Bożena z Radomia czterdzieści dwa lata za szybką

twojacena.pl 2 dni temu

Bożena i sanatorium, którego nikt jej nie podarował

Autobus był pusty, a ja i tak stałam przy drzwiach jeszcze dobrą minutę, zanim usiadłam. Skurcz w żołądku, ten sam co zawsze, kiedy zostaję sama z bagażem i biletem w ręku. Mam sześćdziesiąt dwa lata i dopiero teraz, po tym wyjeździe, zaczynam rozumieć, jak to wszystko wyglądało z zewnątrz. Ale niech będzie po kolei, bo inaczej znowu wyjdzie, iż jestem tą złą.

Nazywam się Bożena, mieszkam w Radomiu, całe życie przepracowałam w przychodni jako rejestratorka — czterdzieści dwa lata za tą samą szybką, z tym samym zapachem środka do dezynfekcji, który do dziś czuję, kiedy zamykam oczy. Z Krystyną znamy się od czasów, gdy razem pracowałyśmy na oddziale — ja z rejestracji, ona z laboratorium, blok obok. Ponad dwadzieścia lat przyjaźni. Nie z tych, co dzwonią codziennie, ale z tych, które się nie kończą.

To ja zaproponowałam wyjazd. Lekarz od dawna gadał mi o kolanach i o ciśnieniu, więc w marcu zadzwoniłam do Krystyny i powiedziałam: jedźmy do Krynicy, obie potrzebujemy odpocząć, będzie raźniej we dwie. I to prawda — bałam się jechać sama. Nie dlatego, iż jestem bezradna, tylko dlatego, iż od śmierci męża minęły cztery lata i wciąż nie przywykłam robić rzeczy w pojedynkę. Wchodzę do pustego autobusu i już czuję ten skurcz w żołądku. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie.

Krystyna się zgodziła. Może choćby chętnie — miała wtedy zaległy urlop, coś tam mówiła o mężu, iż siedzi jej na głowie w domu i chce odpocząć od gotowania. Zarezerwowałyśmy pokoje, spakowałyśmy się, pojechałyśmy pekaesem, bo tak wyszło taniej niż PKP — sto dwadzieścia złotych za bilet w jedną stronę, pamiętam dokładnie, bo Krystyna liczyła każdą złotówkę na kartce w zeszycie w kratkę.

Sanatorium pachniało chlorem i sosnami, jak wszystkie te ośrodki — jadalnia, alejki, zabiegi o wyznaczonych godzinach, ludzie z kijkami i teczkami z wynikami. Nic wyjątkowego. Ale już pierwszego dnia poczułam, iż coś między nami się zmienia, tylko nie umiałam nazwać co.

Owszem, dzwoniłam do niej dużo przed wyjazdem. Pytałam o szlafrok, o tabletki na ciśnienie, prosiłam o wydruk rezerwacji, bo moja drukarka akurat wtedy się popsuła. To były zwykłe pytania — tak się robi, kiedy się jedzie z kimś, komu się ufa. Nie widziałam w tym nic dziwnego. Ale słyszałam, jak z każdym telefonem jej głos robił się coraz krótszy, urzędowy prawie.

W sanatorium zaczęło się od drobiazgów. Trzęsły mi się ręce przy wypełnianiu ankiety u lekarza — po tej długiej podróży, po nieprzespanej nocy w obcym łóżku, naprawdę drżały — więc poprosiłam, żeby wypełniła za mnie. Nie dosłyszałam, co mówi pielęgniarka w rejestracji zabiegów, więc poprosiłam, żeby zapytała. To nie kaprysy. To po prostu tak wygląda, kiedy ktoś czuje się zagubiony w nowym miejscu, a obok jest osoba, która zawsze wie, co robić.

Krystyna z boku pewnie widziała to inaczej. Widziała kobietę, która dzwoni rano: „Krysiu, gdzie jesteś, obudziłam się, a ciebie nie ma, nie czekasz na mnie na śniadanie?" Nie wiedziała — bo nigdy jej tego nie powiedziałam — iż budzę się w tych pokojach sanatoryjnych z sercem walącym jak młot, bo przez pierwsze minuty nie pamiętam, gdzie jestem, i szukam czegoś znajomego. Ona była tym znajomym. Nie umiałam tego inaczej wytłumaczyć niż telefonem o ósmej rano.

Trzeciego dnia powiedziała przy śniadaniu, iż po południu idzie do parku sama, bez planu, tylko posiedzieć. Powiedziałam: „Dobrze, idź, nie zatrzymuję cię." I naprawdę tak myślałam. Ale potem zmierzyli mi ciśnienie na zabiegach i pielęgniarka powiedziała, iż trochę podwyższone, iż mam odpocząć, nie zostawać sama w pokoju. Zadzwoniłam. Nie dlatego, żeby ściągnąć ją z parku na złość, tylko dlatego, iż naprawdę się bałam — mój mąż zmarł na zawał, w tym samym wieku co ja teraz prawie, i każde takie „coś nie tak" z ciśnieniem odzywa się we mnie jak alarm, którego nikt inny nie słyszy.

Wróciła. Nic nie powiedziała, tylko odstawiła torebkę na krzesło z takim rozmachem, iż kubek na stoliku aż podskoczył.

Szóstego dnia, w czytelni na parterze, dzwoniła do mnie córka — pytała, jak sobie radzę. Powiedziałam jej, iż dobrze, iż nie jestem sama, iż Krystyna mi pomaga, iż beze niej bym w ogóle tu nie przyjechała. Nie wiedziałam, iż Krystyna stała za drzwiami z dwiema herbatami w rękach. Gdybym wiedziała, powiedziałabym to samo — bo to była prawda, nie umniejszenie. Ale rozumiem już teraz, jak to zabrzmiało z tamtej strony drzwi: jakby ona była narzędziem, a nie przyjaciółką.

Tego samego wieczoru poprosiłam, żeby poszła ze mną następnego dnia na kąpiele borowinowe, bo nudno mi tam samej leżeć. Powiedziała nie. Powiedziała, iż jedzie na swój zabieg, o swojej godzinie. Zapytałam „jak to", bo naprawdę nie rozumiałam — przecież nigdy wcześniej nie odmawiała.

A potem powiedziała to wszystko naraz. Że obciążam ją od pierwszego dnia. Że wypełniała za mnie papiery, nosiła torby, biegała między gabinetami, siedziała przy mnie, kiedy było mi „straszno". Że nie przyjechała tu jako pielęgniarka, tylko żeby odpocząć.

Siedziałam na łóżku i naprawdę nie wiedziałam, co odpowiedzieć poza tym jednym zdaniem, które wyrwało mi się samo: iż przecież jej nie obciążam, iż tylko proszę o pomoc, tak jak zawsze prosiłam. Krystyna powiedziała, iż właśnie o to chodzi — iż zawsze proszę, od dwudziestu lat, i iż nigdy nie zapytałam, ile to ją kosztuje.

To zdanie usiadło we mnie i nie chciało wyjść. Bo — niech to będzie uczciwe — coś w tym było. Nie chciałam, żeby tak było, ale było.

Ostatnie dni minęły w takiej pogodnej ciszy, jaka bywa po awarii, kiedy prąd już wrócił, ale wszystkie zegary trzeba nastawiać od nowa. Chodziłam na zabiegi sama. Nie zgubiłam się, nic mi się nie stało, wszystko znalazłam. Przy stole powtarzałam, iż dam sobie radę, iż nie chcę nikomu ciążyć — powiedziałam to chyba ze cztery razy, i za każdym razem widziałam, jak twarz Krystyny robi się trochę bardziej zmęczona, jakby te słowa też były dla niej ciężarem, tylko innego rodzaju.

Przed wyjazdem powiedziałam, iż chyba więcej z przyjaciółkami nigdzie nie pojadę, iż wypoczynek ma być bez tłumaczenia się. Krystyna nic nie odpowiedziała, tylko zaczęła składać ręcznik, dokładnie, kant do kantu, jakby to było najważniejsze zadanie tego dnia.

Minęły prawie dwa miesiące. Nie zerwałyśmy kontaktu, ale rozmawiamy rzadziej. We wtorek, dwudziestego piątego sierpnia, zadzwoniłam do niej, żeby zapytać o przepis na szarlotkę, tak zwyczajnie — i przez chwilę było jak dawniej, śmiałyśmy się z pielęgniarki od zastrzyków sprzed trzydziestu lat.

Kiedy odłożyłam telefon, usiadłam przy kuchennym stole, tam gdzie stoi zdjęcie męża w drewnianej ramce. Wzięłam ścierkę i zaczęłam wycierać już czysty blat, powoli, jeden kwadrat kafelka po drugim, i myślałam o tym, ile razy przez te dwadzieścia lat dzwoniłam do Krystyny, nie pytając, czy akurat ma siłę, żeby mnie unieść.

Nie zadzwoniłam z przeprosinami. Nie umiem tak, w tym wieku człowiek już nie zmienia się z dnia na dzień. Ale kiedy jechałam do przychodni po wyniki — sama, autobusem numer siedem, tym samym, którym jeździłam z mężem — usiadłam przy oknie i patrzyłam, jak mijają te same bloki, które widziałam tysiąc razy. Telefon leżał w torebce. Nie sięgnęłam po niego.

Idź do oryginalnego materiału