Zawsze myślałam, iż moja teściowa, pani Wiesława, nienawidzi włoskiej muzyki. Przez jedenaście lat wspólnych niedzielnych obiadów w jej mieszkaniu na Grochowie ani razu nie włączyła radia. Mówiła, iż dźwięki ją męczą, iż po czterdziestu latach pracy w przedszkolu ma dość hałasu. Wierzyłam w to do tamtej soboty.
Tamtej soboty przyjechałam do niej wcześniej niż zwykle, bo Marek, mój mąż, poprosił, żebym zawiozła jej leki na serce. Stałam w przedpokoju, zdejmowałam buty, i usłyszałam z dużego pokoju cichutkie, trzeszczące radio. Ktoś nucił. Pani Wiesława siedziała przy oknie, tyłem do drzwi, i śpiewała razem z jakąś starą piosenkarką. Włoską.
— Nie wiedziałam, iż lubi pani takie rzeczy — powiedziałam, kładąc reklamówkę z apteki na stole.
Podskoczyła jak przyłapana na czymś wstydliwym. Ręka błyskawicznie złapała za gałkę radia i przekręciła, aż coś w środku chrupnęło.
— To głupota. Stare płyty męża — mruknęła, nie patrząc na mnie.
Ale ja zdążyłam zobaczyć jej twarz, zanim zdążyła ją schować. To nie było zażenowanie. To był strach. Taki, jaki widzi się u kogoś, kto trzyma w domu coś, czego nie powinien mieć.
Kilka dni później Marek poprosił, żebym poszła do niej po stary młynek do kawy. Miał być w kredensie, w salonie, na najniższej półce. Pani Wiesławy nie było, pojechała na działkę. Otworzyłam kredens, sięgnęłam po młynek, a tam, pod stosem obrusów, leżała zielona teczka z gumką. Stara, wytarta na rogach. Zamiast zostawić, otworzyłam.
W środku był plik kartek w kratkę. Listy. Pisane po włosku, drobnym, kobiecym pismem, datowane od tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego do siedemdziesiątego pierwszego. Podpisywane zawsze tak samo: „la tua Maria". Na samym dnie leżała fotografia. Młody mężczyzna z gitarą, na plaży, gdzieś na południu. Za nim morze. Na odwrocie jedna linijka: „Sopot, lipiec 1970". Mężczyzna na zdjęciu to nie był mój teść.
Tamtego wieczoru nie mogłam spać. Marek chrapał obok, a ja leżałam z telefonem w dłoni i szukałam w internecie, czy Patty Pravo to naprawdę nazwisko piosenkarki. Oczywiście, iż było. Nie o to jednak chodziło. Chodziło o to, iż teść przez jedenaście lat małżeństwa nie wspomniał ani słowem, iż kiedykolwiek był w Sopocie. A pani Wiesława regularnie powtarzała, iż nigdy nie widziała morza.
Następnego dnia zapytałam ją o to wprost. Siedziała w kuchni, obierała ziemniaki, nóż chodził szybko, skórka opadała do garnka cienką wstążką. Zapytałam, kim jest Maria. Nóż zatrzymał się w pół ruchu.
— Jesteś za młoda, żeby to zrozumieć — odparła, nie odrywając wzroku od deski.
— Ma pani listy od kobiety, która zwraca się do pani po imieniu. I zdjęcie mężczyzny, którego nie znam.
— To nie twoja sprawa.
— Może nie. Ale Marek by chciał wiedzieć, iż ojciec…
— Marek! — rzuciła nóż na blat z takim hukiem, iż podskoczyłam. — Marek ma pięćdziesiąt lat i wierzy, iż ojciec zmarł na zawał w osiemdziesiątym drugim. I ma tak zostać. Rozumiesz?
Nie rozumiałam nic. A pani Wiesława wstała, podeszła do okna, zapatrzyła się w podwórko, gdzie akurat strażnicy miejscy spisywali źle zaparkowane auto. I wtedy, cicho, jakby do siebie, dodała:
— Czterdzieści trzy tysiące złotych odkładaliśmy na wkład własny do spółdzielni. Tyle kosztowało mieszkanie, którego nigdy nie kupiliśmy.
Tydzień później dostałam anonimową kopertę, bez adresu nadawcy, wrzuconą wprost do mojej skrzynki na klatce. W środku była kartka z jednym zdaniem: „Sprawdź, kto naprawdę jest współwłaścicielem mieszkania, w którym mieszka Wiesława Cichoń." Nie miałam pojęcia, kto mógł ją napisać — dopiero później, gdy poznałam całą historię, pomyślałam, iż to mogła być sama Maria, chcąca w końcu, żeby prawda wyszła na jaw bez konieczności dzwonienia osobiście. Ale wtedy zamarłam, bo o żadnej współwłasności nigdy nie było mowy.
Zadzwoniłam do notariusz, z którą kiedyś pracowałam w urzędzie dzielnicy. Poprosiłam o odpis z księgi wieczystej dla mieszkania przy Kickiego, które pani Wiesława zawsze nazywała „swoim". Numer działki znałam z podatku od nieruchomości, który od lat opłacał Marek. Notariusz oddała mi telefon po trzech dniach.
I wtedy świat stanął w miejscu.
Mieszkanie przy ulicy Kickiego 14 od czterdziestu czterech lat, czyli od tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego, formalnie należało do kobiety nazwiskiem Maria Gennaro. Obywatelstwo włoskie. Adres do korespondencji w Weronie. A w dziale trzecim księgi widniał wpis: dożywotnia i bezpłatna służebność mieszkania na rzecz Wiesławy i Andrzeja Cichoń, „do końca ich dni".
Do końca życia. Tak brzmiało to, co teść podpisywał wtedy w Sopocie, w kancelarii notarialnej, zanim zdążył wrócić do domu i umrzeć na zawał tego samego roku, zostawiając żonę z mieszkaniem, które formalnie nigdy nie było ich własnością — tylko dachem nad głową, na który ktoś inny miał papier.
Potem tygodnie szły, a ja nie mogłam przestać myśleć o Marii. Nie o tym, kim była. O tym, dlaczego przez te wszystkie lata nic nie zrobiła. Bo służebność chroniła panią Wiesławę — nikt nie mógł jej wyrzucić, dopóki żyła. Ale mogła sprzedać mieszkanie komuś obcemu razem z tym obciążeniem, mogła w każdej chwili przyjechać i zażądać rozliczenia, przypomnieć, kim była dla człowieka, którego pani Wiesława nazywała mężem przez czterdzieści dwa lata. Papier, podpisany przez notariusza, czterdzieści trzy tysiące ówczesnych złotych, których nigdy nie odzyskali. I jedno mieszkanie na warszawskim Grochowie, w którym każdy dzień był pożyczony.
W sobotę włączyłam radio. Specjalnie. Czekałam, aż pani Wiesława przyjdzie po odbiór słoików z ogórkami, które zaniosłam jej w piątek, udając, iż nie mogę ich otworzyć. Kiedy weszła, z radia leciało cicho. Stare, włoskie, trzeszczące.
— Skąd masz tę płytę? — zapytała.
— Z biblioteki na Koszykowej. Nagrałam dla pani.
Podeszła do stołu, położyła torbę. Patrzyła w okno, gdzie za szybami padał pierwszy śnieg. I wtedy, pierwszy raz od jedenastu lat, odezwała się do mnie jak do dorosłej:
— Zanim umrę… mam prawo wiedzieć, czy on wtedy… czy on w ogóle żałował.
Nie zapytałam, o kim mówi. Teraz już wiedziałam.
Następnego dnia umówiłam panią Wiesławę na wizytę u adwokata, który prowadził sprawy spadkowe w mojej dzielnicy. Dałam jej kopertę z wydrukami z księgi wieczystej. Położyła ją na kolanach, jakby ważyła ze sto kilogramów.
— Czego pani ode mnie oczekuje? — zapytała, nie otwierając.
— Niczego. Chcę, żeby pani wiedziała, co jest naprawdę. A potem pani zadecyduje.
Adwokat, młoda kobieta w okularach, powiedziała, iż służebność mieszkania jest dożywotnia i nieodwołalna bez zgody uprawnionej, więc nikt nie mógł nikogo wyrzucić. Pani Wiesława pokiwała głową, ale ja widziałam, iż już dawno przestała bać się o dach nad głową. Bała się tylko jednego: iż Maria zjawi się tu, po czterdziestu latach, i powie coś, czego nie da się już cofnąć.
Maria zjawiła się w maju.
Nie zrobiła awantury. Przyszła cicho, z plikiem dokumentów, prosto z lotniska. Siwa jak gołąb, ubrana w szary płaszcz, w uszach perły, na palcu obrączka. I wtedy pani Wiesława zrobiła coś, czego nikt, łącznie ze mną, się nie spodziewał. Odłożyła torbę z zakupami na parapet, popatrzyła na Marię, potem na mnie, potem na Marka i powiedziała:
— Ja nie czekam na przeprosiny. Ja chcę tylko jednej rzeczy. Żeby pani poszła ze mną na cmentarz. Na grób Andrzeja. I tam, przy tym grobie, zaśpiewała mi pani tę pieśń. Tak, jak mu ją pani śpiewała wtedy w Sopocie. Głośno.
Maria stała jak wrośnięta w próg. Długo milczała. Potem zdjęła płaszcz, odłożyła dokumenty na stolik i powiedziała:
— Dobrze. Idziemy.
Na cmentarzu Bródnowskim wiał wiatr. Pani Wiesława stanęła przy grobie, położyła na nim białą kalię — tę samą, którą hodowała na parapecie w kuchni od lat. A potem Maria, szeptem, i potem coraz głośniej, zaśpiewała. Po włosku.
Marek potem mówił, iż nie zrozumiał ani słowa, ale iż pierwszy raz widział matkę płaczącą.
Trzy tygodnie później Maria podpisała u notariusza na Pradze zrzeczenie się dalszych roszczeń wobec mieszkania — formalność, bo prawnie i tak nic jej nie przysługiwało poza własnością obciążoną służebnością. Dokument brzmiał sucho, jak to w urzędowych zapisach. Ale na dole, pod podpisem, Maria dopisała długopisem jedną linię: „Perché l'amore non sia un peso." Żeby miłość nie była ciężarem.
Pani Wiesława zmarła zimą tego samego roku. We śnie. Marek powiedział, iż rano radio w kuchni grało. Same stare, włoskie piosenki.
A my z Markiem wciąż mieszkamy w wynajętym mieszkaniu na Pradze-Południe. Mieszkanie przy Kickiego wróciło do pełnej własności Marii, zgodnie z prawem, i nikt z nas nigdy tam nie wrócił. Nie odziedziczyliśmy nic poza tym, co matka zostawiła w kredensie: młynek, obrusy, garnek na wodę. No i zieloną teczkę. Ta teczka leży teraz u mnie w szufladzie z dokumentami.
Maria przysłała kartkę z Werony na święta. Pisała, iż pamięta. I iż ta piosenka nie należała tylko do nich.
W radiu czasem, w niedzielę, puszczają Patty Pravo. Wtedy sięgam ręką do pokrętła i ściszam dźwięk, dokładnie tak, jak robiła to ona — na wszelki wypadek, jakby za ścianą ktoś jeszcze mógł to usłyszeć. Na parapecie stoi teraz moja kalia, przesadzona z jej doniczki. Kwitnie w maju.












