Były mąż przyniósł kwiaty w zamiarze pogodzenia, ale nie przekroczył progu domu

twojacena.pl 15 godzin temu

Jagodo, zobacz, w jakim kolorze te róże! Trzy dni wahałam się między kremowym marzeniem a kością słoniową, prawie szalejąc w sklepie z kwiatami powiedziała Elżbieta, przecierając dłonią fakturę papieru w przedpokoju i szeroko się uśmiechając. Teraz wchodzę do domu i czuję, iż wreszcie jest po mojej myśli.

Jagoda, przyjaciółka Elżbiety od szkolnych lat, skinęła głową, odgryzając kawałek domowego ciasta z kapustą. Siedziały w kuchni, w której unosił się zapach świeżo upieczonych bułeczek i mocnej kawy. Ten zapach przytulności stał się stałym elementem ich mieszkania, wypierając stary aromat papierosów, który kiedyś zdawał się wnikać w same ściany.

Elu, rozkwitłaś! zauważyła Jagoda, kładąc filiżankę na spodku. Ten remont to dopiero kropka nad i. Wcześniej było jak w bagnie. Cieszę się, iż nie sprzedałaś mieszkania, a zamiast tego po prostu je odświeżyłaś, jakbyś zmieniła skórę.

Elżbieta westchnęła, poprawiając serwetkę. Tak, to nie było łatwe. Kiedy Sergiusz wyszedł, trzaskając drzwiami i mówiąc, iż duszy mu się w tym bagnie, wydawało się, iż życie dobiegło końca. Dwadzieścia lat małżeństwa, dorosły synek Kacper, ugruntowane życie wszystko runęło w jednej chwili za sprawą jakiejś ulotnej wolności i nowej muzy, którą okazała się młoda administratorka z jego warsztatu samochodowego. Minęło półtora roku. Łzy przeschły, Kacper wspierał matkę, a praca w banku nie pozwalała na całkowite poddanie się. Teraz, siedząc przy nowym stole kuchennym, Elżbieta czuła niesamowitą lekkość.

Wiesz, Jagodo, nie wierzyłam w to sama przyznała. Pierwsze miesiące chodziłam w mgławicy, czekając, aż klucz w zamku się obróci. A potem nagle obudziłam się i zrozumiałam, iż cisza nie jest straszną. Cisza to brak krzyku o przesolony rosół, brak rozrzucania skarpet i pytania o każdą wydatkowaną złotówkę.

Wtem przerwał je sygnał dzwonka do drzwi. Brzask był ostry, zupełnie inny niż delikatne dzwonki kurierów czy sąsiadki ciotki Vali, która czasem wpadała po sól.

Elżbieta i Jagoda spojrzały na siebie.

Kogoś czekasz? szeptała przyjaciółka.

Nie, Kacper jest na studiach, kuriera nie zamawiałam Elżbieta zmarszczyła brwi, wstając od stołu. Serce nagle przyspieszyło, jakby podstępnie zdradzało rytm. Przyszło dziwne przeczucie chłodu wzdłuż kręgosłupa.

Wyszła w korytarz, poprawiła elegancką lnianą sukienkę, zupełnie inną niż zniszczony szlafrok sprzed lat, i podeszła do drzwi. Nie patrzyła w otwór, po prostu zapytała:

Kto tam?

Po chwili ciszy, ciężkiej i znaczącej, zabrzmiał znajomy głos, który kiedyś sprawiał, iż nogi ją wiły, a teraz wywoływał jedynie przytłumioną falę irytacji.

Elu, otwórz. To ja.

Sergiusz.

Elżbieta zamarła, ręką dotykając zamka. Palce nie drżały. To było zaskakujące dawniej, słysząc jego głos, od razu biegała po mieszkaniu, poprawiając fryzurę, ścierając niewidzialny kurz, starając się go zadowolić. Teraz chciała po prostu wrócić do ciasta i rozmowy z Jagodą.

Powoli odkręciła rygl i otworzyła drzwi.

Sergiusz stał w klatce schodowej, wyglądając niczym z filmu. W jednej ręce trzymał gigantyczny bukiet bordowych róż, owinięty w szeleszczący papier kraftowy. Na sobie miał nowe płaszcze, które choć nieco luźno leżały, i szalik przewieszony przez ramię. Wyraźnie przygotowywał się do wizyty, próbując posture, spojrzenie, a może choćby przemowę.

Gdy zobaczył Elżbietę, rozpromienił się tą samą uśmiechniętą twarzą, którą kiedyś nie mogła oprzeć. Uśmiech psa, którego nie da się odmówić.

Dzień dobry, Elu mruknął aksamitnym barytonem, robiąc krok w progu.

Elżbieta nie ustąpiła ani kroku. Stała w progu jak strażnik, opierając ramię o framugę.

Dzień dobry, Sergiuszu. Co cię sprowadza?

Sergiusz lekko zakłopotany. Liczył na łzy, krzyki, przytulenie, natychmiastowe zaproszenie do stołu. Zamiast tego spotkał spokojny, badawczy wzrok, jakby patrzył na kota, który wszedł na podwórko, albo na handlowca oferującego niepotrzebny odkurzacz.

No kaszlnął, nieco opuszczając bukiet. Przejeżdżałem obok. Pomyślałem, iż wpadnę. Wpadnę, bo nie jesteśmy już zupełnie obcy. Dwadzieścia lat, Elu, nie da się wykreślić.

Nie da się wykreślić przyznała, nie zmieniając pozycji. Ale sam mówiłeś, iż te dwadzieścia lat były błędem i bagno. Zapomniałeś? Ja pamiętam doskonale.

Sergiusz zmarszczył brwi, jakby ból zęba go dręczył.

Elu, kto by się tamgał? Byłem w emocjach. Kryzys połowy życia, nie wiedziałem, co niosę. Jesteś mądrą kobietą, powinnaś to zrozumieć. Mężczyźni, jesteśmy słabi, impulsywni.

Znowu zrobił krok naprzód, pewny, iż argument zadziała. Jego but ledwo dotykał nowego dywanu w przedpokoju.

Stój powiedziała Elżbieta cicho, ale stanowczo. Nie wchodź.

Co? oczy Sergiusza się rozszerzyły. Elu, co ty robisz? Stałem z kwiatami jak głupiec, sąsiedzi patrzą. Przynajmniej pozwól mi wejść na korytarz, pogadamy. Widziałem, iż remont, nowe tapety drogie, co?

Wyciągnął szyję, próbując zajrzeć za jej plecy i ocenić rozmiar inwestycji.

Sergiuszu, rozmawiamy tutaj. Mam gości odparła Elżbieta, nie myśląc o wtrącaniu się.

Gości? w jego głosie pojawiła się zazdrość. Kogo? Faceta? gwałtownie znalazłaś zamiennika?

To Jagoda. I choćby gdyby to był mężczyzna, to cię nie interesuje. Jesteśmy po rozwodzie, Sergiuszu. Oficjalnie półtora roku. Sam chciałeś wolności.

Sergiusz westchnął, wyraźnie odczuł ulgę, iż to tylko Jagoda, a nie wymyślony rywal. Zmienił taktykę. Uśmiech stał się szerszy, w oczach pojawił się wilgotny blask.

Elu, przestań. Wiem, iż się gniewasz. Masz rację. Byłem w błędzie. Przemyślałem wiele rzeczy.

Naprawdę? skrzyżowała ręce na piersi. I co przemyślałeś? Że muza nie potrafi zrobić rosół? Czy iż wynajęte mieszkanie kosztuje, a pensja w warsztacie nie jest elastyczna?

Uderzenie trafiło w punkt. Twarz Sergiusza na chwilę drgnęła, maska szlachetnego skruchy pękła. Elżbieta była bliska prawdy. Plotki krążyły: młoda dziewczyna z jego warsztatu, problemy w biznesie. Elżbieta nie cieszyła się z tego, po prostu była obojętna, a ta obojętność przeraziła go bardziej niż nienawiść.

A co z rosół? odpowiedział zirytowany, kiwając się z nogi na nogę. Mówię o duszy, o rodzinie. Zrozumiałem, iż nikogo nie mam bliżej niż ciebie. Przeszliśmy razem tyle Kacper jak on? Dzwonił w zeszłym tygodniu, krótko rozmawialiśmy, nie wziął pieniędzy

Kacper jest dorosły, ma własny głos. Pamięta, jak odszedłeś, Sergiuszu. Jak krzyczałeś, iż ciągniesz nas w dół.

Nie krzyczałem! wybuchnął, ale zaraz się uspokoił. Elu, nie oceniaj mnie przy drzwiach jak szkolny nauczyciel. Przyszedłem w pokoju, przynoszę twoje ulubione kwiaty. Róże. Bordowe.

Elżbieta spojrzała na bukiet. Piękne, drogie. Kiedyś rozlałaby się w łzach. Rzadko dawał kwiaty, tylko przy wielkich okazjach lub po dużym przewinieniu. Teraz te róże wydawały się obce, niewłaściwe, jak choinka w lipcu.

Dziękuję, ale nie potrzebuję odpowiedziała spokojnie. Nie mam takiej wazy, a zapach róż już mi nie przypada. Wolę tulipany, a może i zioła.

Nie lubisz? przystanął, zaskoczony. Jak można nie lubić róż? Mówisz bzdury, tylko po to, żebym się obraził.

W tym momencie Jagoda wyłoniła się z kuchni, widząc całą scenę. Zrobiła krok w stronę drzwi.

O, Sergiuszu! Nie przyjechałeś na czyste powietrze zawołała głośno. My tu się zajadamy, a ty…

Cześć, Jagodo mruknął, niechętny. Powinnaś powiedzieć, żeby mąż mógł wejść.

Były mąż poprawiła Jagoda. To jej dom, kto chce, ten wchodzi. A ty, chyba przytyłeś? Nie karmiła cię młoda?

Sergiusz zignorował uwagi Jagody i znów skupił się na Elżbiecie. Wiedział, iż traci kontrolę. Standardowe sztuczki nie działały. Musiał zagrać na całość.

Elu, posłuchaj jego głos stał się cichy, pełen szczerości. Popełniłem straszną pomyłkę. Żyłem sam, próbowałem tej waszej wolności to wszystko pustka, błyskotki. Chcę wrócić do domu, do ciebie. Może zaczniemy od nowa? Pomogę z remontem, jeżeli coś zostało niedokończone. Moje ręce wciąż potrafią coś zrobić.

Elżbieta patrzyła na niego i widziała nie tego pewnego mężczyzny, z którym spędziła dwadzieścia lat, ale zmęczonego, przetartego przez życie człowieka, który szuka spokojnego portu po burzy. Nie potrzebował jej, Elżbieta. Potrzebował wygody, ciepłego posiłku i poczucia, iż jest ważny, co ona dawała latami.

Sergiuszu mówiła łagodnie, ale w głosie dźwięczała stal nic już nie zostaje do dokończenia. Wszystko mam gotowe, zarówno mieszkanie, jak i życie.

Ale ja zaciął się. Zmieniłem się!

Ludzie się nie zmieniają, Sergiuszu. Tylko chwilowo się dopasowują. Odeszłeś, bo się nudziłeś. Wróciłeś, bo było źle. A ja? Nie jestem twoim lotniskiem przesiadkowym.

Co? wykrzyknął. Jestem ojcem naszego syna!

Byłeś. Potem wybrałeś inną drogę. Ja to przyjęłam. I wiesz co? Podoba mi się ta nowa droga. Bez ciebie.

Sergiusz stał osłupiały. Liczył na scenę, krzyki, hiszpańskie gesty to działało. Spokojny, rzeczowy nie przebił jego pancerz. Zrozumiał, iż kobieta w stylowej sukni, stojąca w progu jasnego, odnowionego mieszkania, już nie jest jego żoną. Ten próg to nie tylko drewniana listwa, to nieprzekraczalna granica.

To serio? zapytał, głos przygaszony. Po prostu wyrzucasz mnie? choćby herbaty nie podasz?

Nie podam odpowiedziała sucho. Mam herbatę tylko dla tych, którzy mnie cenią, a nie wykorzystują. Idź do domu, do tej kobiety, którą zostawiłeś. Albo do mamy. Tu nie ma już twojego miejsca.

Zaczęła powoli zamykać drzwi. Sergiusz postawił nogę, próbując je zablokować, ale po spojrzeniu w lodowaty wzrok Elżbiety wycofał się. W jego oczach nie było już strachu, tylko zdecydowana gotowość wezwać policję, gdyby miał zacząć wulgaryzować.

Będziesz żałować, Elu! wykrzyknął, maska spadła. Po czterdziestu pięciu latach? Kto cię potrzebuje? Mężczyźni nie leżą na drodze!

Już płakałam dwa lata temu. Wszystkiego najlepszego.

Drzwi zatrzasnęły się solidnym stukJagoda chwyciła Elżbietę za rękę i razem podeszły do kuchni, by zaparzyć herbatę i wymyślić, co zrobić w nadchodzący weekend.

Idź do oryginalnego materiału