Blog redakcyjny w Krakowie: kiedy żałoba staje się propagandą

polregion.pl 1 tydzień temu

Telefon zadzwonił o dziewiątej siedemnaście, kiedy Dorota Wesołowska trzymała w ręku kubek z wystygłą kawą i nie mogła się zmusić, żeby go odstawić. Sekretariat przełączył rozmowę na jej numer wewnętrzny — dzwoniący pytał konkretnie o autorkę tekstu o Wojciechu Baranie.

— Dorota Wesołowska, słucham.

— Dzień dobry, mówi Kuba Michalak. Napisałem komentarz pod wpisem pana Barana, ten dłuższy, cztery akapity. Chciałbym wiedzieć, dlaczego pani go pominęła, a zacytowała krótszy głos, który niczego nie wyjaśnia.

Kubek został na biurku. Dorota otworzyła szufladę, wyjęła wydrukowany artykuł z żółtym markerem na fragmencie cytatu Rafała Sowińskiego — tym samym, o który teraz ktoś ją oskarżał — i przez chwilę wodziła palcem po podkreślonych liniach, jakby mogły same się wytłumaczyć.

— To był wybór redakcyjny — powiedziała. — Portal ma ograniczoną przestrzeń na cytaty, wybieramy…

— Ograniczoną przestrzeń? — przerwał jej. — To jest strona internetowa, nie gazeta z limitem znaków. Pani zignorowała głos specjalisty, bo był niewygodny.

Rozłączył się, zanim zdążyła odpowiedzieć. Dorota siedziała jeszcze chwilę z telefonem przy uchu, słysząc tylko sygnał, a potem otworzyła profil Barana na Facebooku. Ten sam post: "naturalne terapie wspomagające", "oficjalna medycyna zawiodła", zdjęcie żony sprzed choroby. Przewinęła w dół, do komentarzy. Komentarz Michalaka miał osiemset trzydzieści dwie reakcje. Ten, który zacytowała ona, miał dwadzieścia jeden.

Artykuł dotyczył Wojciecha Barana — redaktora naczelnego portalu "Nowa Świadomość", znanego z tekstów kwestionujących szczepienia i onkologię konwencjonalną. Jego żona, Ewa Baran, zmarła po długiej walce z rakiem trzustki. Dorota napisała tekst pełen współczucia: nota o pogrzebie na cmentarzu Rakowickim, cytat z wpisu wdowca, kilka zdań o ceremonii. Nie spodziewała się, iż ktokolwiek zajrzy pod artykuł głębiej niż ona sama.

Do południa napisała odpowiedź na maila od Michalaka — skasowała ją trzy razy, zanim w ogóle cokolwiek wysłała. W końcu nie wysłała nic. Zamiast tego poszła do gabinetu Marka Zielińskiego, redaktora naczelnego, zanim on zdążył wezwać ją do siebie.

— Wiem, co powiesz — zaczęła, stojąc w drzwiach.

— To usiądź, bo ja jeszcze nie wiem, co powiem. — Zieliński obrócił w jej stronę ekran laptopa. Migało tam nowe powiadomienie: drugi mail od Michalaka, tym razem z podpisem zawodowym, numerem PWZ i kopią do redakcji naczelnej. — On już nie dzwoni tylko do ciebie. Pisze do mnie. I do dwóch portali medycznych, które śledzą tę sprawę.

Dorota poczuła, jak pod żebrami robi jej się ciasno, jakby ktoś zacisnął pasek o dziurkę za ciasno. Wzięła ze stołu długopis Zielińskiego, obracała go w palcach, żeby cokolwiek robić.

— Zacytowałam komentarz, który wydał mi się reprezentatywny.

— Reprezentatywny dla czego? Dla tego, iż nauczyciel biologii ma podobne zdanie do internetowych komentatorów Barana? — Zieliński przesunął w jej stronę wydruk. — Immunolog napisał ci analizę na cztery akapity, a ty zacytowałaś dwa zdania kolegi z liceum, bo było wygodniej.

— Nie chciałam nikogo atakować przy pogrzebie.

— To nie o współczucie chodzi, Dorota. Baran od lat prowadzi kampanię przeciwko szczepieniom i onkologii, a ty dałaś mu miejsce na kolejny odcinek tej kampanii pod płaszczykiem żałoby. Michalak to zauważył, ty nie.

Odłożyła długopis, bo palce zaczęły jej się trząść na tyle, iż bała się, iż to będzie widać.

— Więc co teraz?

— Teraz piszesz uzupełnienie. Cytujesz Michalaka w całości, z jego zgodą. Dodajesz kontekst o Baranie. I dzwonisz do niego jeszcze raz, sama, zanim ktokolwiek inny to zrobi za ciebie.

Zadzwoniła tego samego popołudnia. Głos jej się łamał na pierwszym zdaniu, ale dokończyła — powiedziała, iż się pomyliła, iż zacytuje go w całości, iż chce nagrać tę rozmowę za jego zgodą jako część sprostowania. Michalak milczał kilka sekund, potem powiedział tylko: — Dobrze. Ale niech to będzie prawdziwe sprostowanie, nie alibi.

Artykuł uzupełniający ukazał się w poniedziałek rano. Dorota siedziała przy biurku i czytała go trzy razy, zanim kliknęła "publikuj" — cztery akapity Michalaka bez skrótów, fragment rozmowy telefonicznej, zdanie od redakcji przyznające, iż pierwszy tekst nie oddał pełnego obrazu reakcji czytelników. Przez okno przejeżdżał tramwaj linii 8 z reklamą drogerii na boku, ktoś w open space'ie odgrzewał żurek, a ona wciąż siedziała z kursorem nad przyciskiem, jakby jedno kliknięcie mogło coś odwrócić.

Baran odpowiedział tego samego wieczoru, o dwudziestej trzeciej czternaście — jedenaście dni po pogrzebie żony. Nazwał artykuł "linczem medialnym na świeżo osieroconym mężczyźnie" i napisał, iż jego prawnik przygląda się sprawie. Pod postem zebrało się w ciągu godziny sto czterdzieści komentarzy, część od jego stałych czytelników, którzy zaczęli podawać prywatny numer telefonu redakcji i pisać wprost do Doroty na Facebooku, iż "powinna przeprosić rodzinę" i iż "będzie pamiętana jako ta, która zniszczyła wdowca". Jeden z komentarzy zawierał zdjęcie jej profilowe wzięte z innego portalu, podpisane czerwonymi literami: "TWARZ HIENY".

Dorota nie spała tej nocy. Rano przyszła do redakcji pół godziny przed wszystkimi, z telefonem, na którym mignęło czternaście nieodebranych połączeń z nieznanych numerów. Zieliński czekał na nią przy jej biurku, z kubkiem kawy w ręku, którego choćby nie tknął.

— Prawnik do ciebie dzwonił? — zapytał.

— Nie. Do ciebie?

— Też nie jeszcze. Ale to kwestia dni.

— A jeżeli faktycznie pozwie? — Dorota usłyszała własny głos, cienki, jakby dochodził z innego pokoju.

Zieliński postawił kubek na jej biurku, obok wystygłej kawy sprzed czterech dni.

— Wtedy pokażemy w sądzie wszystko, co masz. Maile Michalaka, nagranie za zgodą, zrzuty ekranu obu komentarzy. Ale to nie jest powód, żeby teraz cofnąć sprostowanie. jeżeli je zdejmiemy, przyznamy, iż hejt na ciebie zadziałał.

— Nie proszę o zdjęcie.

— To o co prosisz?

Dorota patrzyła na ekran, na którym wciąż otwarty był komentarz z podpisem "TWARZ HIENY".

— O nic. Zostawiam to, jak jest. Napiszę jeszcze jeden tekst — o tym, jak wygląda presja na dziennikarzy, którzy poprawiają błąd. Z moim imieniem pod spodem, nie anonimowo.

Zieliński patrzył na nią przez chwilę, potem wyszedł bez słowa więcej.

Michalak napisał do niej tydzień później — krótko, iż rozumie, iż redakcje pracują pod presją czasu, ale iż w sprawach medycznych ta presja nie powinna decydować, czyj głos się liczy. Dorota odpisała jednym zdaniem: "Dziękuję. Zapamiętam."

Wciąż nie wiedziała, czy Baran zdąży skierować sprawę do sądu przed publikacją drugiego tekstu, czy po. Redakcyjny prawnik prosił o jeszcze dwa dni na przejrzenie materiałów. Dorota siedziała przy biurku z otwartym plikiem drugiego artykułu, kursor migał w pustym akapicie po tytule, kiedy telefon na blacie zawibrował. Numer nieznany, prefiks nie z Krakowa. Patrzyła na ekran, palec zawisł nad zieloną ikoną, dzwonek uparcie grał dalej.

Idź do oryginalnego materiału