Mam sześćdziesiąt cztery lata i od śmierci żony sam robię zakupy, więc w niedzielę o siódmej rano stoję pod blaszanym daszkiem targowiska przy Kickiego, tam gdzie rolnicy spod Garwolina rozkładają skrzynki. Cebula, ziemniaki, ogórki gruntowe – wszystko o połowę taniej niż w Biedronce, tylko trzeba się do tego dobić. A dobić się w niedzielę rano to jak wejść na trzeci bieg autobusu 135 w godzinach szczytu – teoretycznie się da.
Stanąłem z boku, patrzę na ten tłok i myślę sobie: no i po co mi to. Ale w portfelu sto złotych, wnuczka Zosia przyjeżdża na obiad z Wrocławia po dwóch latach, obiecałem żurek i gołąbki, a żurek bez dobrych ziemniaków to żaden żurek. Wziąłem oddech, jakbym miał skoczyć do zimnej Wisły, i wszedłem między ludzi.
Baby tam stały gęsto jak przy okienku w ZUS-ie w ostatnim dniu miesiąca. Zrobię krok, zdobędę pół metra – i już mnie ktoś podcina łokciem. Jedna, chyba po siedemdziesiątce, w trwałej ondulacji, w kurtce ortalionowej, z torbą na kółkach, wcisnęła się tak zwinnie, iż nie zdążyłem zareagować. Za nią druga, z parasolką, którą trzymała jak włócznię. Głosy mieszały się w jeden gwar – "poproszę kilogram", "a te są słodkie?", "niech pan odważy więcej, bo dzieci przyjadą" – i wszystko to na wysokim, drżącym tonie, od którego zaczynały mnie boleć skronie.
Zdobyłem już trzy siatki – marchewka, pietruszka, jedna cebula – i poczułem, iż dalej się nie przecisnę. Kobiety stały jak mur, guzik u mojej kurtki wisiał na nitce, jeszcze chwila i zostanę bez niego. Pomyślałem: trudno, wracam z tym co mam, żurek jakoś ugotuję. Utknąłem na środku tego kobiecego wiru, ani do przodu, ani do tyłu, jak słup telegraficzny wśród ruchu ulicznego. Dookoła mnie machano wielkimi torbami z rzepą i porami prosto przed nosem.
I wtedy sprzedawczyni – kobieta może po pięćdziesiątce, w gumowym fartuchu, z rękami czerwonymi od porannego chłodu – przerwała ważenie i krzyknęła do tłumu: "A propuśćcie pana, bo stoi jak ten, co się zgubił!" Baby na sekundę ucichły, rozstąpiły się niechętnie, jedna mruknęła coś pod nosem o mężczyznach, którzy nie umieją zrobić zakupów – i po chwili byłem przy ladzie.
Kupiłem ziemniaki po połowie ceny sklepowej, ogórki, kapustę na surówkę. Sprzedawczyni, widząc moje wypieki na twarzy i te trzy siatki wbite w ręce, dorzuciła jeszcze pęczek młodej cebuli gratis, powiedziała, iż za odwagę. Zapytałem, ile jestem winien za pomidory, które ktoś wcisnął mi do siatki w tym całym zamieszaniu – okazało się, iż nikt ich nie policzył, trzy kilo leżały tam jak prezent od losu. Odszedłem z tego bazarku, jakbym wygrał w totka.
W domu ugotowałem żurek na białej kiełbasie, zrobiłem surówkę, ziemniaki z koperkiem. Zosia przyjechała pociągiem TLK z Wrocławia, przywiozła w plecaku słoik miodu od sąsiadów i od razu zapytała, dlaczego u dziadka tak pachnie majerankiem jak u babci kiedyś. Usiedliśmy przy tym samym stole, na którym jeszcze rok temu żona rozkładała pasjansa, telewizor mruczał gdzieś w tle jakiś program o pogodzie, a ja opowiadałem jej, jak walczyłem o te ziemniaki, jakbym brał szturmem twierdzę.
Zosia się śmiała, aż się zakrztusiła żurkiem, powiedziała, iż powinienem był nagrać to na telefon, bo nikt by nie uwierzył, iż dziadek szedł na bazarek jak na wojnę. Wzięła jeden z niespodziewanych pomidorów, ugryzła i powiedziała, iż to najlepsza nagroda, jaką dziadek kiedykolwiek wygrał. A ja tylko pomyślałem, iż tydzień później znowu tam pójdę, bo obiecałem jej, iż na następny przyjazd zrobię bigos, a najlepsza kapusta jest tylko u tej samej sprzedawczyni w gumowym fartuchu – i iż tym razem już wiem, jak się przez ten tłum przedostać.












