Andrzej patrzył na swoją żonę Martę i nie poznawał jej. Co się z nią działo? Nie potrafił zrozumieć. Przez siedemnaście lat ich małżeństwa wszystko układało się przewidywalnie Marta była serdeczna, rozumiała go bez słów, nigdy nie wywoływała awantur i nie miała przed nim tajemnic. Gotowała na śniadanie owsiankę albo jajecznicę, po pracy zabierała się za obiad i kolację. W niedziele prasowała dokładnie piętnaście koszul po jednej na każdy dzień dla Andrzeja i dwóch ich synów, chociaż chłopakom trudno było przyswoić tę samą schludność, którą wykazywał Andrzej.
Od dwóch tygodni na stole pojawiały się płatki albo kanapki, które Marta polecała przygotować sobie samodzielnie. Na kolację znajdowali resztki z wczorajszego obiadu, a czasem karteczkę: Wrócę po dziewiątej, ugotujcie pierogi.
Początkowo Andrzej zrzucał wszystko na konferencję, którą organizował uniwersytet Marty. Ale konferencja się skończyła, a dawny porządek nie powrócił.
Zaczął ostrożnie pytać, co się dzieje. Marta odpowiedziała beznamiętnie:
Czy ja nie mam prawa do własnego życia? Od tylu lat was obsługuję. Chociaż trochę wytchnienia mi się należy!
Oczywiście, Marto, masz rację zgodził się Andrzej, choć w myślach chciał dopytać, jak długo potrwa to trochę.
Ale minęło kilka dni i Marta coraz częściej znikała raz poszła do kina, innym razem do teatru, czasem na wystawę rzeźby. Andrzej zaczął się niepokoić, kiedy w szafie Marty pojawiły się odważniejsze sukienki, a rano zamiast szykować im śniadanie, dłużej malowała oczy i poprawiała usta. Zaczęły go gryźć podejrzenia czyżby Marta kogoś miała?
Sam przed sobą czuł wstyd, ale niepokój przyćmił wszystko. Zaczął śledzić żonę, sprawdzać jej telefon i wydatki na karcie, a choćby grzebał w torebce. I wtedy znalazł w środku list stary, pognieciony, jakby był czytany setki razy. To był list miłosny, taki, który mógł napisać wyłącznie ktoś bardzo bliski. Marto, jak strasznie tęsknię za tobą. Nie znajduję słów, by opisać ciężar każdego dnia bez ciebie. Słyszę twój głos, szukam twojego uśmiechu.
Czytał to z bólem. Z wyglądu list był stary to musiał trwać od dawna, myślał Andrzej, i włosy zaciskały mu się ze złości. jeżeli byłby to przelotny flirt z kolegą z pracy może jeszcze by to zrozumiał, ale tak? Czyżby ich całe życie było kłamstwem?
Przez trzy dni chodził przybity, rozmyślając ponuro, ile sam oparł się pokusom, nigdy jej nie zdradził W końcu, trzeciego wieczoru, nie wytrzymał.
Ja już wszystko wiem wymamrotał ciężko.
Ale co? zdziwiła się Marta łagodnie.
Jej ton go zirytował skąd ten spokój, przecież on czytał ten list! Nie było pomyłki.
Ty kogoś masz powiedział twardo.
Marta wybuchnęła śmiechem.
Andrzeju, co to za brednie? Chciałabym zobaczyć twoją minę teraz!
Gdyby się rozpłakała lub przyznała może byłoby mu łatwiej. Ale tak?
Przecież czytałem ten list! rzucił Andrzej. Nikt tak nie pisze przez przypadek: nie mogę się doczekać dnia, kiedy znów będziemy razem, nasze dusze są sobie pisane.
A Marta wybuchnęła serdecznym śmiechem, co wyprowadziło Andrzeja z równowagi.
Ty mówisz poważnie? zapytała.
Ty powiedz lepiej rzucił ponuro, patrząc na nią spode łba.
Czyli grzebałeś w mojej torebce?
Tak.
I czytałeś list?
Tak.
A nie przypominasz sobie, iż to ty pisałeś?
Nic podobnego! obruszył się.
Marta westchnęła, sięgnęła na najwyższą półkę po pudełko. Otworzyła je, wyjęła kopertę i podała Andrzejowi.
Proszę. Pisałeś wtedy, kiedy miałeś skręconą rękę, pisałeś lewą.
Andrzej spojrzał na kopertę faktycznie, jego imię, jego stary adres z Poznania. Przypomniał sobie nagle wtedy szedł po rusztowaniu i źle postawił nogę, potem miał rękę w gipsie. Czy to naprawdę on sam pisał takie słowa?
Po co nosisz ten list przy sobie? zapytał z goryczą.
Psycholog mi poleciła Marta odpowiedziała spokojnie.
Psycholog?
Tak. Wiesz, Andrzeju, jestem już tym zmęczona. Obsługuję was wszystkich trzech facetów całe życie. Od narodzin Sławka nie mam swojego życia. Często choćby nie słyszę od was dziękuję. Kwiaty dajesz mi tylko na Dzień Kobiet, słów miłości dawno nie mówiłeś. Ale przez cały czas jestem kobietą, jeszcze nie staruszką. Przez głowę przemknęła mi już myśl o rozwodzie. Ale mamy przecież dobrą rodzinę. Doceniam to. Więc poszłam do specjalistki. Ona radzi, ja stosuję. Rodzina musi się zmieniać, żeby przetrwać.
Wyznanie Marty oszołomiło Andrzeja. Rozwód? Ona chciała odejść?
I pomaga ta terapia? spytał cicho.
Czasem uśmiechnęła się przez łzy.
A ten list?
Żeby pamiętać nasze uczucie. Jak kiedyś pisałeś o miłości do mnie.
Andrzej skinął głową, z trudem szukając słów, spojrzał przez okno. Potrzebował czasu, by wszystko przemyśleć. Wyszedł na balkon. Więcej już o tym nie poruszali rozmowy.
***
Następnego ranka coś wydało się Marcie dziwne w domu krzątanina i zapach wanilii. Weszła do kuchni, nie dowierzając własnym oczom.
Starszy syn smażył jajecznicę, młodszy układał serniki na talerzach. Na stole stał wazon z jej ulubionymi tulipanami.
Co się dzieje? zapytała z oszołomieniem.
Dzień dobry, mamo! powiedział młodszy. Zrobić ci kawę czy herbatę?
Marta nie potrafiła uwierzyć ani oczom, ani uszom.
Kawę poproszę wydusiła.
A śniadanie? Serniki czy jajecznica?
Serniki odpowiedziała cicho.
Nigdzie nie widziała męża, ale wiedziała, iż to jego sprawka. Kiedy zjadła pierwszy kęs, Andrzej pojawił się w drzwiach. Podał jej złożoną kartkę.
Dzień dobry, kochana.
Co to?
Nowy list. Na wszelki wypadek, żeby pomogło na pewno uśmiechnął się.
Marta odwzajemniła uśmiech od tego dnia wszystko się zmieniło. Nie, codziennie takich śniadań nie miała. Na świecie nie ma cudów ale czasem się zdarzają. A do kina przestała chodzić sama Andrzej chętnie jej towarzyszył. Ich małżeństwo zostało uratowane.












