Babcia faworyzowała jednego wnuka
A co ze mną, babciu? cicho pytała ona.
A ty, Malwino, i tak jesteś zaradna. Widzisz, jakie masz pulchne policzki!
Orzechy są na rozum, Marcin musi się uczyć, on jest mężczyzną, podporą rodziny.
A ty idź, wytrzyj kurz z półek. Dziewczynka powinna się do pracy przyzwyczajać.
Malwina, mówisz poważnie? Ona odchodzi. Lekarze powiedzieli kilka dni, góra godziny…
Marcin stoi w drzwiach kuchni, ściskając w dłoni kluczyki do samochodu. Wygląda na bardzo nieswojego.
Naprawdę mówię poważnie, Marcin. Napijesz się herbaty? Malwina choćby się nie odwraca, tylko dalej spokojnie kroi jabłko dla córki. Siadaj, zaraz zrobię świeżą.
Jaka herbata, Malwina? Brat podchodzi głębiej do pokoju. Leży tam, pełno tych rurek, świszcze…
Wołała cię rano. Malwinko, mówiła, gdzie jest Malwinka?. Aż serce mi się ścisnęło. Naprawdę nie pójdziesz?
To przecież babcia! Ostatnia szansa, rozumiesz?
Malwina układa cząstki jabłka na talerzyku, dopiero wtedy patrzy na brata.
Dla ciebie to babcia. Dla niej ty jesteś Marcinku, złotko, jedyny spadkobierca i nadzieja rodu.
A ja dla niej jakby nigdy nie istniałam.
Serio myślisz, iż potrzebuję tego pożegnania?
O czym mamy rozmawiać, Marcin? Co ja mam jej przebaczyć albo ona mnie?
Daj spokój z tymi dziecięcymi żalami! Marcin wali kluczami o stół. Tak, nie kochała cię tak jak mnie. I co z tego?
Jest stara, miała swoje fanaberie. Ale ona umiera! Nie możesz być aż tak… zawzięta.
Nie jestem zawzięta, Marcin. Nic do niej nie czuję. Idź do niej. Posiedź przy niej, potrzymaj za rękę, jej bardziej zależy na tobie, niż na mnie.
Jesteś jej oczkiem w głowie, słońcem. Idź i świeć jej do końca!
Marcin patrzy na siostrę, po czym odwraca się i bez słowa wychodzi, trzaskając drzwiami.
Malwina wzdycha, bierze talerz z jabłkami i idzie do pokoju dziecka.
***
U nich w domu wszystko zawsze było równo podzielone. Rodzice kochali i Malwinę, i Marcina jednakowo.
W domu zawsze było gwarno i wesoło, pachniało ciastem i wiecznymi wycieczkami.
Ale Stefania Zawadzka, babcia, była innego pokroju.
Marcinku, chodź tutaj, kochanie szeptała babcia, kiedy przyjeżdżali w weekendy. Zobacz, co ci zostawiłam.
Orzechy włoskie, sama łupałam! I cukierki Krowka mleczna świeżutkie!
Malwina, która miała wtedy siedem lat, stała obok i patrzyła, jak babcia wyciąga ze starego kredensu wymarzony pakunek.
A dla mnie, babciu? cicho pytała.
Babcia Stefania obdarzała ją krótkim, przenikliwym spojrzeniem.
A ty, Malwino, jesteś zaradna. Patrz, jakie masz rumiane policzki.
Orzechy są na rozum, Marcinowi trzeba się uczyć, jest chłopcem, opoką.
A ty idź, przetrzyj kurz z półek. Dziewczynka powinna znać pracę.
Marcin, czerwony ze wstydu, brał paczuszkę i cicho wychodził na korytarz, a Malwina szła czyścić półki.
Nie czuła żalu. Dziwne, ale prawdziwe mała Malwina przyjmowała to jak pogodę.
No cóż, pada deszcz, a babcia kocha Marcina. Bywa
W korytarzu zwykle czekał na nią brat.
Masz wciskał jej w rękę połowę cukierków i garść orzechów. Tylko nie jedz przy niej, bo znów się przyczepi.
Tobie bardziej się przydadzą uśmiechała się Malwina. Na rozum.
A tam, z tym rozumem krzywił się Marcin. Ona już traci rozum. Dawaj, chrup szybko.
Siadali na schodach do strychu i razem chrupali zakazane smakołyki. Marcin zawsze się z nią dzielił. Zawsze.
Nawet gdy babcia dawała mu pokątnie pieniądze na lody, zaraz szedł do Malwiny:
Słuchaj, starczy na dwa lody śmietankowe i jeszcze na gumę z obrazkiem. Idziemy?
Brat zawsze był jej opoką; jego miłość rekompensowała babcin chłód tak skutecznie, iż Malwina choćby nie odczuwała niedoboru.
Lata mijały. Babcia Stefania starzała się. Kiedy Marcin skończył osiemnaście lat, babcia ogłosiła, iż przepisuje na niego swoje drugie dwupokojowe mieszkanie w centrum Warszawy.
Opoka rodziny musi mieć własny kąt ogłosiła na rodzinnej naradzie. Żeby przyprowadził żonę, a nie pałętał się po kątach.
Mama tylko westchnęła. Wiedziała, jaki charakter ma jej matka, i nie chciała się wdawać w spory, ale wieczorem, gdy wszyscy się rozeszli, przyszła do Malwiny.
Córciu, choćby nie myśl My z tatą wszystko widzimy. Postanowiliśmy tak: pieniądze, które odkładaliśmy na samochód i na powiększenie mieszkania, damy tobie.
To będzie twój wkład na własne mieszkanie. Żeby było sprawiedliwie.
Mamo, daj spokój Malwina ją przytuliła. Marcinowi bardziej się przyda mieszkanie, on się z Irenką już żeni. A ja pomieszkam na stancji.
Nie, Malwina, tak nie może być. Babcia ma swoje dziwactwa, ale my jesteśmy rodzicami. Nie możemy kogoś wyróżniać, a drugiego zostawić. Dlatego weź i nie dyskutuj.
Malwina nie wzięła.
Marcin po ślubie przeniósł się do mieszkania od babci, w rodzinnym trzypokojowym zrobiło się luźniej.
Malwina zajęła dawny pokój brata, ustawiła tam książki, sztalugę, i po raz pierwszy poczuła, jak dobrze, kiedy nikt nie dzieli miłości na lepszą i gorszą.
Relacja z bratem przez tę kwestię spadkową ani trochę nie ucierpiała. Wprost przeciwnie Marcin czuł jakąś dziwną winę.
Malwina, wpadaj do nas mówił, odwiedzając ją. Irenka upiekła ciasto. A babcia wiadomo. Wczoraj znów dzwoniła i pytała, czy nie wydałem jej pieniędzy na twoje zachcianki.
I co powiedziałeś?
Że wszystko poszło na automaty do gier i drogi alkohol Marcin zaśmiał się. Przez trzy minuty sapnęła do słuchawki, potem powiedziała: To Malwina cię złym nauczyła!
Jasne, kto by inny Malwina uśmiechnęła się.
***
Kiedy Malwina wyszła za Pawła i urodziło się dziecko, temat mieszkania znów stanął na ostrzu noża. Mama znów popisała się dyplomacją.
Słuchajcie, dzieci mówiła. Mamy duże trzypokojowe. Marcin ma swoją dwójkę po babci. Malwina, wy z Pawłem na wynajmie.
Zróbmy tak: zamienimy się na jedno- i dwupokojowe. Do jedynki my z tatą, a Malwina z Pawłem do dwójki.
Mamo wtrącił Marcin ja zrzekam się swojego udziału w naszym mieszkaniu. Mam lokum od babci, wystarczy mi.
Niech Malwina wszystko bierze, niech się rozbudowują. Mają córkę, im bardziej potrzebne.
Marcin, serio? Paweł aż się zdziwił. Przecież to masa pieniędzy. Jesteś pewny?
Pewny. Z Malwiną zawsze dzieliliśmy się na pół. Przez babcię i tak dostała mniej uwagi. Nie dyskutować! Tak zdecydowałem.
Malwina wtedy się popłakała. Nie z euforii o metry, tylko z tego, iż brat jest najlepszym człowiekiem na świecie.
Rzeczywiście zamienili mieszkanie i każdy był zadowolony.
Mama często pomagała przy wnuczce, Marcin z żoną i synami wpadali w weekendy.
A babcia Stefania została sama. Marcin woził jej zakupy, naprawiał krany, słuchał niekończących się narzekań na zdrowie i niewdzięczną Malwinę.
Czy ona chociaż raz zadzwoniła? dopytywała babcia, zaciskając usta. Zapytala, jak mi ciśnienie skacze?
Babciu, ale sama jej nigdy nie chciałaś znać odpowiadał łagodnie Marcin. Przez dwadzieścia lat ani jednego ciepłego słowa. Dlaczego miałaby dzwonić?
Chciałam ją wychować! z dumą stwierdzała staruszka. Kobieta powinna znać swoje miejsce! A ona Zamieszkała w moim mieszkaniu, matkę wygoniła!
Marcin tylko wzdychał. Wyjaśniać cokolwiek nie miało sensu.
***
Malwina siedzi w kuchni, do głowy wracają obrazy z dzieciństwa.
Tu babcia odpycha jej rękę od słoika z konfiturą. Tu chwali marny rysunek Marcina i mijając milczy przy dyplomie Malwiny za olimpiadę.
Na ślubie Marcina jest królową, a na ślub Malwiny choćby nie przyszła. Powiedziała, iż chora.
Mamo, a dlaczego nie jedziemy do babci Stefanii? pyta córka z kuchennego progu. Wujek Marcin powiedział, iż bardzo chora.
Bo babcia Stefania chce widzieć tylko wujka Marcina, kochanie Malwina głaszcze małą po głowie. Jej tak lepiej.
Jest zła? pyta córeczka, mrużąc oczy.
Nie Malwina się zamyśla. Po prostu nie umiała kochać wszystkich naraz. W jej sercu było miejsce tylko dla jednej osoby. Bywa i tak.
Wieczorem dzwoni brat.
Już, Malwina. Godzinę temu.
Współczuję, Marcin. Jest ci bardzo ciężko, wiem.
Do końca ciebie czekała kłamie brat. Malwina wie, iż kłamie z dobroci, by ich pogodzić choć na koniec. Powiedziała: Niech się Malwinie dobrze wiedzie.
Dzięki, Marcin Przyjedź jutro do nas. Usiądziemy, powspominamy. Upiekę szarlotkę.
Przyjadę Malwina, żałujesz? Że nie poszłaś?
Malwina nie kłamie.
Nie, Marcin. Nie żałuję. Po co udawać? Ani ja jej, ani ona mnie nie chciała widzieć
Brat chwilę milczy.
Może masz rację wzdycha. Zawsze byłaś najbardziej rozsądna z nas. Do jutra.
Pogrzeb odbywa się po cichu. Malwina jest dla mamy i brata. Stoi nieco z boku, w czarnym płaszczu, patrząc na to szare niebo, które zawsze zwisa nad cmentarzami w te dni. Kiedy spuszczają trumnę, nie płacze.
Brat obejmuje ją ramieniem.
I jak się trzymasz?
W porządku, Marcin. Naprawdę.
Wiesz Rozgrzebywałem jej rzeczy w mieszkaniu, znalazłem szkatułkę. Tam stare zdjęcia.
Twoje też. Sporo. Wszystkie wycięte ze wspólnych, trzymała osobno.
Malwina podnosi brwi ze zdziwieniem.
Po co?
Nie wiem. Może coś jednak czuła, tylko nie umiała okazać? Bała się, iż jak cię przyzna, to mnie już nie będzie lubić? Starzy ludzie są dziwni.
Może wzrusza ramionami Malwina. Ale to już bez znaczenia.
Odchodzą razem pod jednym parasolem wysoki, postawny Marcin i drobna Malwina.
Wiesz Marcin mówi, gdy dochodzą do samochodów. Myślę, żeby sprzedać to mieszkanie babci.
Kupię sobie trzypokojowe, dzieciom po kawalerce na przyszłość, a resztę Może załóżmy fundację? Albo przekażmy na dziecięcy szpital? Niech te babcine pieniądze dadzą komuś euforia po prostu tak, za darmo
Malwina patrzy na brata i po raz pierwszy od tych dni ciepło się uśmiecha.
Wiesz co, Marcin To byłaby najlepsza zemsta na Stefanii Zawadzkiej. Najlepsza zemsta na świecie.
To co, ustalone?
Ustalone.
Każde rusza w swoją stronę. Malwina jedzie przez miasto, słucha muzyki i czuje, iż w niej sam spokój.
Może brat ma rację. Przeznaczyć część tych pieniędzy na leczenie jakiegoś dziecka tak będzie sprawiedliwie.












