Agurki Jadzi do pierwszych przymrozków

polregion.pl 3 dni temu

Dopiero co wróciłam z działki, zanim zdążyłam zdjąć kalosze, zadzwoniła Jadzia. W słuchawce od razu usłyszałam, iż coś jest nie tak, bo zamiast zwykłego „cześć, kochana", rzuciła krótko:

– Przyjedź. Sama zobaczysz. Tylko się nie wyśmiewaj.

Jadzia nigdy tak nie mówi. Zwykle to ona pierwsza chwali się nową grządką, pierwsza donosi, iż u niej pomidory już czerwone, kiedy u mnie dopiero kwitną. A tu nagle taki głos, jakby jej ktoś wszystkie słoiki z piwnicy powynosił.

Pojechałam w sobotę rano, autobusem spod Galerii Bałtyckiej, z torbą w jednej ręce i siatką na warzywa w drugiej. Wysiadłam na przystanku przy starym młynie, przeszłam koło kapliczki, minęłam psa spod czwórki, który choćby nie podniósł łba, bo upał lał się z nieba jak z konewki. Działka Jadzi jest na samym końcu alejki, za zardzewiałą siatką, którą od lat obiecuje wymienić.

Od furtki zobaczyłam jej grządki. Serce mi stanęło.

Liście ogórków wyglądały, jakby ktoś je po cichu podgryzał od spodu. Od spodu płowiały, robiły się żółte, a młode zawiązki, te małe, kłujące jak jeże, wisiały smutno i część z nich marszczyła się prosto przy łodydze. Niektóre wyglądały jak niedopalone zapałki.

Jadzia siedziała na odwróconym wiaderku, z rękawiczkami w garści, i patrzyła w te krzaki tym swoim wzrokiem. Nie odezwała się pierwsza, co u niej znaczy bardzo dużo. Obok stała niedopita herbata z malinami, na spodku leżały dwa ciastka. Jedno nadgryzione, drugie cale.

– No więc – zaczęła w końcu, nie patrząc na mnie. – Mówiłam, iż sezon się kończy. Mówiłam, iż po piętnastym sierpnia to już tylko krzyże na grządkach. I patrz. Mam rację.

Znałam te krzaki. To była jej duma od końca maja, bo pierwsze ogórki zrywałyśmy razem na świętego Jana. Zbierała całe kosze, rozdawała sąsiadkom, a pani Halinka spod trójki przynosiła jej za to ciasto drożdżowe z rabarbarem. A teraz ta sama Jadzia, która co roku powtarza, iż ogórki to najbardziej niewdzięczne warzywo świata, siedziała nad nimi jak nad chorym dzieckiem i nie mogła się z nimi rozstać. Bo krzaki jeszcze miejscami kwitły. Tu pojedynczy żółty kwiatek, tam drugi, a niżej trzy, cztery świeże zawiązki, jakby rośliny nie powiedziały jeszcze ostatniego słowa, tylko nie miały już siły ciągnąć.

– Wiesz co – powiedziałam, ściągając torbę z ramienia. – Poczekaj. Nie wyrywaj jeszcze.

Poszłam do jej szopki, bo pamiętałam, iż na półce przy oknie, za słoikami po musztardzie, stoi to, czego potrzebowałam. Zwykły biały proszek. Tani, z dyskontu, kupiony w zeszłym roku na promocji za cztery złote. Sprawdziłam datę. Była dobra.

Wróciłyśmy do krzaków. Zaczęłam rozrabiać roztwór, ale Jadzia odruchowo złapała mnie za rękaw.

– Tylko nie za mocne – odezwała się, jakby szło o lekarstwo. – Bo jak spalisz, to amen w pacierzu.

Nie spaliłam.

Zmieszałyśmy wszystko w konewce, dokładnie, w proporcji, jakiej uczyła mnie jeszcze ciocia z Kaszub: jedna miarka, nie więcej, bo liście potrafią zwiędnąć z dnia na dzień, a korzeń potem puszcza byle miotłę i cały krzak do wyrzucenia. Wlałyśmy cienkim strumieniem dokładnie pod korzeń, z dala od liści. Potem Jadzia wzięła stare nożyczki kuchenne i powycinała te paskudztwa, które już wyschły, żeby roślina nie karmiła rzeczy martwych.

– I zaczekaj – mówiłam jej. – Bez paniki. I nie podlewaj co trzy dni. Jak przesadzisz z nawozem, to łodygi pójdą w górę, a ogórków będzie tyle, co łez.

Minęły trzy tygodnie. Wracałam z nocnej zmiany, ledwo zdążyłam zjeść kanapkę, a na domofonie sąsiadka woła, iż do mnie gość i żeby zejść, bo nie podjedzie. Schodzę. Na klatce stoi Jadzia w odświętnej bluzce i z siatą pełną ogórków. Siatka taka, iż się niemal przelewa, a ogórki jeden w drugi – twarde, mieśiste, chłodne.

– Wiesz – powiedziała, podsuwając mi siatę pod sam nos – do samego końca września dźwigały. A potem jeszcze zawiązało mi się sześć sztuk w październiku. Sześć! W październiku! Koło imienin Heleny, słowo daję, zerwałam ostatnie dwa i zaniosłam na mszę, do zakrystii.

Wybierała dla mnie najdorodniejsze, po jednym, i kładła mi do ręki, jakby wykładała świeże bułki ze skrzynki. W pewnym momencie przerwała, bo zerknęła na mój budzik na parapecie, który od dawna nie chodzi, tylko miga godziną dwunastą.

– A ty? – spytała mnie ostro. – U siebie zrobiłaś?

– Nie zdążyłam.

– To co ci dałam tę kartkę z przepisem? Na zupę?

Milczałam.

Jadzia podparła się pod boki, siatka jej się zakołysała.

– W przyszłą sobotę przyjeżdżam do ciebie. I nie myśl, iż będę patrzeć, jak twoje grządki się marnują, kiedy ja mam ogórki do ostatniego dnia.

Stała na schodach, a wokół niej pachniało ogórkami i mokrą ziemią. Już wiedziałam, iż nie mam wyjścia. Uśmiechnęłam się, bo z nią to zawsze tak. choćby kiedy przychodzi pomagać, wygląda, jakby przyszła po swoje. I wszystko jej rośnie do pierwszych przymrozków.

Idź do oryginalnego materiału