Dzisiaj znowu zapisuję kilka słów do swojego zeszytu, bo czuję, iż muszę wyrzucić z siebie te myśli. Mama zawsze mówiła: Weź, córeczko, dla siebie i rodzeństwa. Jedzenie jest po to, by się nim dzielić. Grzechem nie jest dzielić się, tylko zamknąć oczy i udawać, iż nie widzisz potrzebujących.
Mam tylko sześć lat, a wydaje mi się, iż noszę na ramionach cały świat. Mieszkam z rodziną w małej wiosce pod Lublinem, w starej, drewnianej chałupie, która trzyma się głównie dzięki modlitwom naszej babci, a nie belkom. Kiedy wiatr hula, ściany jęczą jakby chciały się rozpłakać, a nocą zimno wciska się przez każdą szczelinę, nie pytając o pozwolenie.
Rodzice pracują na dniówki. Kiedy jest robota jest chleb. Kiedy nie No cóż, to wtedy chleb smakuje najsmutniej. Zmęczeni wracają wieczorem, dłonie mają popękane, w oczach tęsknotę za czymś lepszym. Zostaję wtedy w domu z Klarcią i Szymkiem, młodszym rodzeństwem. Przytulam ich do siebie za każdym razem, kiedy głód boli bardziej niż ziąb.
To był grudzień, taki prawdziwy, ciężki z niebem nisko nad głową, a w powietrzu wisiał zapach śniegu. Za kilka dni Wigilia, ale nasz dom jakby omijały święta. Garnek na kuchni ledwo pyrkał była tam kartoflanka. Żadnego mięsa, żadnych przypraw. Tylko to, co mama potrafiła wyczarować z niczego i ogromnej miłości do nas. Mieszałam zupę, powoli, jakby od tego miało zależeć, czy starczy dla wszystkich.
Nagle, z podwórka sąsiadów rozszedł się zapach tak ciepły, iż od razu ścisnęło mi gardło. Oni właśnie przygotowywali świniobicie na święta. Dźwięki śmiechu, stukot talerzy, skwierczenie mięsa w rondlu dla mnie to była melodia z zupełnie innej bajki. Stanęłam z Klarcią i Szymkiem przy płocie. Nic nie prosiłam. Po prostu patrzyłam. Wiedziałam, iż nie wypada marzyć o cudzym szczęściu. Tak nauczyła mnie mama. Ale serca dziecka nie można uciszyć.
Panie Boże, szepnęłam cicho, choćby kawałeczek…
Wtedy usłyszałam głos, który zmiękczył zimne powietrze:
Zosiu, chodź tutaj, dziecko!
Aż podskoczyłam. To była pani Helena, nasza sąsiadka z okrągłą, rumianą twarzą i ciepłymi oczami. Stała przy kotle i z uśmiechem patrzyła na nas, przekręcając delikatnie polentę.
Chodź, weźmiesz coś ciepłego dla siebie i swojego rodzeństwa powiedziała cicho, jakby to było oczywiste. Ręce trochę jej drżały, ale napełniła pojemnik pachnącym mięsem, takim, jakiego nigdy nie kosztowałam. Zapach świąt.
Jedzcie, kochani. Dobrze jest się dzielić. Gorsze jest zamknąć oczy i nie widzieć drugiego człowieka.
Łzy spływały mi po policzkach, chociaż nie płakałam z głodu. Płakałam, bo pierwszy raz poczułam, iż ktoś mnie dostrzegł. Nie jak biedną Zosieńkę, a jak po prostu dziecko, potrzebujące odrobiny ciepła.
Popędziłam do domu z tą miską przytuloną jak święty Graal. Szymek i Klara rzucili się na mnie z radości, a przez chwilę nasz domek wypełniły śmiech i zapach, jakiego jeszcze tu nie było.
Kiedy rodzice wrócili późnym wieczorem, zmęczeni i zziębnięci, zastali nas najedzonych i roześmianych. Mamie łzy zapiekły oczy, a tata zdjął czapkę i podziękował niebu.
Nie było u nas choinki. Nie było prezentów pod poduszką. Była za to dobroć.
I czasami myślę, iż to wystarczy, by poczuć, iż nie jest się na tym świecie samemu.
Są takie dzieci jak ja Zosia które nie proszą o nic. Po prostu patrzą. Patrzą przez ogrodzenia, na pełne stoły, na świąteczne domy innych ludzi.
Czasem jedna porcja ciepłego obiadu, jeden drobny gest, słowo kojące jak balsam, mogą być najpiękniejszym prezentem, jaki otrzymałeś w życiu.
Więc jeżeli masz w sobie kawałek tej dobroci nie omiń nikogo w potrzebie, proszę.













