludzie teatru i sztuki, prawnicy i działacze. Elegancja, ale bez szyku. Tłoku nie ma, jednak pracy mam dużo. Przede wszystkim obserwuję gości i zerkam na doktora. Wychwytuję każdy jego grymas i każde przejmujące spojrzenie. Wiem wszystko: kto potrącił sąsiada, kto szepce drugiemu do ucha, kto gmera przy rozporku i wszystkie inne obrzydliwości, które nie powinny mieć miejsca przy stole. Nie, przy tak znakomitym posiłku!

Oszczędzę szczegółów, żeby cię nie dopadł głodomór, ale wyobraź sobie porcelanowe misy, sosjerki, imbryczki i wazy suto zdobione aniołkami i bobaskami. Po prostu stary, piękny Meissen. Późny barok, ale jeszcze nie rokoko. Wypełnione po brzegi jadłem smacznym jak w najlepszych domach. Ogólnie klimat nieco przyciężkawy, ale goście generalnie też przy tuszy. Na marginesie: nie wróży to dobrze.

Jednak, żeby iść na stół, gość musi odjebać coś ekstra. Przepraszam za wyrażenie, ale jeżeli wcześniej myślałeś, iż będę wyrażać się oględnie, to mam w dupie - co myslałeś wcześniej. Od tej pory będę wulgarna, bo wszystko się zmieniło. Poczułam to w jednej chwili, w tej samej, w której dostrzegł to doktor, jakbyśmy byli połączeni niewidzialnym węzłem informacyjnym.

Nagle dotarło do mnie: o, kurwa! Wybiegam, tak - wybiegam po walium. Dolewam do wina i wracam skoncentrowana, żeby nie pomylić kieliszków. Sama podaję na wszelki wypadek. Jakbym dbała o sprawiedliwość. Właśnie - trzeba zasłużyć, żeby iść na stół.On jest całkiem zwyczajny: gruba, dębowa decha przymocowana na murku o odpowiednim rozmiarze. Odpowiednim, bo blat jest na takiej wysokości, iż nie trzeba się nad nim mocno pochylać, ani stawać na palcach. Podejście jest z każdej strony. Oczywiście po bokach pasy, żeby przymocować ciężar. Padlina, ale na wszelki wypadek doktor spasuje. Tak, iż bez paniki.

Nie mogę się doczekać tej chwili, kiedy rozbieram się do naga i zakładam fartuch. Biały fartuch na gołe ciało. Podniecam się tym, iż nie mam nic pod spodem, ale jednocześnie nikt nie może zobaczyć, co jest, a raczej, co się dzieje pod spodem. Tylko doktor wie. On również w fartuchu, jego ruchy są pełne swobody z odrobiną nonszalancji, a jednocześnie wydaje się niezwykle skoncentrowany. Żadnej sztuczności, żadnego sztywniactwa. Ale ja, jestem trochę spięta, całkiem jakby mi zależało, żebym dobrze wypadła. W oczach doktora oczywiście i w dupie mam, co o mnie myślisz w tym momencie.

Serce mi wali, kiedy otwiera walizkę i wyjmuje z niej narzędzia. Wszystkie są takie ostre i takie precyzyjne... Ostrza połyskują i skrzą się przy każdej zmianie położenia. Wystarczy rzut oka, żeby pojąć, iż są doskonałe. Patrzę jak zahipnotyzowana, a doktor uśmiecha się i szepce: - każdy tak patrzy, to się nazywa pożądanie. Czuję jak miękną mi nogi. Zanim zrobią się całkiem jak z waty, zdobywam się na dwa kroki w kierunku stołu i opieram się na rękach. Szcześliwie chwilowy niedowład obejmuje mnie od pasa w dół. Wytrwam, wystarczy odwrócić wzrok, nie patrzeć na lśniące rękodzieła.

- Ewino! - jak dzwonek wyrywa mnie z odrętwienia chropowaty, ale ciepły głos doktora. Tak mnie nazywa, bo Ewa była matką wszystkich ludzi, a ja nie jestem niczyją matką. Czuję jak zalewa mnie rumieniec, a moje nogi sztywnieją.

Wspominałam wcześniej, iż źle wróżą tusze otyłych gości, no i stało się. Na stole leży ciężar spasiony jak wieprz, a doktor nie powinien się tak przemęczać w tym wieku. Chwilę patrzę na niego wymownie, krecąc głową nad wieprzem, ale doktor tylko wzrusza ramionami. Żal mi go i głupio, iż mu nie pomagam, choć jestem jego asystentką. Kolejny zły znak, kiedy tryska. Dlatego, iż gdy tryska to znaczy, iż gdzieś ciśnienie musi być, a to też oznacza, iż być może ciężar jeszcze nie wystygł wystarczająco. Ale też możliwe, iż w jakimś naczyniu zgromadziła się nadmiarowa ilość wiśniowego soku.

Doktor mruczy coś pod nosem, ale kontynuuje. W jego wprawnych i doświadczonych dłoniach narzędzia wydają się tańczyć, zanurzać, po czym wynurzać z fałd bezwładnego monstrum. Mistrzowska robota. Nadzwyczajna precyzja, a zarazem luz. Patrzę i podziwiam. Jednak, kiedy tryska ponownie, wiem już, iż pierwszy raz to nie był przypadek. Na stole leży gorący ciężar! To nie drgawki! Szarpnięcie. Kolejne szarpnięcia, podrywa się! Patrzę osłupiała i trochę panikuję. Zupełnie niepotrzebnie, doktor to profesjonalista. Przy nim jestem bezpieczna.

Ależ, on jest całkiem otwarty! Klatka otwarta, żebra na wierzchu. Jednak niecałkiem, bo swobodnie zwisające fałdy skórne i guzy tłuszczu, jakby powrósła, nieco przesłaniają obraz. I to wszystko nachodzi na żebra. Oczywiście leje się, ale to normalka. Posadzka jest ze spadkiem, więc wszystko spływa do kanału. Gdyby nie charkot jaki z siebie wydaje, można by pomyśleć, iż to rekwizyt z filmów grozy. Uśmiecham się, a doktor wykonuje bliżej nieokreślony ruch ręką. Odór dobywający się z bijących gorącem i parujących jelit gryzie mnie w nieprzywykłe nozdrza. W piwnicy jest chłodno, więc mocno paruje, ale na mięso chłód najlepszy. Inaczej gwałtownie się psuje i śmierdzi. Też nie lubię truizmów, ale one tworzą, ujmijmy to: `domowe klimaty`. Dzięki nim jesteśmy bliżej. Bliżej, niż myślisz.

Dotykam palcami plątaniny kiełbasek. Są śmiesznie nadymane powietrzem i miękkie . Zbliżam palce do nosa, och! Wycieram je gwałtownie o fartuch. Doktor odchrząkuje, po czym szybkim i pewnym ruchem wyciąga płucka z klatki. Zrazu pulchne, mocno spienione i różowiutkie, wiotczeją i ciemnieją w oczach. Ciężar sztywnieje na chwilę, po czym całkowicie się rozluźnia. Ogarnia mnie fala gorąca.Zamykam oczy, ale w ostatnim przebłysku widzę doktora wycierającego dłonie papierowym ręcznikiem. Po chwili czuję jego dłoń na plecach. Przesuwa się w dół, coraz niżej. Zjeżdża po lewym pośladku wprost między lekko rozchylone uda. Z trudem się mieści, ale nie rozchylam ud bardziej.




Zapraszamy do Domu Pełnego Wrażeń:

Wypełnienie
Idź do oryginalnego materiału