BuntownikBuntownik spojrzał w stronę horyzontu, gdzie dawna wiara w wolność wciąż tliła się jak iskra w popiele.

newsempire24.com 1 tydzień temu

Wyciągnął rękę, żeby pogłaskać groźne zwierzę, ale kotka szarpnęła się w bok i jakoś dziwnie odczołgała się od człowieka, z dala od wyciągniętej dłoni…

— Niech pan na niego spojrzy! – prawie krzyczała dyrektorka szkoły. – Rodzice wezwani, a jemu choćby nie wstyd!

Dymek spojrzał prosto w oczy wściekłej dyrektorki. Na twarzy dziesięcioletniego chłopca nie było ani śladu skruchy za popełniony wybryk. Z znudzoną miną słuchał w milczeniu wymówek pani Anieli Edwardówny.

— Spalić dziennik lekcyjny! – głos dyrektorki przeszedł w pisk.

— Poczekaj za drzwiami! – rozkazał surowym tonem ojciec.

Chłopak wyszedł z gabinetu dyrektorki, głośno trzaskając drzwiami. Było mu wszystko jedno, czy znów zostanie ukarany. Nie mógł postąpić inaczej, dał słowo…

A co do rodziców, oni i tak niedługo o nim zapomną, wyjeżdżając w następną ekspedycję.

Tego samego wieczoru na naradzie rodzinnej zapadła decyzja, żeby wysłać Dymka na całe lato na wieś do dziadka. Może on znajdzie sposób na młodego buntownika…

*****

— To twój rozkład dnia – Jerzy Sawicki, były wojskowy, wskazał wnukowi kartkę zapisaną równym pismem. – Na wsi nie ma czasu w głupoty, wszyscy chcą jeść i pić.

— Jestem niewolnikiem? – wyrwało się Dymkowi, gdy przeczytał długą listę obowiązków.

Jerzy Sawicki uśmiechnął się, doceniając wojownicze spojrzenie wnuka. Wczoraj syn przywiózł Dymka, nie przestając narzekać ojcu, jak trudno z nim wytrzymać. Ciągłe bójki w szkole, niezadowolenie nauczycieli i dyrektorki – wszystko to zabierało czas na badania naukowe. Rodzice Dymka wyjechali w ekspedycję, z ulgą zostawiając zbuntowanego syna dziadkowi.

Powoli płynęły dni wypełnione nietypowymi zajęciami…

Dymek wstawał z kurami, pomagał dziadkowi nakarmić łaciastą Krasulę, cztery prosiaki i gniazdego Karego. Przynieść wodę, ułożyć narąbane drewno, wypielić grządki…

Pracy nie było końca, ale Dymek dał słowo, iż nie będzie narzekać.

— On mnie pilnuje? – zapytał kiedyś Dymek, patrząc czujnie na ulubieńca dziadka, wielkiego psa Burka, który jak cień szedł za nim, jeżeli opuszczał teren posesji.

— Czuje, iż nie jesteś stąd, boi się, żebyś się nie zgubił – odpowiedział dziadek z lekką ironią.

Dymkowi bardzo spodobało się chodzić na ryby. Chłopak gwałtownie nauczył się radzić sobie z wędką i po kilku tygodniach Jerzy Sawicki zaczął puszczać go samego nad rzekę.

Najlepszy brał wczesnym rankiem, gdy było jeszcze chłodno. Dymek lubił siedzieć z wędką na brzegu i patrzeć, jak wschodzi słońce, rozświetlając wszystko dookoła. Tego w mieście na pewno nie zobaczysz!

Pewnego wczesnego poranka, gdy usadowił się z wędkami nad malowniczą rzeczką, Dymek zauważył ruch w wysokiej trawie.

Gdzieś obok głośno kumkała żaba, zaraz zaszczekał pies. Pozornie znajome dźwięki, ale…

Trawa znów się poruszyła i chłopak postanowił sprawdzić…

Ostrożnie stąpając wśród wysokiej trawy, Dymek wypatrywał w porannym półmroku, ale nic nie zobaczył. Uznał, iż mu się zdawało, i już chciał wrócić do wędek, gdy usłyszał ledwo wyczuwalny żałosny jęk.

Schylił się, rozchylił trawę rękami, a na niego groźnie syknęła kotka, ostrzegawczo przyciskając uszy. Oczy zwierzęcia nakazywały zachować dystans, a w syknięciu wyraźnie brzmiała groźba.

— Ojej… – wyrwało się Dymkowi z zaskoczenia. – A ty czego syczysz?

Wyciągnął rękę, żeby pogłaskać groźne zwierzę, ale kotka szarpnęła się w bok i jakoś dziwnie odczołgała się od człowieka, z dala od wyciągniętej dłoni.

W tym momencie zaczęło świtać i Dymek zobaczył krwawe plamy na jasnym futerku zwierzęcia. Przed oczami stanął obraz z niedawnej przeszłości – czterech nastolatków znęcało się nad pasiastym kotem z odmrożonym prawym uchem…

Dymek wzdrygnął się, odpędzając bolesne wspomnienie. Kotka jest ranna, potrzebuje pomocy!

Gołymi rękami jej nie weźmie, jest wściekła i wyraźnie ją boli. Rozejrzał się dookoła, ale nie znalazł niczego odpowiedniego. Miał na sobie lekką kurtkę, chroniącą przed porannym chłodem.

Zrzuciwszy kurtkę, chłopak zbliżył się do syczącej kotki:

— Kici, kici, kici! Ja tylko chcę ci pomóc… Kici, kici, kici!

Z ostatnich sił kotka rzuciła się w bok, ale Dymek okazał się szybszy. Nakrywszy kotkę kurtką, ostrożnie owinął ją i przycisnął do piersi. A potem popędził co sił w nogach do domu, zapominając o wędkach…

— Dziadku, z kotką będzie dobrze? – zapytał po raz setny wnuk, patrząc z niepokojem na drzwi letniej kuchni.

— Nie martw się, pani Aniela – weterynarz, zna się na ranach – Jerzy Sawicki pogłaskał wnuka po głowie. – Idź tymczasem po wędki, a jak wrócisz, będą nowiny…

Dymek kiwnął głową i gwałtownie pobiegł nad rzekę po wędki. Tak się spieszył, iż ledwo łapał oddech, gdy wrócił do domu.

W tym momencie na progu letniej kuchni pojawiła się drobna sylwetka pani Anieli. Starsza kobieta powiedziała coś Jerzemu Sawickiemu, od czego ten uśmiechnął się radośnie.

— Jak ona? – wyrwało się Dymkowi.

— Wszystko będzie dobrze – odparła pani Aniela. – Wygląda, iż pogryzł ją pies… Rany opatrzyłam, teraz opiekuj się nią.

— Zrobię wszystko! – zawołał Dymek, a w jego oczach pojawiły się łzy euforii i ulgi…

Tego wieczoru chłopak nie odstępował śpiącej kotki, urządzając jej z pudełka i starego koca prowizoryczne legowisko. Ustawiwszy obok miski z jedzeniem i wodą, po prostu siedział i patrzył, jak kotka śpi.

— Będziesz tu nocował? – zapytał Jerzy Sawicki.

— A mogę? – z nadzieją spytał Dymek.

— Lepiej zabierzemy ją do izby – zaproponował dziadek.

Kotkę przeniesiono do pokoju, w którym spał Dymek, i postawili pudełko obok jego łóżka.

Z bliska umaszczenie kotki okazało się jasnobeżowe z ledwo widocznymi pręgami.

Dymek usiadł na skraju łóżka, dalej obserwując, jak śpi jego podopieczna.

— Patrzę na ciebie, wnuku, i dziwuję się – powiedział w zamyśleniu Jerzy Sawicki, siadając na krześle w kącie pokoju. – Nie jesteś leniwy, jesteś bystry, odpowiedzialny i nie brak ci dobroci. Więc czemu urządzasz bunt na pokładzie?

Dymek spojrzał na dziadka, wzruszając ramionami zamiast odpowiedzi.

— Twój ostatni wyczyn z dziennikiem lekcyjnym… – indagował dziadek. – Przecież nie spaliłeś go bez powodu?

— Dałem słowo, a jak się da, trzeba go dotrzymać – mruknął Dymek.

Wyciągnąwszy rękę, ostrożnie pogłaskał śpiącą kotkę po głowie.

— Komu dałeś słowo? – podejrzenia Jerzego Sawickiego potwierdziły się, bo nie wierzył w winę wnuka.

— W piwnicy domu obok szkoły mieszka bezdomny kot, którego dokarmiałem i rozmawiałem z nim, zupełnie tak samo jak ty z Burkiem – wyznał Dymek, pociągając nosem. – Marzyłem, żeby zabrać go do domu, ale rodzice choćby słuchać o tym nie chcieli… Dałem słowo Łatce, iż zawsze będę go bronić.

— I co się stało z tym kotem? – cichym głosem zapytał dziadek, wstrzymując oddech.

— Chłopaki ze starszych klas znęcali się nad nim – głos Dymka zadrżał. – Prosiłem, żeby przestali, zgodzili się, pod warunkiem iż spalę dziennik…

— Łajdacy! – wyrwało się starszemu mężczyźnie. – Gdzie jest teraz ten kot?

— Zabrana go jakaś kobieta, jak mi powiedział woźny – Dymek znów pogłaskał kotkę. – Chciałbym wiedzieć, co u Łatki…

— Jesteś dzielny! – dziadek pogłaskał wnuka po głowie. – Słowa dotrzymałeś, to dobrze, ale czemu nic nie powiedziałeś rodzicom?

— Nie pytali – odpowiedział po prostu Dymek.

Mijały dni… Rany na ciele Puszkowej, jak nazwał kotkę Dymek, zagoiły się. Kotka przestała syczeć i podejrzliwie patrzeć na ludzi.

Puszkowa przyjmowała opiekę człowieka, który uratował jej życie. niedługo wypiękniała i wyraźnie przybrała na wadze, a potem przeniosła się spać do Dymka do łóżka.

Marzenie chłopaka spełniło się, ale często widywał w snach pręgowanego Łatkę z odmrożonym uchem. Kot łasił się do jego nóg i głośno mruczał, gdy Dymek brał go na ręce.

— Gdzie jesteś? – pytał Dymek we śnie pręgowanego kota, ale nie otrzymywał odpowiedzi.

Minął lipiec, a potem sierpień…

Dymek czekał, iż przyjadą po niego rodzice, ale zamiast tego dziadek oznajmił wnukowi, iż musi pojechać do miasta w sprawach. Załatwiwszy rano gospodarskie sprawy, Jerzy Sawicki zostawił gospodarstwo wnukowi i pojechał na pociąg.

Wrócił wieczorem, zmęczony, ale zadowolony. Pochwalił wnuka za porządek w obejściu i, tajemniczo się uśmiechając, zawołał go do izby, gdzie wcześniej wniósł wielkie pudło.

— Chodź tu, wnuku – Jerzy Sawicki wskazał na kanapę. – Zobacz, kto przyjechał ze mną z miasta.

Dymek wszedł do pokoju i spojrzał na kanapę. Chłopak mrugnął kilka razy, bojąc się, iż mu się wydaje.

— Łatka! – zawołał chłopiec, ostrożnie biorąc na ręce pręgowanego kota z odmrożonym uchem. – Dziadku, jesteś najlepszy!

Kot wyglądał zdrowo i dobrze odżywiony. Później Jerzy Sawicki opowiedział wnukowi, jak poruszył go jego postępek i postanowił odszukać pręgowanego kota, prosząc o pomoc szkołę Dymka.

Okazało się, iż to właśnie woźny zwrócił się do schroniska z prośbą o zabranie bezdomnego kota, bojąc się o jego życie.

Na początku września przyjechali rodzice Dymka z wiadomością, iż muszą wyjechać na dłuższą ekspedycję i chłopiec będzie musiał przez jakiś czas mieszkać u dziadka.

Rodzice ledwo poznali w wesołym i radosnym dziecku dawnego buntownika.

— Tato, zdziałałeś cud! – zawołał ojciec Dymka.

— Nauczcie się słuchać swojego dziecka – pouczająco powiedział Jerzy Sawicki.

A co do Dymka, to ucieszył się, iż zostaje mieszkać z dziadkiem i nie będzie musiał rozstawać się z Łatką i Puszkową.

Buntownik zamienił się w najbardziej troskliwego i odpowiedzialnego opiekuna swoich pupili.

Idź do oryginalnego materiału