Babcia siedziała przy kuchennym stole i nie tknęła swojej kawy. Patrzyła na nas znad filiżanki jak na dwoje szaleńców, którzy postanowili spalić cały rodzinny majątek w kominku.
— Oszczędzaliśmy trzy lata, babciu. Odkładaliśmy na ten wyjazd od pierwszego dnia po ślubie. Toruń, Bratysława, choćby Zakopane — wszędzie odpuszczaliśmy, żeby zobaczyć coś naprawdę daleko. Kuba — pomyślałam, iż to będzie raj. — Głos mi drżał, ale nie od strachu. Od wściekłości, którą próbowałam utrzymać w ryzach.
Babcia powoli odstawiła filiżankę na spodek. Porcelana stuknęła o porcelanę, a ten dźwięk przeciął poranną krzątaninę za oknem jak brzytwa. Kuba siedział obok mnie i milczał. Jego dłoń na moim ramieniu zacisnęła się mocniej, dokładnie w tym rytmie, w jakim babcia zaczęła mówić.
— A ja mam dla ciebie wiadomość, Kalina. Twoja siostra Wiktoria tonie w długach. Dwie chwilówki, karta kredytowa wyczyszczona do zera, nie mówiąc już o ratach za telewizor, który zresztą już dawno poszła zastawić. Widziałaś, żeby ostatnio cokolwiek w kuchni zjadła? Chyba powietrze.
Kuba uniósł brwi. Spojrzał na mnie, ale nie po to, żeby mnie powstrzymać — raczej, żeby sprawdzić, czy już mogę.
— Ty słuchasz, nie pyskuj — ciągnęła babcia, a jej palce zbielały, gdy zacisnęła je na brzegu stołu. — Rodzina to rodzina. Krew to krew. A ty, zamiast pomóc siostrze, latasz po biurach podróży i kupujesz sobie wycieczkę na koniec świata. Bilet na Kubę! Na Kubę! Tobie się w głowie przewróciło do reszty?
Sięgnęłam do torebki. Stara, skórzana, z pęknięciem przy zamku, które od miesięcy obiecywałam sobie naprawić. Wyjęłam notes w granatowej oprawie i długopis, który pożyczyłam Kubie w zeszłą środę, gdy podpisywał umowę z nowym pracodawcą. Klik, zdjęłam skuwkę. Położyłam przed sobą czystą kartkę.
Babcia zamilkła w pół słowa.
— Rozumiem, babciu. Wiktoria potrzebuje pieniędzy. W porządku. Tylko iż my z Kubą nie jesteśmy bankomatem. jeżeli mamy rozmawiać o pożyczce, to proszę bardzo. Przygotujcie komplet dokumentów.
— Co ty wygadujesz? — Twarz jej stężała, jakby dostała w czoło zimną ścierką. — Jaka pożyczka? To twoja siostra!
— Tym bardziej. Chcę wiedzieć, jakie ma dochody, jakie koszty, ile dokładnie wynosi zadłużenie i od kiedy przestała spłacać. Rozumiesz: kwoty co do złotówki, oprocentowanie, harmonogram wyjścia na prostą. Najlepiej podpisane przez nią. Bez tego ani złotówki.
Zapisałam na stronie trzy pozycje. Cyfry, odstępy, kropki. Robiłam to powoli, jakby chodziło o listę zakupów.
— Kalina, czyś ty oszalała? To nie jest żadna firma!
— Firma to jest coś, co ma przychody i plan. Wiktoria ma tylko wydatki. Więc zanim dam jej swoje oszczędności, chcę zobaczyć, czy w ogóle da się to poskładać. A jeżeli nie, to trudno.
Kuba powiedział wtedy pierwsze zdanie tego ranka:
— Nasze konto jest wspólne. Zgadzam się.
Babcia wyglądała, jakby usiadła na gwoździu. Otworzyła usta, potem je zamknęła. Nie takiej awantury się spodziewała. Miała być kłótnia, spazmy, łzy. A wyszedł protokół.
— Wyjeżdżamy w sobotę rano, babciu. Lot z Okęcia, bezpośrednio do Hawany. Gdyby Wiktoria chciała coś ugrać, niech przyjdzie z pełnym opisem sytuacji. Zostawię jej teczkę.
Wyjęłam z barku kolorową teczkę — tę, którą Kuba dostał w banku przy zakładaniu konta. Położyłam na stole, obok kluczyków od mieszkania i obok pustej filiżanki babci. Na wierzchu przykleiłam małą karteczkę: „Wiktoria — dokumenty finansowe".
Babcia wstała. Ciężko, jakby ktoś nalał jej ołowiu do nóg.
— Zobaczysz, Kalina. Zobaczysz, jak cię życie nauczy.
Wyszła. Trzasnęły drzwi, a w przedpokoju zostało po niej echo i zapach perfum, których używała od trzydziestu lat.
Do wylotu zostało jedenaście dni. Pakowaliśmy się do dwóch reklamówek z napisem „Delikatesy Centrum". Kuba sprawdził jeszcze raz paszport, ja dmuchnęłam z kurzu walizkę, którą pożyczyliśmy od znajomych z parafii. Pociąg do Warszawy mieliśmy o siódmej, a w mieszkaniu pachniało kawą i bananami, które Kuba kupił na drogę.
Zanim wyszliśmy, zadzwoniła Wiktoria.
— Kalina, musimy pogadać — powiedziała, a jej głos był nienaturalnie cichy, jakby specjalnie wyciszony.
— Jestem w drodze. Za trzy tygodnie wracam.
— Ty serio lecisz? Po tym wszystkim?
— Tym bardziej.
— Mama… babcia mówi, iż masz nas wszystkich w nosie.
— Mów, co chcesz. Teczka jest u babci. Wypełnij, policz, przyjdź. A, i Wiktoria…
— Słucham.
— Jak ja wrócę, chcę zobaczyć wyciąg z konta. Nie gadanie. Wyciąg.
Wsiadłam do windy. Kuba przytrzymał drzwi na parterze, a potem wziął ode mnie torbę i zarzucił sobie na ramię. Na Dworcu Centralnym ludzie pchali się do kas, w powietrzu unosił się kurczak z rożna i wilgoć z mżawki. W pociągu do Warszawy siedzieliśmy przy oknie, za którym przelatywały kartofliska i sznury z praniem na balkonach.
Wieczorem odebrałam jeszcze SMS od babci: „Proszę Boga, żeby cię zatrzymał".
Wysłałam jej zdjęcie karty pokładowej.
Nie zatrzymał.
Na lotnisku pachniało perfumami z bezcłówek. Kuba zasnął w hali odlotów, z głową opartą o torbę z kanapkami. Ja patrzyłam na tablicę: Hawana, 14:20, wsiadanie, bramka 34. Nie czułam ani strachu, ani winy. Czułam tylko zmęczenie — i jakieś nowe, nieznane dotąd ukłucie wolności.
Trzy lata. Trzy lata wątpienia, wyrzeczeń i uginania się pod cudzym „musisz". W końcu trzymałam w ręku dwie grube, sztywne karty pokładowe. Pachniały tuszem. Kuba obudził się, pocałował mnie w policzek i powiedział coś głupiego o falach, które nas przyjmą.
Za plecami usłyszałam szybkie kroki.
— Kalinka!
Odwróciłam się. Wiktoria szła przez halę z impetem, jakby ją gonili. Fryzura świeżo po salonie, paznokcie czerwone jak chorągiewki. Za nią, w odległości trzech kroków, dreptała babcia.
— Kalinka, nie leć! Ja naprawdę nie mam wyjścia! Myślałam, iż nie polecisz, jak ci powiem, iż jestem w poważnym długu! Boże, ty naprawdę to zrobiłaś!
Babcia stanęła obok, zasapana, spocona, z różańcem owiniętym wokół palców.
— Wiedziałam, iż tu będziecie. Zawsze taka byłaś — za dumna.
Podeszłam bliżej. Wiktoria zamarła, jakby spodziewała się uderzenia. A ja po prostu wyjęłam z torebki ten sam notes. Otworzyłam na stronie, na której wcześniej zanotowałam datę wylotu.
— Wiktoria, zanim wyjdę, powiem ci tylko jedno. Masz dwa wyjścia. Pierwsze: wracasz, siadasz i liczysz. Bank nie czeka, ale z twoimi długami da się jeszcze coś zrobić. Popracuj w słuchawkach przez rok i przestań brać. A drugie…
Popatrzyłam na nią tak, jak patrzy się na kogoś, kogo zna się od kołyski, a kto i tak nigdy nie usłyszy.
— Drugie: dalej rób to, co robisz. Tylko wtedy ja już naprawdę nie wrócę do tego tematu.
Babcia chciała coś powiedzieć, ale Wiktoria wyciągnęła z torebki zmiętą kartkę.
— Proszę. Oto on. Plan spłaty.
Tym razem to ja zamarłam. Na kartce, zapisanej drobnym, nerwowym charakterem pisma, ze skreśleniami i podkreśleniami, było naprawdę wszystko: wysokość rat, data każdego przelewu, oprocentowanie. Od dołu: „Proszę o rozmowę. Wiktoria".
— To… sama? — zapytał Kuba.
— Sama. Z bankiem rozmawiałam we wtorek, dzień po tym, jak wyszłaś od mamy… od babci. Z szefem w sprawie nadgodzin też od razu. Bałam się ci powiedzieć, bo myślałam, iż i tak mi nie uwierzysz. Że pomyślisz, iż to tylko na pokaz, żeby cię zatrzymać. Więc czekałam, aż sama to poskładam do końca. Nie chciałam przychodzić z niczym.
Patrzyłam na nią pięć sekund. Potem wyrwałam z notesu pustą stronę i napisałam na niej tylko jedno zdanie: „Wracam za trzy tygodnie, porozmawiamy. Przygotuj wyciąg za ostatnie 3 miesiące".
Wręczyłam jej kartkę. Wiktoria przyjęła ją, jakby była z lodu.
— Nie lecisz, żeby mnie ukarać? — spytała.
— Lecę, bo za trzy lata chcę mieć coś swojego. A twoje długi to twoja droga, nie moja.
Babcia zaczęła coś o rodzinie, o wstydzie przed ludźmi, o tym, co powie na Wielkanoc sąsiadka spod piątki. Nie słuchałam. Wzięłam Kubę pod rękę i poszliśmy w stronę bramki. Przy kontroli bezpieczeństwa odwróciłam się jeszcze raz.
Stały obie. Wiktoria trzymała kartkę w dłoni, a babcia patrzyła w sufit, jakby tam miała znaleźć siły.
Wieczorem na Kubie wysiedliśmy z samolotu w baraku przystrojonym palmami. Ciepłe powietrze uderzyło natychmiast, pachniało solą i mokrym asfaltem. Kuba długo nie trzeźwiał, chłonął każdy haust tej wilgoci.
Złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą w stronę taksówki.
Trzymałam w dłoni paszport i telefon. A w nim zdjęcie strony z notesu, na której zapisałam wcześniej: „Pożyczka dla Wiktorii — wyłącznie po pełnej spłacie pierwszej chwilówki i zmniejszeniu limitu na karcie do 500 zł".
Tydzień później rozłożyliśmy się na leżakach. Woda była gęsta, niebieska, zbyt piękna, żeby o niej myśleć. Kuba kupił mi świeże mango i położył mi na brzuchu, a potem sam zasnął z policzkiem przy moim ramieniu. Dziewiątego dnia rano Wiktoria przysłała mi skan pierwszej wpłaty — dokładnie 840 złotych, jak w harmonogramie.
Nie odpowiedziałam od razu. Zrobiłam zdjęcie oceanu. Wysłałam.
Po chwili odpisała: „Zazdroszczę. Ale już ci tego nie wypominam".
Babcia nie odzywała się do końca wyjazdu. Dopiero na lotnisku w Warszawie, kiedy odebrałam bagaż, zadzwonił telefon. Na wyświetlaczu: „Babcia".
Odebrałam.
— Wróciłam — powiedziałam.
— Wiem. Czekam w domu. Zrobiłam galaretę z kurczaka.
W tym głosie nie było już ani wyrzutu, ani oskarżenia. Była tylko zmęczona starość, która nie umie przepraszać wprost, więc przeprasza galaretą.
Kuba wziął ode mnie walizkę i postawił ją na wózku, obok swojej. Wsunęłam telefon do kieszeni, tam gdzie wciąż leżał złożony na pół notes w granatowej oprawie, i ruszyliśmy do wyjścia, gdzie na parkingu czekało już taksówkarskie „Kalina? Do domu?".












