Babcia zawsze miała swojego faworyta wśród wnuków
A mi, babciu? szeptała ona cicho.
Ty, Jadwigo, zawsze sobie radzisz. Patrz, jakie rumiane policzki
Orzechy to na rozum, Jacek się musi uczyć, on jest mężczyzną, będzie podporą.
A ty idź, przetrzyj kurz z półek. Dziewczynka powinna przywykać do pracy.
Jadziu, mówisz serio? Przecież odchodzi. Lekarze powiedzieli góra dwa dni, może godziny…
Jacek stał w kuchennych drzwiach, ściskając kluczyki do samochodu w dłoni. Wyglądał marnie.
Żartuję, Jacek. Wypijesz herbaty? Jadwiga ani na chwilę nie odwróciła się od kuchni, krojąc jabłko dla córki. Usiądź, zrobię świeżą.
Jaką herbatę, Jadzia? Brat wszedł do pokoju. Ona leży tam, pełno rurek, ledwo oddycha…
Rano cię wołała. Jadziunia, mówiła, gdzie Jadziunia?. Serce mi pękło. Serio jej nie odwiedzisz?
To przecież babcia! Ostatnia chwila, rozumiesz?
Jadwiga ułożyła cząstki owocu na talerzyku i dopiero wtedy spojrzała na brata.
Dla ciebie to babcia. Ty dla niej Jacuś, oczko w głowie, jedyny wnuk i nadzieja rodu.
A ja… ja dla niej nigdy nie istniałam.
Naprawdę myślisz, iż powinnam pożegnać się z nią?
Co miałybyśmy mówić, Jacku? Co mam jej wybaczyć? Albo ona mi?
Przestań się obrażać jak dziecko! Jacek huknął kluczami o stół. Tak, nie kochała cię jak mnie, i co z tego?
Była stara, miała swoje dziwactwa. Ale umrze! Nie możesz być taka oziębła.
Nie jestem oziębła, Jacku. Po prostu nic do niej nie czuję. Idź sam. Posiedź z nią, potrzymaj za rękę twoja obecność więcej dla niej znaczy, niż moja.
Jesteś jej skarbem, słońcem. Więc bądź dla niej światłem do samego końca!
Jacek rzucił siostrze spojrzenie, po czym odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Jadwiga westchnęła, wzięła talerzyk z jabłkami i poszła do pokoiku córki.
***
W ich rodzinie zawsze wszystko było jasno podzielone. Rodzice kochali ich oboje Jadzię i Jacka.
Nigdy nie brakowało śmiechu, zabawy, zapachu drożdżówek i rodzinnych wycieczek.
Ale Barbara Władysławowa, babcia, była zupełnie inną osobą.
Jacuś, no chodź tu, kochany szmerała babcia, gdy zjeżdżali do niej na weekend. Patrz, co mam.
Orzechy włoskie, sama łupałam! I krówki z Milanówka. Świeżutkie!
Jadwiga, mając siedem lat, stała obok i patrzyła, jak babcia sięga do staroświeckiego kredensu po woreczek.
A mi, babciu? pytała cicho.
Barbara Władysławowa rzucała jej krótkie, kłujące spojrzenie.
Ty, Jadwigo, i tak jesteś sprytna. Patrz, jakie masz policzki.
Orzechy to na rozum, Jackowi trzeba się uczyć, chłopak musi być podporą.
Ty zetrzyj kurz z półki. Dziewczynka powinna być pracowita.
Jacek, czerwony ze wstydu, brał woreczek i wymykał się do przedpokoju, a Jadwiga szła zetrzeć kurz.
Nie bolało jej to. Dziwne, ale mała Jadwiga traktowała to jak pogodę.
No bo pada deszcz a babcia kocha Jacka, tak już jest
W przedpokoju zwykle czekał brat.
Trzymaj wciskał jej połowę krówek i garść orzechów. Tylko nie jedz przy niej, bo znowu będzie burczeć.
To tobie bardziej potrzeba uśmiechała się Jadzia. Na rozum.
Daj spokój z tym rozumem krzywił się Jacek. Ona jest zwariowana, jedz szybko.
Siadali razem na schodach na strych i chrupali zakazanymi smakołykami. Jacek zawsze dzielił się. Zawsze.
Nawet gdy babcia wciskała mu potajemnie 10 zł na lody, on biegł do Jadzi:
Wiesz, starczy na dwa Bambino i jeszcze na gumę z obrazkiem. Idziemy?
Jacek zawsze był jej opoką. Jego miłość łatała chłód babci tak skutecznie, iż Jadzia choćby nie czuła braku.
Lata płynęły. Barbara Władysławowa starzała się. Gdy Jacek skończył osiemnaście lat, babcia ogłosiła, iż przepisuje na niego swoje drugie mieszkanie w centrum Warszawy.
Podpora rodziny powinna mieć swoje miejsce obwieściła na naradzie rodzinnej. Żeby mógł sprowadzić żonę do własnego domu.
Mama tylko westchnęła. Znała upór matki i nie zamierzała się sprzeczać, ale wieczorem przyszła do Jadzi.
Córeczko, nie myśl o tym Z ojcem wszystko widzimy. Te pieniądze, co odkładaliśmy na samochód i remont, damy tobie.
To będzie twój pierwszy wkład na mieszkanie. Tak będzie sprawiedliwie.
Mamo, daj spokój Jadzia ją przytuliła. Jackowi bardziej się przyda, ożeni się z Magdą, ja jeszcze w akademiku pożyję.
Nie, Jadzia, nie pozwolę. Babcia ma swoje dziwactwa, ale my jesteśmy rodzicami. Nie możemy faworyzować jednego, a skrzywdzić drugiego. Bierz i nie spieraj się.
Jadzia nie wzięła.
Jacek z żoną przeprowadził się do mieszkania od babci zaraz po ślubie, a w rodzinnym mieszkaniu zrobiło się więcej miejsca.
Jadwiga zajęła dawny pokój brata, ustawiła swoje książki i sztalugę i pierwszy raz poczuła, jak dobrze jest, gdy nikt nie dzieli miłości na lepszą i gorszą.
Stosunki z bratem przez sprawy spadkowe się nie zmieniły, wręcz przeciwnie Jacek miał wewnętrzne poczucie winy.
Jadzia, wpadaj do nas zapraszał czasem. Magda sama upiekła sernik. A babcia no wiesz. Wczoraj znowu dzwoniła, pytała, czy jej pieniądze czasem nie idą na twoje zachcianki.
I co jej powiedziałeś?
Że wszystko wydałem na automaty i wódkę z kolegami zaśmiał się Jacek. Trzy minuty nie mówiła nic, potem syknęła: To cię Jadzia źle nauczyła!
No pewnie Jadzia uśmiechnęła się. Kto, jak nie ja.
***
Kiedy Jadwiga wyszła za Pawła i urodziło im się dziecko, temat mieszkania powrócił. Mama znów wykazała się dyplomacją.
Słuchajcie, dzieci powiedziała. Mamy dużą trójkę. Jacek ma dwójkę od babci, Jadwiga z Pawłem wynajmują.
Zróbmy tak: zamienimy naszą na kawalerkę i większą dwójkę w kawalerce my z ojcem, wy w dwójce.
Mamo przerwał Jacek. Zrzeczam się udziałów. Mieszkanie po babci mi wystarczy.
Niech Jadwiga dostanie większy lokal. U nich jest już dziecko, potrzebują miejsca.
Jacek, oszalałeś? Paweł spojrzał zdumiony. To kupa pieniędzy. Jesteś pewien?
Pewien. Z Jadwigą zawsze się wszystkim dzieliliśmy. Przez babcię i tak była pokrzywdzona. Nie dyskutujcie. Tak postanowiłem.
Jadwiga wtedy rozpłakała się nie z euforii z powodu metrów, tylko z wdzięczności za takiego brata.
Wszystko podzielono równo. Rodzice często wpadają do nich pomagać przy wnuczce, Jacek z rodziną są co tydzień.
A Barbara Władysławowa mieszkała sama. Jacek dowoził jej zakupy, naprawiał kran, słuchał narzekań na zdrowie i na niewdzięczną Jadzię.
Choć raz zadzwoniła? dopytywała babcia Czy zapytała, czy nie mam wysokiego ciśnienia?
Babciu, sama jej nie chciałaś znać odpowiadał spokojnie Jacek. Przez dwadzieścia lat nie powiedziałaś jej niczego miłego. Skąd ma zadzwonić?
Wychować ją chciałam! wzdychała babcia Kobieta powinna znać swoje miejsce! Odebrała mieszkanie i matkę z domu wygoniła
Jacek tylko wzdychał. Tłumaczenie było daremne.
***
Jadwiga siedziała w kuchni, a pamięć podsuwała jej obrazy.
Oto babcia odsuwa jej rękę od słoika z dżemem. Oto chwali Jacka za koślawy rysunek i pomija milczeniem dyplom Jadzi za olimpiadę matematyczną.
Jest na ślubie Jacka jak królowa, na jej choćby nie przyszła, tłumacząc się chorobą.
Mamo, a czemu nie jeździmy do babci Basi? córka wychyliła się w kuchni. Wujek Jacek mówił, iż bardzo chora.
Bo babcia Basia chce widywać tylko wujka Jacka, kiciu Jadwiga pogłaskała córkę po głowie. Tak jej spokojniej.
Jest zła? zmrużyła oczy dziewczynka.
Nie zamyśliła się Jadzia. Ona po prostu nie potrafiła kochać wszystkich naraz. Miała miejsce w sercu tylko dla jednej osoby. Tak bywa.
Wieczorem zadzwonił brat.
To już, Jadzia. Przed godziną.
Współczuję, Jacku. Ciężko ci, wiem.
Do samego końca czekała na ciebie skłamał brat. Jadzia wiedziała, iż zmyślił z dobroci, by ich choć wtedy pogodzić. Mówiła: Niech u Jadzi wszystko będzie dobrze.
Dziękuję, Jacku Wpadnij jutro. Usiądziemy razem. Upiekę placek.
Przyjadę Jadzia, a nie żałujesz, iż nie poszłaś?
Jadzia nie skłamała.
Nie, Jacku. Nie żałuję. Po co udawać? Ani ja jej nie chciałam widzieć, ani ona mnie…
Brat umilkł na chwilę.
Może masz rację westchnął. Zawsze byłaś rozważniejsza. To do jutra.
Pogrzeb był cichy. Jadzia przyszła dla mamy i brata. Stała z boku w czarnym płaszczu, patrząc na zasnute niebo, jakie zawsze bywa na cmentarzach. Gdy spuszczano trumnę do grobu, nie płakała.
Brat objął ją za ramiona.
Trzymasz się?
Tak, Jacku. Naprawdę.
Wiesz… przeglądałem rzeczy babci w jej mieszkaniu Znalazłem puzderko ze starymi zdjęciami.
Twoje zdjęcia też były. Mnóstwo. Wszystkie wycięte z rodzinnych fotografii. Trzymała je osobno.
Jadzia podniosła ze zdumieniem brwi.
Po co?
Nie wiem. Może jednak coś czuła, tylko nie umiała okazać? Albo bała się, iż jak cię uzna, to mnie będzie kochać mniej? Starzy ludzie bywają dziwni.
Może wzruszyła ramionami Jadwiga. Ale to już nieistotne.
Szli przez cmentarz, schowani pod jednym parasolem wysoki, silny Jacek i drobna Jadwiga.
Wiesz powiedział brat przy samochodach. Tak myślę To mieszkanie sprzedam. Kupię nam trójkę, dzieciom kawalerki na start, a resztę
Może założymy fundację? Albo przekażemy na leczenie dzieci? Żeby te babcine pieniądze dały komuś po prostu radość
Jadzia spojrzała na brata i pierwszy raz od dni szczerze się rozpromieniła.
Wiesz, Jacku… To byłaby najlepsza zemsta na Barbarze Władysławowej. Najlepsza i najłaskawsza na świecie.
Czyli tak robimy?
Tak robimy.
Rozjechali się w swoje strony. Jadwiga wracała przez Warszawę, słuchała muzyki, a w jej sercu zapanował długo niewyczuwany, prawdziwy spokój.
Może brat ma rację. Część pieniędzy niech wesprze jakieś dziecko. Tak będzie sprawiedliwie.














