Bez zaproszenia Wiktor Pietrowicz trzymał w rękach siatkę z lekami, kiedy sąsiadka z klatki, pani Nina, zagadnęła go przy skrzynkach pocztowych. — Panie Wiktorze, gratuluję serdecznie. Córka… — zawahała się, jakby zastanawiała się, czy wypada mówić dalej. — Wyszła za mąż. Wczoraj. Zobaczyłam w internecie, u mojej siostrzenicy na profilu. Nie od razu zrozumiał, co się nie zgadza. „Gratuluję” brzmiało jak obce słowo, zupełnie nie do niego. Skinął głową, jakby rozmowa dotyczyła jakiegoś odległego znajomego. — Jaki ślub? — zapytał rzeczowo. Pani Nina już żałowała, iż zaczęła temat. — No… cywilny, podobno byli w urzędzie. Zdjęcia… biała sukienka. Myślałam, iż pan wie. Wiktor Pietrowicz wszedł do mieszkania, położył zakupy na kuchennym stole i długo wpatrywał się w nie, nie zdejmując kurtki. W jego głowie brakowało jednej rubryki: „zaproszenie”. Nie oczekiwał przyjęcia na sto osób. Liczył na zwykły telefon. Choćby wiadomość. Wyjął telefon, znalazł profil córki. Zdjęcia były schludne, bez zbędnych ozdobników, bardziej jak służbowy raport niż święto. Ona w jasnej sukience, obok chłopak w ciemnym garniturze, podpis krótki: „My”. Komentarze: „Szczęścia”. „Gratulacje”. Jego nazwiska nigdzie. Usiadł, zdjął kurtkę, powiesił ją na krześle. W środku wzbierała nie tyle rozpacz, co ostra, wstydliwa złość: został wykluczony. Nie zapytany o zdanie. Nie uznany za potrzebnego. Wykręcił jej numer. Sygnał długo, potem krótkie „halo”. — Co to za historia? — zapytał. — Wyszłaś za mąż? Pauza. Słyszał, jak nabiera powietrza, jakby przygotowywała się do ciosu. — Tak, tato. Wczoraj. — I nie powiedziałaś mi. — Wiedziałam, co powiesz. — Co powiem? — wstał, przeszedł się po kuchni. — To nie chodzi o „co powiem”. To… Rozumiesz, jak to wygląda? — Nie chcę tego omawiać przez telefon. — A jak chcesz? — niemal krzyknął, powstrzymał się w ostatniej chwili. — Gdzie jesteś? Podała adres. Nie znał go. To był drugi policzek w ciągu minuty. — Przyjadę — powiedział. — Tato, nie trzeba… — Trzeba. Rozłączył się bez pożegnania, stojąc z telefonem w dłoni jak z dowodem winy. W środku wszystko domagało się przywrócenia porządku. W jego świecie porządek to rodzina — bez ukrywania ważnych spraw. „Jak należy”. Tego trzymał się całe życie. Spakował się szybko, niemal mechanicznie. Włożył do torby jabłka — kupił je rano na bazarze, jeszcze przed apteką — i kopertę z pieniędzmi. Wyjął je ze schowka, z pudełka „na wszelki wypadek”. Nie wiedział, po co koperta. Może by nie przyjść z pustymi rękami. Może żeby odzyskać choć odrobinę ojcowskiej roli. W pociągu siedział przy oknie. Za szybą mijały garaże, ogrodzenia, pojedyncze drzewa. Patrzył, ale widział zupełnie coś innego. Przypomniał sobie, jak w liceum córka przyprowadziła kolegę, śmiała się zbyt szeroko, jakby już się broniła. Nie podniósł wtedy głosu. Powiedział tylko: „Najpierw nauka, potem głupoty”. Kolega wyszedł, córka zamknęła się w pokoju. Próbował porozmawiać — „Nie trzeba”, odpowiedziała. Był przekonany, iż robi słusznie. Rodzic musi hamować. Potem była studniówka. Podjechał pod szkołę, widział ją przyjaciółkami i z jakimś chłopakiem. Podszedł, bez przywitania zapytał: „To kto to?”. Zaczerwieniła się. Powtórzył głośniej. Chłopak się wycofał. Przyjaciółki udawały, iż czegoś szukają w telefonie. Cały wieczór milczała. Był przekonany, iż postawił granice. Przypominał sobie też jej matkę — jak kiedyś na rodzinnym przyjęciu, wobec wszystkich, powiedział: „Znów wszystko pomyliłaś. Nic nie robisz jak trzeba”. Nie z okrucieństwa. Ze zmęczenia, z chęci, żeby w domu było „jak trzeba”. Matka uśmiechnęła się sztywno, nocą płakała w kuchni. Widział — nie zareagował. Uznał, iż ma sama się ogarnąć. Teraz te wspomnienia wracały jak niewyrzucone paragony z kieszeni. Próbował je ułożyć w jedną całość i wciąż powtarzał sobie: przecież nie pił, nie bił, pracował, utrzymywał, ratował rodzinę. Chciał dobrze. Pod nowym blokiem zatrzymał się, wybrał numer domofonu. Drzwi kliknęły. Winda jechała powoli, dłonie miał mokre. Drzwi otworzyła córka. Włosy spięte byle jak, pod oczami cienie. Miała na sobie zwykły sweter, nie odświętny. Spodziewał się blasku — zobaczył tylko zmęczenie i napięcie. — Cześć — powiedziała. — Cześć — odpowiedział, podając torbę. — Jabłka. I… — uniósł kopertę. — Dla was. Wzięła bez słowa, jak rzecz, której nie wolno rzucić na ziemię. W przedpokoju stały dwie pary butów, męskie i jej sportowe. Na wieszaku obca kurtka. Wszystko zarejestrował automatycznie — dawno wyrobił sobie nawyk kontrolowania przestrzeni. — Jest w domu? — zapytał. — W kuchni — odparła córka. — Tato, proszę, spokojnie. „Spokojnie” zabrzmiało jak prośba i rozkaz. Przy stole w kuchni siedział młody mężczyzna, może trzydziestolatek. Zmęczony, ale opanowany. Wstał. — Dzień dobry, — powiedział. — Ja… — Wiem, kim pan jest — wszedł mu w słowo Wiktor Pietrowicz, natychmiast tego żałując. Nie wiedział. choćby imienia nie znał. Córka rzuciła krótkie, ostrzegawcze spojrzenie. — Mam na imię Sergiusz — powiedział spokojnie młody człowiek. — Miło poznać. Wiktor Pietrowicz skinął głową. Po chwili podał dłoń. Uścisk był krótki, suchy. — No to, gratuluję — powiedział, a „gratuluję” zabrzmiało znowu obco. — Dziękujemy — odpowiedziała córka. Na stole dwie filiżanki, jedna z niedopitą kawą. Obok papiery, może z urzędu, pudełko z kawałkami ciasta — lekko przeschniętymi. Dzień poślubny wyglądał nie na święto, a na sprzątanie po nim. — Siadaj — rzuciła córka. Usiadł, położył dłonie na kolanach. Chciał zacząć od najważniejszego, nie mógł znaleźć słów, które nie zabrzmiałyby żałośnie. — Dlaczego? — zapytał w końcu. — Dlaczego dowiaduję się od sąsiadki? Córka spojrzała na Sergiusza, potem na ojca. — Bo nie chciałam, żebyś tam był. — To już wiem — powiedział. — Chcę wiedzieć dlaczego. Sergiusz odsunął filiżankę, jakby robił miejsce na rozmowę. — Mogę wyjść — zaproponował. — Nie trzeba — odpowiedziała córka. — Tu mieszkasz. Twój dom. Wiktor Pietrowicz poczuł ukłucie. „Twój dom”. Nie jego. Był na obcej ziemi, nie w gościach. — Nie mam zamiaru robić awantur — powiedział. — Po prostu… Jestem ojcem. To… — Tato — przerwała. — Zawsze zaczynasz od „jestem ojcem”. Potem idzie lista wymagań, co powinnam. — Powinnam? — uniósł brwi. — Myślisz, iż zaproszenie ojca to obowiązek, o który się upominam? — Myślę, iż zrobiłbyś z tego egzamin. Nie chciałam tego. — Egzamin z czego? — pochylił się — Przyszedłbym po prostu… Uśmiechnęła się bez wesołości. — Przyszedłbyś i zacząłbyś obserwować, kto w co ubrany, co mówi, który z jego krewnych jak na ciebie patrzy. Znalazłbyś powód do pretensji. A potem jeszcze rok byś to wypominał. — To nieprawda — powiedział automatycznie. Sergiusz lekko chrząknął, ale nie wtrącał się. — Tato — córka ściszyła głos. — Pamiętasz moją studniówkę? — Oczywiście — odpowiedział. — Odbierałem cię. — Pamiętasz, co wtedy powiedziałeś przy wszystkich? Spinał się. Pamiętał, ale nie chciał. — Zapytałem kto to był. I co? — Zapytałeś tak, jakby mi się coś stało. Stałam wtedy w sukience, którą z mamą wybierałyśmy, byłam szczęśliwa, a ty podszedłeś i sprawiłeś, iż chciałam zniknąć. — Chciałem wiedzieć, z kim się zadajesz — odparł. — To normalne. — Normalnie — pyta się potem. W domu. Nie przy wszystkich. Chciał się sprzeciwić, ale nagle w jej twarzy zobaczył coś, czego wcześniej nie widział. Nie urazę nastolatki. Lęk dorosłego, który wie, jak łatwo stracić grunt pod nogami. — I przez studniówkę mnie nie zaprosiłaś? — próbował wrócić do logiki. — Nie przez studniówkę — odparła. — Przez to, iż cały czas tak robisz. Wstała, włączyła wodę w kranie. Szum ciszy zrobił się gęsty. — Pamiętasz, jak mówiłeś do mamy na urodzinach cioci Wali? — spytała bez odwracania się. Pamiętał. Stół, sałatki, goście i tamte słowa — czuł się wtedy usprawiedliwiony. — Powiedziałem, iż coś pomyliła — ostrożnie sformułował. — Powiedziałeś, iż nic nie umie zrobić jak trzeba — poprawiła. — Słyszałam to. Miałam wtedy dwadzieścia dwa lata. Zrozumiałam, iż jeżeli przyprowadzę do ciebie chłopaka, jeżeli zrobię coś ważnego przy tobie, możesz zrobić to samo. I choćby nie zauważysz. W gardle poczuł gorąco. Chciał powiedzieć: „Przecież potem przeprosiłem”. Ale nie przepraszał. „Nie dramatyzuj” — odpowiadał. „Powiedziałem prawdę”. — Nie chciałem cię poniżać — wyszeptał. Córka się odwróciła. Woda lała się nadal, nie zakręciła kranu. — Ale poniżyłeś — powiedziała. — Nie raz. Sergiusz podszedł, spokojnie wyłączył wodę. Usiadł z powrotem. W tym zwykłym geście Wiktor Pietrowicz dostrzegł coś: tu potrafią zatrzymać zbędny hałas. — Myślisz, iż jestem potworem — powiedział Wiktor Pietrowicz. — Myślę, iż nie umiesz się zatrzymać — odpowiedziała cicho. — Pracować, wymagać, karać — to potrafisz. Ale nie widzisz, kiedy nam jest po prostu ciężko. Patrzysz tylko, czy jest „jak trzeba”. Chciał powiedzieć, iż bez jego „jak trzeba” nie daliby rady. Że ciągnął wszystko, gdy zwlekano z wypłatą, gdy trzeba było leczyć matkę, płacić za mieszkanie. Chciał wyliczyć, co zrobił dla rodziny. Nagle zrozumiał, iż brzmiłoby to jak faktura wystawiona za miłość. — Przyjechałem, bo mnie zabolało — powiedział ciszej. — Nie jestem z kamienia. Dowiedziałem się od obcej kobiety. Wiesz, jak bardzo… — Wiem — szepnęła. — Mnie też bolało. Wiedziałam, iż będziesz zły. Tydzień nie spałam normalnie. Wybrałam mniejsze zło. — Mniejsze zło — powtórzył. — To ja jestem złem. Nie odpowiedziała. — Tato… nie chcę z tobą wojować. Ja chcę żyć tak, żeby się nie bać, iż popsujesz mi istotny dzień. Nie mówię, iż robisz to celowo. Tylko… potrafisz. Spojrzał na Sergiusza. — A pan czemu milczy? — zapytał. Sergiusz westchnął. — Nie chcę się wtrącać — odpowiedział. — Ale widziałem, jak bardzo się bała. Że pan przyjdzie i przed wszystkimi zapyta o moją pracę, rodzinę, mieszkanie. Że potem będzie to temat rozmów przez lata. — A co, nie można spytać? — wróciła stara twardość. — Mam się cieszyć, nie wiedząc nic? — Można pytać — odparł Sergiusz. — Ale nie jak na przesłuchaniu. Córka usiadła, złożyła dłonie na stole. — Wiesz, co jeszcze zrobiłeś? — zapytała. Wiktor Pietrowicz spiął się. — Dwa lata temu, gdy powiedziałam, iż jestem z Sergiuszem, poprosiłeś go na rozmowę. Przyszedł. Usadziłeś w kuchni i zacząłeś: ile zarabia, dlaczego nie ma samochodu, dlaczego wynajmuje. Spokojnie, ale tak, jakby musiał udowodnić, iż w ogóle może być obok mnie. — Chciałem zrozumieć, kim jest — odpowiedział. — Chciałeś pokazać, iż stoi niżej. I mnie też — bo jeżeli „nie dorasta”, to ja znowu „źle wybrałam”, a ty masz rację. Przypomniał sobie ten wieczór. Rzeczywiście pytał. Wierzył, iż to troska. Czuł się odpowiedzialny, musi sprawdzić. Wydawało mu się, iż chroni córkę. — Nie chciałem… — zaczął. — Tato, ty zawsze nie chciałeś. Ale robisz, a ja muszę z tym żyć. Zadrżało mu kolano. Zacisnął dłonie, by nie zauważyli. — I co dalej? — zapytał. — Uważasz, iż już nie jestem potrzebny? — Uważam, iż jesteś potrzebny na odległość — odpowiedziała. — Chcę, żebyś był w moim życiu, ale nie rządził nim. — Nie rządzę — rzucił, już bez pewności. — Rządzisz. choćby teraz. Przyjechałeś nie zapytać jak się mam, tylko ustawić mnie na miejscu. Chciał zaprzeczyć, ale poczuł, iż to prawda. Jechał tu z argumentami, gotowy do boju o rację. Nie, żeby pogratulować. Chciał odzyskać rolę. — Inaczej nie potrafię — przyznał cicho, ze zdziwieniem dla siebie. Córka spojrzała uważniej. — No. To już jest uczciwe. Zapanowała cisza, w której było więcej zmęczenia niż gniewu. — Nie każę ci znikać — powiedziała. — Ale proszę: nie przychodź bez zaproszenia. Nie rób dochodzeń. Nie mów przy wszystkich rzeczy, których nie da się już odkręcić. — A jeżeli będę chciał was widywać? — W takim razie dzwoń. Umawiaj się. jeżeli mówię „nie”, to znaczy „nie” — odparła. — Nie dlatego, iż cię nie kocham. Po prostu tak jest dla mnie bezpieczniej. Słowo „bezpieczniej” ugodziło mocniej niż „krzywda”. Zrozumiał, iż buduje życie nie wokół oczekiwań ojca, tylko ochrony przed nim. Sergiusz wstał. — Zrobię herbatę — rzucił i poszedł do kuchni. Wiktor Pietrowicz obserwował, automatycznie oceniając ruchy: jak trzyma kubek, jak sięga do szafki. Odruch sprawdzania miał zakorzeniony głęboko. — Tato — powiedziała córka. — Nie chcę, żebyś odchodził z poczuciem, iż cię wyrzucono. Ale nie będę udawać, iż nic się nie stało. — Czego oczekujesz? — zapytał. Chwilę myślała. — Chcę, żebyś powiedział: rozumiem. Nie „chciałem dobrze”. Tylko iż rozumiesz. Spojrzał na nią. W środku bunt walczył z czymś nowym i nieprzyjemnym. Przyznać rację — stracić pozycję. Ale stracił już więcej. — Rozumiem, że… — zawahał się. — Że mogłem cię zawstydzić. I iż się tego boisz. Nie uśmiechnęła się, ale ramiona jej opadły, jakby przestała się bronić. — Tak. Sergiusz postawił czajnik, wyjął świeże filiżanki. Wiktor Pietrowicz zdziwił się: czajnik był nowy, bez kamienia. Uświadomił sobie, iż tutaj wszystko będzie inne, a on będzie musiał się uczyć być gościem. — Nie wiem, jak teraz — powiedział. — Zróbmy tak — odparła córka. — Za tydzień spotkamy się w mieście, w kawiarni. Na godzinę. Porozmawiamy. Bez Sergiusza, jeżeli tak wolisz. Bez „egzaminów”. — A do was? — Jeszcze nie — odpowiedziała. — Potrzebuję czasu. Chciał się sprzeciwić, ale powstrzymał się. W środku poczuł gorzką ulgę: wreszcie są jasne zasady. — W porządku. W kawiarni. Sergiusz postawił przed nim filiżankę. — Cukru? — Nie, dziękuję. Napił się. Herbata była gorąca, parzyła język. Patrzył na córkę i wiedział, iż „wczoraj” już nigdy nie wróci. Nie da się go żądać, jak należnego. — I tak uważam, iż nie powinnaś nie zaprosić ojca — powiedział cicho. — A ja uważam, iż nie wolno poniżać — odpowiedziała równie cicho. — My oboje tak uważamy. Skinął głową. To nie było pojednanie. To było przyznanie, iż każdy ma swoją rację — i iż jego już nie jest najważniejsza. Kiedy wychodził, odprowadziła go do drzwi. Założył kurtkę, poprawił kołnierz. Chciał ją przytulić, ale nie zdecydował się. — Zadzwonię — powiedział. — Zadzwoń — odpowiedziała. — I, tato… jeżeli przyjdziesz bez umówienia, nie otworzę. Spojrzał na nią. W jej głosie nie było groźby. Tylko spokój. — Zrozumiałem. W windzie stał samotnie, słuchał mechanicznego szumu. Na ulicy ruszył na przystanek z rękami w kieszeniach. Koperta została u nich, jabłka też. Ślady jego wizyty były w obcej kuchni. Wracał długo: autobusem, potem pociągiem. Za szybą te same garaże i płoty co rano, tylko w szarościach wieczoru. Patrzył w swoje odbicie i myślał, iż ta rodzina, budowana jak twierdza, okazała się zbiorem oddzielnych pokoi — każdy ze swoją furtką i zamkiem. Nie wiedział, czy kiedyś wejdzie głębiej niż do przedpokoju. Ale wiedział, iż na kolejne drzwi musi zapukać już inaczej.

polregion.pl 6 godzin temu

Bez zaproszenia

Wiktor Andrzejczak ściskał w ręku reklamówkę z lekami, gdy sąsiadka z piętra, ciocia Róża, zatrzymała go przy skrzynkach na listy.

Wiktorze, gratuluję mówiła, czając się z dalszymi słowami jak przed wejściem do zimnej wody. Córka… urwała, sprawdzając, czy w ogóle może mówić dalej. Wyszła za mąż. Wczoraj. W internecie widziałam, u siostrzenicy w relacji.

Nie od razu zrozumiał, co się nie zgadza. Gratuluję zabrzmiało jak obce, pozbawione treści słowo. Skinął głową, jakby chodziło o kogoś bardzo dalekiego.

Jaki ślub? zapytał tonem urzędnika. Nie drżał mu głos; brzmiał tak zwyczajnie, iż aż sztucznie.

Ciocia Róża już pożałowała, iż się odezwała.

No… podpisali, podobno. Fotografie… biała suknia. Myślałam, iż pan wie.

Wiktor wszedł do swojego mieszkania. Torba z lekami wylądowała na kuchennym stole, on długo na nią patrzył, nie zdejmując płaszcza. W głowie, niczym w excelowskiej tabelce, brakowało kolumny: zaproszenie. Nie oczekiwał przecież wesela na dwieście osób. Wystarczyłby choćby telefon. Słowo.

Wyciągnął telefon, znalazł córczyn profil. Zdjęcia ascetyczne, oszczędne żadnej radości, tylko para w stonowanych kolorach, podpis jedno słowo: Razem. Komentarze: Zdrówka, Gratulacje. Jego imienia ani echa.

Usiadł, zdjął kurtkę, powiesił na oparciu krzesła. W klatce piersiowej narastała nie rozpacz, a żarliwa, wstydliwa złość: został wykreślony. Nikt nie spytał. Nikt nie uznał go wartego.

Wybrał jej numer. Dzwonił długo. W końcu krótkie halo.

Co to ma znaczyć? zapytał. Ty wyszłaś za mąż?

Chwila milczenia; słyszał, jak wypuszcza powietrze, jakby szykowała się na cios.

Tak, tato. Wczoraj.

A mi nie powiedziałaś.

Wiedziałam, iż tak zareagujesz.

Tak zareaguję? Wstał, zaczął krążyć po kuchni. To nie żadna reakcja. Ty rozumiesz, jak to wygląda?

Nie chcę rozmawiać przez telefon.

A jak chcesz? prawie krzyknął, ale się pohamował. Gdzie jesteś?

Podała adres. Obcy, nieznany Wiktorowi. Drugie upokorzenie w jedną minutę.

Zaraz będę, rzucił.

Tato, proszę

Będę.

Rozłączył się bez pożegnania. Stał chwilę z telefonem w dłoni, jakby trzymał dowód winy. Świat miał dla niego jedną zasadę: rodzina nie chowa się z ważnymi rzeczami. Robi się jak należy. Tego się zawsze trzymał, jak balustrady schodów w starym bloku.

Spakował się szybko, bezmyślnie. Włożył do torby jabłka rano kupione na targu, jeszcze przed apteką i kopertę z pieniędzmi. Odliczoną z szafy, ze skrzynki na czarną godzinę. choćby nie wiedział, po co koperta; byle nie pójść z pustymi rękami. Może żeby odzyskać odrobinę dawnej roli.

W pociągu podmiejskim siedział przy oknie. Za szybą przesuwały się garaże, ogrodzenia magazynów, samotne drzewa. Patrzył w to, ale widział coś zupełnie innego.

Przypominał sobie, jak w liceum córka przyszła z chłopakiem, z szerokim, zbyt radosnym uśmiechem, jakby broniła się przed atakiem. Wiktor nie podnosił głosu. Powiedział tylko: Najpierw szkoła, potem głupstwa. Chłopak wyszedł, córka zatrzasnęła się w pokoju. Po godzinie pukał, chciał pogadać. Nie trzeba, rzuciła z drugiej strony drzwi. Był przekonany, iż tak trzeba. Rodzic musi stawiać granice.

Później był bal maturalny. Przyjechał po nią, spojrzał stała z koleżankami i jakimś chłopakiem. Podszedł i, nie witając się, spytał: Kto to? Zaczerwieniła się. Powiedział głośniej: Pytam, kto to słyszysz mnie? Chłopak się wycofał. Koleżanki wpatrzone w telefony. Ona milczała do końca dnia. Dla Wiktora to po prostu zaznaczenie terytorium.

Przypominała mu się też matka córki, jak podczas rodzinnej imprezy przy gościach powiedział: Znowu wszystko pomieszałaś, jak zawsze. Do niczego się nie nadajesz. Nie ze złośliwości. Po prostu był zmęczony i chciał, by rzeczy były jak należy. Matka uśmiechnęła się sztucznie, nocą płakała w kuchni. Widział, ale nie podszedł. Winą obarczył ją.

Teraz wszystko wypływało na powierzchnię, jak stare paragony po kieszeniach. Składał te sceny i wciąż powtarzał sobie: nigdy nie bił, nie pił, pracował, dźwigał, płacił. Chciał dobrze.

Pod nowym blokiem zatrzymał się na chwilę, wpatrując się w domofon. Wpisał numer mieszkania. Zamek cicho szczęknął. Winda jechała powoli, dłonie Wiktora pocące się coraz mocniej.

Drzwi otworzyła córka. Włosy byle jak związane, cienie pod oczami. Miała na sobie domowy sweter, nie odświętny. Spodziewał się blasku zobaczył zmęczenie.

Cześć, powiedziała.

Cześć, odpowiedział, podając jej torbę. Jabłka. I… podniósł kopertę. To dla was.

Wzięła to, nie patrząc, jakby dostała coś, czego absolutnie nie wolno rzucać na podłogę.

W przedpokoju stały dwa rzędy butów: męskie półbuty i jej adidasy. Na wieszaku wisiała cudza kurtka. Wiktor odnotował to mechanicznie, jak ktoś, kto od zawsze analizuje obce terytorium.

Jest w domu? spytał.

W kuchni, powiedziała cicho. Tato, proszę spokojnie.

Spokojnie zabrzmiało prosząco, a zarazem rozkazująco.

W kuchni siedział młody mężczyzna, na oko trzydziestoletni. Twarz zmęczona, ale opanowana. Wstał.

Dzień dobry, odezwał się. Jestem…

Wiem, kim pan jest, przerwał Wiktor i od razu zrozumiał, iż się zdradził nie wiedział. choćby imienia.

Córka rzuciła mu spojrzenie skrócone, ostrzegawcze.

Mam na imię Kacper, spokojnie powiedział mężczyzna. Miło poznać.

Wiktor pokiwał głową, nie wyciągnął ręki od razu. Potem jednak podał dłoń. Uścisk był krótki, suchy.

No cóż, gratuluję, powiedział Wiktor, a gratuluję znów brzmiało jak obcy idiom.

Dziękuję, odmruknęła córka.

Na stole stały dwie filiżanki, jedna z niedopitą kawą. Obok jakieś papiery, chyba z urzędu, i karton z resztkami ciasta wyschnięte brzegi. Poślubny dzień miał atmosferę sprzątania po przyjęciu, nie celebracji.

Usiądź, powiedziała cicho córka.

Usiadł, dłonie trzymał na kolanach. Pragnął zacząć od meritum, ale każde słowo wydawało się zbyt słabe.

Dlaczego? wydusił wreszcie. Dlaczego dowiaduję się od sąsiadki?

Córka spojrzała na Kacpra, potem z powrotem na ojca.

Bo nie chciałam, żebyś tam był.

To już zrozumiałem, odparł Wiktor. Chcę wiedzieć dlaczego.

Kacper przesunął filiżankę, jakby robiąc więcej miejsca na rozmowę.

Mogę wyjść, powiedział.

Nie trzeba, odpowiedziała córka, tu mieszkasz. To twój dom.

Wiktor poczuł w środku ukłucie. Twój dom. Nie jego. Zrozumiał nagle, iż wcale nie przyszedł w gości, a raczej na obce podwórko.

Nie zamierzałem robić scen, powiedział. Ja po prostu… jestem ojcem. To…

Tato, wciąła się cicho, zawsze zaczynasz od jestem ojcem. A potem jest litania rzeczy, które MUSZĘ.

Musisz? uniósł brwi. Uważasz, iż zaproszenie ojca na ślub to przykry obowiązek, który wymuszam?

Uważam, iż zrobiłbyś z tego egzamin. I nie chciałam tego.

Jaki egzamin? pochylił się. Po prostu przyszedłbym.

Zaśmiała się gorzko.

Przyszedłbyś i zaczął patrzeć, kto jak ubrany, kto co powiedział, kto z jego rodziny jak na ciebie spojrzał. Znalazłbyś coś. I przez rok byś wypominał.

To nieprawda, rzucił automatycznie.

Kacper chrząknął, ale się nie odzywał.

Tato, powiedziała córka ciszej. Pamiętasz mój bal studniówkowy?

Oczywiście, odparł. Przyjeżdżałem po ciebie.

A pamiętasz, co powiedziałeś przy wszystkich?

Zesztywniał. Pamiętał to, a nie chciał.

Spytałem, kto to był. I co?

Spytałeś tak, jakbyś mnie przyłapał na kradzieży powiedziała. Stałam w sukience, którą z mamą wybrałyśmy i byłam szczęśliwa, a ty podszedłeś i sprawiłeś, iż chciałam zniknąć.

Chciałem wiedzieć, z kim wychodzisz, odparł. To normalne.

Normalnie pyta się w domu. Po wszystkim. Nie przy ludziach.

Chciał zaprzeczyć, ale w jej twarzy zobaczył coś innego niż focha nastolatki. Bała się tak, jak dorośli boją się utraty gruntu pod nogami.

I tylko przez bal mnie nie zaprosiłaś? próbował złapać logikę.

Nie przez bal, powiedziała. Bo ty zawsze tak wszystko potrafisz zepsuć.

Wstała i podeszła do zlewu, odkręciła wodę. Szum wypełnił kuchnię.

Pamiętasz imprezę u cioci Zosi na imieniny? rzuciła do niego, tyłem.

Pamiętał. Talerze, sałatki, rodzina. Powiedział to, co powiedział, czując wtedy stuprocentową rację.

Powiedziałem, iż znów coś pomyliła, wydukał powoli.

Powiedziałeś, iż nic nie potrafi zrobić dobrze, poprawiła. Usłyszeli to wszyscy. Stałam obok. Miałam dwadzieścia dwa lata. Zrozumiałam, iż jeżeli przyprowadzę do ciebie kogoś ważnego, możesz znów to zrobić bez zająknięcia. I choćby nie zauważysz.

Wiktor poczuł w gardle rozpalone igły. Chciał powiedzieć: Przecież potem przeprosiłem. Ale nie przeprosił. Mówił: Nie rób dramy. Mówił: Po prostu powiedziałem prawdę.

Nie chciałem nikogo upokarzać, wymamrotał.

Odwróciła się. Woda dalej chlapała.

A jednak upokarzałeś powiedziała. I to nie raz.

Kacper podniósł się, poszedł i zakręcił wodę. Potem wrócił na miejsce. Był w tym coś prostego, jak rodzaj umiejętności wyłapywania zbędnego hałasu.

Uważasz mnie za potwora, wyrwało się Wiktorowi.

Myślę, iż nie potrafisz przestać, odpowiedziała. Potrafisz harować, wymagać, cisnąć. Ale gdy ktoś czuje ból, nie widzisz tego. Tylko nie tak jak trzeba.

Chciał powiedzieć, iż bez jego jak trzeba nie przetrwaliby. Że dźwigał rodzinę, gdy nie było wypłat, kiedy trzeba było płacić czynsz, gdy matka chorowała. Chciał wyliczać wszystko, co zrobił. Zorientował się nagle, iż byłby to rachunek za miłość.

Przyjechałem, bo mnie boli, odezwał się. Nie jestem z żelaza. Dowiedziałem się od obcej osoby. Rozumiesz, jak to…

Rozumiem, szepnęła. Mi też bolało. Wiedziałam, iż się obrazisz. Nie spałam całą noc. Ale wybrałam mniejsze zło.

Mniejsze zło… powtórzył. To ja jestem zło.

Nie odpowiedziała od razu.

Tato, powiedziała w końcu. Ja nie chcę wojować. Chcę żyć tak, żeby nie musieć się bać, iż zepsujesz mi istotny dzień. Nie sądzę, iż chcesz źle. Tylko, iż tak już masz.

Spojrzał na Kacpra.

A ty, czemu siedzisz cicho? spytał.

Kacper westchnął.

Nie chcę stawać pomiędzy wami, powiedział. Ale widziałem, jak jej było strasznie. Bała się, iż pan przyjdzie i zacznie wypytywać wszystkich o wszystko moją pracę, rodziców, mieszkanie. A potem będzie to wracać latami.

A nie wolno pytać? znowu zyskał dawne twarde podniecenie. Mam się cieszyć, nie wiedząc nic?

Wolno, odpowiedział Kacper. Byle nie tak, żeby człowiek czuł się przesłuchiwany.

Córka usiadła, położyła dłonie na blacie.

Wiesz, co jeszcze zrobiłeś? zapytała.

Wiktor się spiął.

Dwa lata temu powiedziałam, iż jestem z Kacprem. Poprosiłeś, żeby przyszedł porozmawiać. Przyszedł. Usadziłeś go w kuchni i pytałeś ile zarabia, dlaczego nie ma samochodu, czemu wynajmuje. Mówiłeś spokojnie, ale jak trzeba udowodnić, iż ma prawo obok mnie być.

Chciałem poznać człowieka, tłumaczył się Wiktor.

Chciałeś postawić go niżej. I mnie też. Bo jeżeli nie dorasta, to znowu wybrałam nie tak. I znów masz rację.

Przypomniał sobie tamten wieczór. Pytał, sprawdzał. Wydawało mu się, iż tak należy. Chronił córkę. Tak myślał.

Nie chciałem… zaczął.

Tato, przerwała. Zawsze tak mówisz. Ale robisz. A potem ja muszę żyć z konsekwencjami.

Zadrżało mu kolano. Zacisnął palce.

I co teraz? Powiesz, iż już nie jestem potrzebny?

Potrzebny, na dystans, przyznała. Chcę, żebyś był, ale nie rządził mną.

Ja nie rządzę, rzucił, już bez przekonania.

Rządzisz. choćby teraz. Przyszedłeś nie zapytać jak się czuję, tylko postawić mnie do pionu.

Chciał zaprzeczyć zrozumiał, iż w tym jest prawda. Jechał z gotowcami, gotowy na bitwę w sali zebrań. Nie po to, by świętować, a by odebrać dawną rolę.

Nie umiem inaczej, wyszeptał nagle.

Słowa padły cicho. Sam się zdziwił. Był przyzwyczajony do głosu brygadzisty.

Spojrzała na niego uważniej.

Widzisz, powiedziała. To jest uczciwe.

Pauza zrobiła się rzadsza, mniej w niej było żalu.

Nie proszę cię, żebyś zniknął, dodała. Proszę, nie przychodź bez zaproszenia. Nie rób dochodzeń. Nie mów przy wszystkich rzeczy, których nie da się cofnąć.

A o ile chcę was zobaczyć? zapytał.

To dzwoń. Umawiaj się. jeżeli powiem nie, znaczy nie. Jej ton był łagodny. Nie dlatego, iż nie kocham. Tak mi jest bezpieczniej.

Słowo bezpieczniej zabolało bardziej niż żal. Wiktor nagle zrozumiał, iż ona buduje swój świat już nie wokół niego, ale wokół ochrony przed nim.

Kacper wstał.

Zaparzę herbaty, rzucił i odszedł do kuchennego blatu.

Wiktor patrzył na każdy jego gest: jak chwyta kubek, jak otwiera szafkę. Odruch oceniania był silniejszy niż własna wola.

Tato, powiedziała córka, nie chcę, żebyś wychodził z poczuciem, iż cię wyproszono. Ale udawać, iż nic się nie stało, sobie nie pozwolę.

Czego chcesz? spytał cicho.

Zastanowiła się.

Chciałabym, żebyś powiedział: zrozumiałem, odpowiedziała. Nie chciałem dobrze. Po prostu: zrozumiałem.

Patrzył na nią. Czuł, jak w nim wewnętrzna siła walczy z czymś nieznanym, ciężkim jak ołów. Przyznanie się to utrata gruntu ale utracił dużo więcej.

Zrozumiałem, że… przerwał, szukając słów. Że mogłem cię zawstydzić. I iż tego się bałaś.

Nie uśmiechnęła się, ale ramiona opadły, jakby wreszcie nie musiała się bronić.

Tak, powiedziała cicho.

Kacper postawił imbryk, wyciągnął świeże filiżanki. Wiktor zauważył, iż czajnik nowy, ani śladu kamienia. Uświadomił sobie, iż tu wszystko będzie urządzane zupełnie inaczej i iż on będzie musiał nauczyć się być gościem.

Nie wiem, jak dalej, powiedział.

Spotkajmy się za tydzień w mieście. W kawiarni, na godzinę. Pogadamy. Bez Kacpra, jeżeli tak ci lżej. I bez twoich testów.

A tu, do was?

Póki co nie, przyznała. Potrzebuję czasu.

Chciał się oburzyć, ale się powstrzymał. Poczucie goryczy i z nią dziwne ukojenie: ktoś wreszcie ustawił zasady.

Dobrze. W kawiarni.

Kacper położył przed nim filiżankę.

Cukru?

Nie, odpowiedział Wiktor.

Łyknął. Herbata była gorąca, parzyła język. Patrzył na córkę i rozumiał, iż nie można odzyskać wczorajszego dnia. Nie można domagać się go jak swojego prawa.

przez cały czas uważam, iż tak nie wypada, powiedział cicho. Nie zapraszać ojca.

A ja uważam, iż nie wypada upokarzać, powiedziała równie cicho. Każdy coś uważa.

Pokiwał głową. To nie było pogodzenie. To było przyjęcie, iż każdy ma własną prawdę i iż jego prawda nie jest już najważniejsza.

Przy wyjściu córka odprowadziła go do drzwi. Narzucił kurtkę, poprawił kołnierz. Chciał ją przytulić, ale nie odważył się.

Zadzwonię, powiedział tylko.

Dzwoń, przytaknęła. I tato… jeżeli przyjdziesz niezapowiedzianie, nie otworzę.

Spojrzał na nią. W jej głosie nie było groźby, tylko spokojna rezygnacja.

Rozumiem, powiedział.

Stał sam w windzie, słuchając brzęczenia mechanizmu. Na dworze ruszył w stronę przystanku, ręce głęboko w kieszeniach. Koperta i jabłka zostały na ich stole ślady jego wizyty w cudzej kuchni.

Droga powrotna była długa: autobus na dworzec, potem pociąg podmiejski. Za szybą znów mignęły te same garaże i ogrodzenia tylko w granatowych półcieniach wieczoru. Patrzył na własne odbicie i rozumiał, iż rodzina, którą przez lata budował jak fortecę, okazała się zbiorem pokoi z osobnymi drzwiami i zamkami. Nie wiedział, czy kiedykolwiek dopuści go dalej niż do korytarza. Ale rozumiał, iż na przyszłość będzie musiał pukać inaczej.

Idź do oryginalnego materiału