Ola odłożyła łyżkę na blat i patrzyła, jak Irena po raz drugi poprawia chustkę na kolanach. Kłamstwo pachniało w tej kuchni mocniej niż przypalony olej z patelni.
— Dwieście czterdzieści tysięcy — powtórzyła Irena, tym razem do syna. — Inaczej do zimy nie dożyję.
Marek siedział przy stole w roboczej bluzie. Na rękawie miał jeszcze smar, bo wrócił z warsztatu na Psim Polu dopiero pół godziny temu. Nie zdążył choćby zjeść. Ola widziała, jak palce mu bieleją na krawędzi kubka z herbatą.
— Mamo, co mówią lekarze? — zapytał cicho.
— A co mają mówić? Biodro zniszczone, koniec. Kolejka na NFZ — trzy lata. A ja po bułki ledwo schodzę! — Irena pociągnęła nosem. — Chcesz, żebym do końca życia leżała w łóżku?
Ola znała ten ton. Przez osiem lat małżeństwa słyszała go za każdym razem, gdy Irena czegoś chciała. Ale dziś stawka była inna. Dwieście czterdzieści tysięcy — dokładnie tyle, ile mieli odłożone na wkład własny do mieszkania na Nowym Dworze. Pięć lat oszczędzania. Bez wakacji, bez restauracji, z jednym starym seicento na spółkę.
— Mamo, nie mamy takich pieniędzy — powiedział Marek.
— Macie. Nie udawaj. Wiem, iż zbieracie na te wasze betonowe klatki.
Ola podeszła do stołu.
— Zanim cokolwiek zdecydujemy, chcę zobaczyć dokumentację medyczną. Wyniki, skierowanie, kosztorys z prywatnej kliniki.
Irena wyprostowała się na krześle.
— Oczywiście! Żebyś mogła mnie kontrolować! Znaleźć błąd, co? Ty zawsze wszystko wiesz lepiej, pani magistrze z apteki!
— Chcę tylko papierów — powtórzyła Ola.
— Dobrze. Przyjdź jutro. Pokażę ci całą teczkę.
Wieczorem, po wyjściu Ireny, Marek siedział w kuchni i skrobał nożem starą naklejkę z blatu.
— To moja matka — powiedział w końcu. — jeżeli naprawdę jest chora… jeżeli jej nie pomożemy…
— Właśnie dlatego musimy sprawdzić.
— A jeżeli to prawda?
Ola usiadła naprzeciwko.
— jeżeli to prawda, jedziemy do dobrego ortopedy. Prywatnie. Zapłacimy za wizytę i za operację. Ale dwieście czterdzieści tysięcy to nie jest kwota, którą wyjmuje się z konta, bo ktoś powiedział, iż umiera.
Marek odłożył nóż. Ciężko westchnął.
— Dobrze. Jedź do niej. Tylko… bądź delikatna.
Następnego dnia po pracy Ola pojechała tramwajem na Brochów, gdzie Irena mieszkała w starym bloku z wielkiej płyty. Na klatce pachniało kapustą i środkiem do czyszczenia podłóg. Pod ścianą stał rowerek dziecięcy — pewnie wnuka sąsiadki z naprzeciwka. Na trzecim piętrze przynajmniej jedna lampa była przepalona.
Irena otworzyła drzwi w szlafroku. Bez chustki. Bez śladu wczorajszej niemocy.
— Przyszłaś po te papiery — powiedziała, zamiast powitania.
— Tak.
Weszły do pokoju. Irena podała jej szarą teczkę z plastikowym zatrzaskiem. W środku leżało kilka kartek. Na górze — wynik RTG z przychodni przy ulicy Zaporoskiej. Ola przeczytała powoli. Dwa razy.
Zmiany zwyrodnieniowe stawu biodrowego I stopnia. Zalecenia: rehabilitacja, fizjoterapia, ewentualnie kwas hialuronowy.
Poniżej leżała ulotka z prywatnego centrum medycznego na Krzykach. Na marginesie czerwoną kredką ktoś obrysował pozycję „endoprotezoplastyka biodra — od 240 000 zł”. Obok dopisek: „PILNE!!”. Pismem Ireny.
Ola złożyła teczkę.
— Tu jest napisane, iż ma pani pierwszy stopień zmian. Na endoprotezę jest za wcześnie. Zalecono pani gimnastykę i fizjoterapię.
— W przychodni są sami konowały! — Irena odwróciła się gwałtownie do okna. — A w prywatnej klinice powiedzieli, iż biodro jest zjedzone! Jak im nie zapłacę, będę jeździć na wózku!
— Kto powiedział? Proszę pokazać opinię lekarza z prywatnej kliniki.
Irena milczała. Potem wybuchnęła:
— Co ty sobie wyobrażasz?! Że wymyśliłam sobie chorobę?! Ty żmijo! Od pierwszego dnia chcesz mi zabrać syna!
Ola położyła teczkę na stole.
— Nie dostaniecie tych pieniędzy. Ani z operacją, ani bez.
Trzy dni później, w sobotę, Ola pracowała w aptece na Szczytnickiej. Za oknem lał ulewny deszcz, do środka weszła tylko starsza pani po krople do oczu i mężczyzna z receptą na antybiotyk. Przed piętnastą Ola zmyła ladę, sprawdziła ekspedycję i wtedy zadzwonił telefon.
Numer nieznany.
— Ola? Cześć… tu Sebastian. Brat Marka.
— Cześć. Nie dzwonisz do mnie nigdy.
— No wiesz… stało się i stało. Słuchaj, Marek jest pewnie w robocie, a ja muszę coś pożyczyć. Dosłownie do pierwszego. Trzy tysiące.
— Po co?
Na linii zapadło milczenie.
— Sebastian?
— Po prostu… są sprawy. Matka mówiła, iż oszczędzacie. Pomożesz, co?
— Nie pomogę. Nie znam powodu.
— No więc jest taki jeden człowiek… Przegrałem trochę w internecie i teraz muszę oddać. Matka mówiła, iż wy mi pomożecie. Że weźmiecie te pieniądze na operację i część mi pożyczy.
Ola poczuła, jak coś w niej stygnie.
— Jaką operację? — zapytała powoli.
— No… mamy… matki… nie wiem dokładnie. Mówiła, iż dostaniecie pieniądze. To co z tymi trzema tysiącami?
— Nie ma żadnej operacji — powiedziała Ola.
— Jak to?
— Pojedź do matki i zapytaj.
Odłożyła słuchawkę.
Tego samego wieczoru pojechała na Brochów. Stanęła za filarem na klatce schodowej. Czekała kwadrans. Przed dwudziestą na podwórko wjechał stary passat z przyciemnianymi szybami. Z auta wysiadło dwóch mężczyzn w ciemnych kurtkach. Nie podeszli do klatki. Stali przy samochodzie, palili. Kilka minut później z bramy wyszedł Sebastian. Miał rozpiętą bluzę, mokre włosy. Podszedł do nich, a jeden z mężczyzn klepnął go w policzek — raz, potem drugi. Sebastian się zatoczył.
— Do piątku! — usłyszała Ola. — Albo wrócimy po resztę.
Irena zeszła na dół. Krzyczała coś do tych ludzi, machała ręką. Auto ruszyło, zostawiając kałużę błota na chodniku. Sebastian opadł na ławkę. Irena stała obok i wycierała mu twarz chusteczką.
Ola wycofała się cicho w cień klatki. Zjechała windą do garażu i wyszła drugą stroną budynku.
W domu zastała Marka przy obiedzie. Postawiła przed nim telefon.
— Musisz to usłyszeć.
Odtworzyła nagranie rozmowy z Sebastianem. Marek słuchał bez ruchu. Potem wyjrzała przez okno i opowiedziała mu o mężczyznach przy passacie i o policzku. Nie wspomniała nic o tym, jak cały wieczór trzymał w dłoni zimny kubek z herbatą, która dawno wystygła.
— Więc to na to były te pieniądze — powiedział w końcu.
— Tak.
— Wiedziała, iż nie pożyczę bratu dwustu czterdziestu tysięcy. Więc wymyśliła, iż umiera.
— Tak.
Marek wstał i podszedł do okna. Na zewnątrz świeciła samotna latarnia, a deszcz bębnił w parapet.
— To koniec — rzekł.
Następnego dnia pojechali razem na Brochów. Bez zapowiedzi. Drzwi otworzyła Irena. Była w fartuchu. Z kuchni dobiegał zapach smażonych kotletów. Na blacie leżał otwarty słoik ogórków kiszonych.
— O! Goście! — zawołała. — Co, przywieźliście pieniążki?
— Mamo, gdzie jest Sebastian? — zapytał Marek.
— Odpoczywa. Głowa go boli.
— Zawołaj go.
Irena zmrużyła oczy.
— Co z wami? Przyszliście się kłócić? Ja chora, a wy mi tu robicie awantury!
Sebastian wyszedł z pokoju. Był blady. Zauważył Olę i cofnął się o pół kroku.
— Masz coś do powiedzenia? — Marek patrzył na brata.
Sebastian otworzył usta, ale Irena weszła mu w słowo.
— Zostaw go! To twoja krew!
— Ile jesteś winien?
— Dwieście czterdzieści tysięcy — powiedziała Ola, wchodząc do przedpokoju. — Dokładnie tyle, ile miała kosztować operacja biodra, której nigdy nie było.
Zapadła cisza. Tylko olej na patelni zaskwierczał, bo Irena zostawiła go na ogniu.
— To przez nią! — Irena wskazała na Olę. — Ona cię buntuje! Żmija! Zawsze mówiłam, iż ona tylko na twoje pieniądze leci!
— Mamo — głos Marka brzmiał obco. — Wymyśliłaś śmiertelną chorobę. Żeby okraść nas z marzeń. Żeby ratować jego długi. Po tym wszystkim, co dla was robiłem.
— To tylko pieniądze! — Irena uderzyła ręką w framugę. — Jego mogli zabić! A ty byś żył spokojnie z tą… ta pani z apteki by cię pocieszała!
Marek chwycił klamkę tak mocno, iż plastikowa nakładka pękła.
— Koniec — powiedział twardo. — Nie przyjdę. Nie zadzwonię. Nie pomogę. Ani tobie, ani jemu.
— To nie jesteś moim synem!
— Twoim synem przestałem być wczoraj. Kiedy usłyszałem nagranie.
Odwrócił się i wyszedł. Ola ruszyła za nim. Na korytarzu Irena krzyknęła jeszcze coś, ale trzasnęły drzwi od windy i światła w tafli lustra zgasły.
Mieszkanie na Nowym Dworze miało trzydzieści osiem metrów. Dwa pokoje, kuchnia z oknem na park. Ola nie wierzyła, iż to ich. Wprowadzali się w sobotę, a na suficie w przedpokoju jeszcze wisiała goła żarówka. Pudełka stały wzdłuż ścian. Najpierw wypili kawę na podłodze w kuchni, bo stół przyjechał dopiero po południu.
Pół roku później, wczesną wiosną, zadzwonił telefon. Ola zobaczyła numer Ireny.
— Nie odbieraj — powiedział Marek.
— Odbiorę. Zobaczę, czego chce.
Irena mówiła szybko, bez przywitania:
— Muszę zapłacić czynsz. Zabrakło mi siedmiuset złotych. Dajcie mi, bo inaczej wyląduję na bruku.
— Sprzedaliście działkę pod Sobótką.
— To już dawno! Zjedliśmy! A Sebastian znowu… ale to nie twoja sprawa.
— Moja, jeżeli prosi pani o pieniądze.
— To pożyczcie, do cholery!
Ola poczuła, jak w niej wszystko się uspokaja. Tego uczucia nie dało się pomylić: granica wytrzymałości. Przeszła przez trzy kroki do przedpokoju i otworzyła szafkę na dokumenty. Wyjęła czarny segregator. W środku leżały umowa deweloperska i akt notarialny.
— Może pani przyjść w czwartek — powiedziała do telefonu.
— Przyjdę! O której?
— O siedemnastej. Dam pani siedemset złotych.
Marek patrzył na nią znad kubka z herbatą.
— Co chcesz zrobić?
— To, co trzeba było zrobić dawno temu.
W czwartek Irena przyszła punktualnie. Stanęła w progu, obrzuciła wzrokiem nowy, pachnący farbą przedpokój i wyciągnęła rękę po pieniądze.
Ola otworzyła segregator. Wyjęła z niego kartkę i położyła na stoliku przy drzwiach.
— To jest wezwanie do zapłaty z banku. Rata hipoteki — tysiąc osiemset czterdzieści złotych. Na koncie mamy dokładnie tyle, ile trzeba. Zostało sto dwadzieścia.
Irena popatrzyła na kartkę.
— I co?
— I to, iż nie dostanie pani siedmiuset złotych.
Twarz Ireny pociemniała.
— To po co kazałaś mi tu przychodzić?!
— Żeby pani zobaczyła — Ola wzięła z półki przy drzwiach klucze z czerwonym breloczkiem. — To są klucze do mieszkania, które kupiliśmy z Markiem. Nie pożyczamy pieniędzy. Nie płacimy cudzych długów. Ani pani, ani Sebastianowi.
Irena wyciągnęła palec w stronę Oli.
— Ty… ty przeklęta…
— Może pani krzyczeć. Tylko potem proszę zamknąć za sobą drzwi.
Marek stanął obok Oli. W ręku trzymał telefon. Na ekranie otwarty był kalkulator.
— Dwieście czterdzieści tysięcy złotych — powiedział. — Tyle nas kosztowała twoja miłość do Seby. Dokładnie tyle. — Schował telefon do kieszeni. — Do widzenia, mamo.
Irena otworzyła usta, ale żadne słowo nie wyszło. Cofnęła się na klatkę. Ola zamknęła drzwi i przekręciła zamek — ten nowy, z trzema ryglami, który Marek założył w zeszłym miesiącu.
Potem poszła do kuchni i zalała herbatę wrzątkiem.
Na zewnątrz, na klatce, zapaliła się lampa z czujnikiem ruchu. Świeciła jeszcze przez klika.










