BANK CZŁOWIEKA, KTÓREGO NIKT NIE WIDZIAŁ
Każdego ranka, gdy pierwsze promienie słońca muskały jeszcze dachy miasta, Tomasz wstawał ze swojego małego mieszkania w starym, nieco zniszczonym budynku, oddalonym o kilka ulic od centralnego parku. Jego wytarta marynarka z łatami na łokciach zdawała się jakby wchłaniać poranne światło, niemal chcąc zlać się z cieniami jeszcze śpiących drzew. Szedł powoli, niemal wlokąc nogami, z podniszczonym notatnikiem pod pachą i małą płócienną torbą, w której miał tylko to, co niezbędne: książkę, pióro, trochę chleba i ciastek upieczonych poprzedniego wieczoru. Nie nosił zegarka; czas, jak myślał, był czymś, czego nie potrzebował śledzić.
Gdy docierał do parku, kierował się zawsze do tej samej ławki, stojącej pod starym dębem, którego korzenie delikatnie unosiły chodnik, a latem gałęzie tworzyły dach z cienia i chłodu. Nikt go tak naprawdę nie zauważał. Biegacze, rowerzyści, pary z psami, krzyczące dzieci wszyscy mijali go, a on po prostu siedział i obserwował, pozwalając, by świat przepływał przed jego oczami. Nie prosił o pieniądze. Nie oferował rad ani krytyki. Tylko patrzył. A w tym spojrzeniu było coś, czego większość nie potrafiła zrozumieć: głębokie pragnienie ludzkiej więzi, bycia zauważonym bez żadnych warunków.
Ten starzec zawsze tam siedzi mówili niektórzy w okolicy, mieszając ciekawość z lekceważeniem. Pewnie kolejny bezdomny albo ktoś, kto stracił rozum.
Tomasz oczywiście nie był bezdomnym. Kiedyś był architektem, przedsiębiorcą, wdowcem, milionerem. Jego życie wypełniały wieżowce, niekończące się spotkania, kontrakty i pozory. Miał wszystko, czego można zapragnąć. Aż pewnego dnia, po śmierci żony w wypadku samochodowym i poczuciu, iż wszystko, co zbudował, nie ma sensu, postanowił to porzucić. Sprzedał dom, zamknął firmy i pozbył się niemal wszystkich rzeczy. Zatrzymał tylko notatnik, ulubione pióro i kilka pamiątek, które przypominały mu, iż kiedyś kochał całym sercem.
Tak trafił na tę ławkę. I na początku nikt na niego nie patrzył. Nikt nie siadał obok. Nikt nie pytał, czy jest mu zimno, czy głodny, czy po prostu chce porozmawiać. Tomasz się tym nie przejmował. Każdego dnia, obserwując ludzi, zapisywał w notatniku krótkie uwagi: kobieta czytająca gazetę przy sąsiedniej ławce, mężczyzna karmiący gołębie czerstwym chlebem, dzieci biegające między drzewami z radosnym wrzaskiem. Każdy ludzki gest był dla niego małym wszechświatem, który rejestrował jak architekt ludzkiej duszy.
Aż pewnego dnia pojawiła się Zosia. Dziewczynka z czerwonym plecakiem i wielkimi, ciekawskimi oczami, która poruszała się z niewinnością kogoś, kto wciąż wierzy, iż świat jest dobry. Podeszła do ławki, na której siedział Tomasz, i podała mu ciastko.
Mama mówi, żebym nie rozmawiała z obcymi powiedziała cicho, ale stanowczo.














