Zrobię wszystko dla Ciebie!

newsempire24.com 11 godzin temu

Walentyna już nie zamierzała tego dłużej znosić. Nie rozumiała, dlaczego Dymitr tak się do niej zachowuje czy ją po prostu przestał kochać? Tego wieczoru wrócił do domu po północy i położył się spać w salonie.

Rankiem, kiedy Dymitr wyszedł po śniadanie, Walentyna usiadła naprzeciwko niego.

Dymitr, możesz mi wyjaśnić, co się dzieje?
Co ci nie tak? odpowiedział, popijając kawę i unikając jej spojrzenia.

Od kiedy urodziliśmy chłopców, naprawdę się zmieniłeś.
Nie zauważyłem.
Mieszkamy razem dwa lata, a ty traktujesz mnie jak sąsiada.
Posłuchaj, co chcesz? W domu leżą zabawki, zapachy jakiejś mlecznej kaszy, dzieci krzyczą Myślisz, iż komuś to się podoba?
Ale to twoje dzieci! wykrzyknął, podskakując po kuchni.

Normalne żony rodzą jednego normalnego dziecko, które cicho bawi się w kącie. Ty od razu dwójkę! Mama mi mówiła, a ja nie słuchałem tacy jak ty tylko się rozmnażają!
Tacy jak ja? Co to za określenie?
Tacy, co nie mają celu w życiu.

Walentyna przygniotła się na krzesło. Po chwili dodała:

Myślę, iż powinniśmy się rozwieść.

Dymitr zamyślił się i odrzekł:

Zgoda, tylko nie wystawiaj mnie na alimenty. Będę ci sam płacić.

Mężczyzna odwrócił się i wyszedł z kuchni. Walentyna chciała popłakać, ale w pokoju dziecięcym rozległ się hałas bliźniaki obudziły się i domagały się uwagi.

Po tygodniu spakowała rzeczy, wzięła chłopców i wyprowadziła się. Mieszkała w dużym pokoju w kamienicy, który odziedziczyła po babci. Nowi lokatorzy byli dla niej nieznani, więc postanowiła ich poznać.

Z jednej strony mieszkał ponury, choć nie starzeć się jeszcze, mężczyzna, a z drugiej energiczna dama w okolicach sześćdziesięciu lat. Najpierw zapukała do pana:

Dzień dobry! Jestem nową sąsiadką, przyniosłam ciasto, zapraszam na herbatę w kuchni.

Mężczyzna spojrzał na nią, zamruczał i zamknął drzwi przed jej nosem.

Nie jem słodyczy odparł.

Walentyna wzruszyła ramionami i poszła do Zofii Egorowej. Zofia zgodziła się przyjąć gości, ale pod warunkiem, iż Walentyna wygłosi krótkie wystąpienie.

Lubię leniuchować w dzień, bo wieczorami oglądam seriale. Mam nadzieję, iż wasze maluchy nie będą mnie krzyczeć, i proszę, nie pozwólcie im biegać po korytarzu, nie dotykać rzeczy, nie brudzić i nie łamać!

Przemówiła długo, a Walentyna zrezygnowaną myślą patrzyła, iż życie w tej kamienicy nie będzie słodkie.

Oddała chłopców do przedszkola i sama została tam opiekunką. Pracowała aż do momentu, kiedy trzeba było odebrać Andrzeja i Jurka do domu. Płacono jedyne grosze, ale Dymitr obiecał pomóc.

Przez pierwsze trzy miesiące po rozwodzie Dymitr rzeczywiście podrzucał pieniądze. Potem jednak wpłynęło tyle samo czasu, a pieniędzy nie było. Walentyna od dwóch miesięcy nie mogła zapłacić czynszu.

Stosunki z Zofią pogarszały się z dniem na dzień. Pewnego wieczoru, gdy karmiła chłopców w kuchni, do pokoju wpadła sąsiadka w jedwabnym szlafroku.

Słodka, mam nadzieję, iż rozwiązałaś już sprawy finansowe? Nie chciałabym, żebyś straciła prąd lub gaz.

Walentyna westchnęła:

Nie, jeszcze nie. Jutro pojadę do byłego, on chyba zapomniał o dzieciach.

Zofia podeszła do stołu.

Karmiacie ich makaronami Nie wydaje się, iż jesteście dobrą matką.

Jestem! A wy lepiej nie wtrącajcie się w moje sprawy, bo możecie się poirytować!

Zofia wykrzyknęła tak, iż trzeba było się zasłaniać uszy. Z pokoju wyszedł Iwan, sąsiad Walentyny po drugiej stronie korytarza. Po chwili słuchał, jak Zofia przeklinała Walentynę i dzieci, po czym zniknął w swoim mieszkaniu, wrócił po minutę, rzucił na stół przed Zofią pieniądze i rzekł:

Cicho. Tu masz na czynsz.

Zofia uciszyła się, ale gdy Iwan odszedł, szepnął pod nosem:

Później się za to odwdzięczę!

Walentyna zignorowała go, choć później naprawdę żałowała. Następnego dnia pojechała do Dymitra. Ten posłuchał i rzekł:

Mam teraz trudny okres, nie mogę ci nic dawać.

Żartujesz? Muszę karmić dzieci!

No, karm, nie zakazuję.

Złożę wniosek o alimenty.

Śmiało, ale moja pensja to takie małe coś, iż będziesz płakać. I nie zawracaj mi głowy!

Walentyna wróciła do domu, płacząc. Do pensji pozostał jeszcze tydzień, a pieniędzy prawie nie było. W drzwiach czekał policjant. Zofia złożyła na nią donoszenie, twierdząc, iż Walentyna zagraża jej życiu, a dzieci głodują.

Policjant rozmawiał z nią godzinę, po czym powiedział:

Muszę to zgłosić do opieki społecznej.

Walentyna protestowała, ale procedura była nieunikniona. Wieczorem Zofia znów pojawiła się w kuchni.

jeżeli dzieci znowu będą mi przeszkadzać, zwrócę się do opieki!

Co wy…! krzyczała Walentyna, a chłopcy patrzyli na nią przerażeni.

Nagle do kuchni wszedł Iwan z ogromnym workiem, otworzył lodówkę i zaczął wkładać jedzenie.

Przepraszam, pomyliłem lodówki.

Zamknął drzwi, zostawiając Walentynę zaskoczoną. Po otrzymaniu wypłaty poszła do Iwana, który otworzył drzwi, ale nie chciał przyjąć pieniędzy.

Idź, nie potrzebuję niczego.

Zanim się zorientowała, Zofia znowu krzyczała, wskazując na rozlany herbatę:

Biedni dzikusy! Co z waszym wychowaniem?

Walentyna odprowadziła dzieci do pokoju, wycierała podłogę i wróciła do swojego łóżka, zastanawiając się, co dalej robić. Chłopcy siedzieli przytuleni, a ona podniosła ich na kolana i powiedziała:

Spokojnie, kochani. Przetrwamy to, znajdziemy rozwiązanie i wyjedziemy stąd.

Tydzień później w drzwiach zadzwoniło. Iwan stał w progu, obok dwie nieznane kobiety, policjant i mężczyzna.

Czy to Walentyna Serediuk?

Tak.

Jesteśmy z opieki społecznej.

Kobiety przeszły po mieszkaniu, zerknęły do lodówki, podniosły kołdry i powiedziały:

Zabierzcie dzieci.

Walentyna krzyknęła:

Nie oddam ich! To moje dzieci!

Andrzej i Jurek objęli ją z dwóch stron i płakali. Policjant podszedł i zaczął wyciągać chłopców z jej ramion. Jeden z mężczyzn złapał ją za ręce, drugi ciągnął za koszulę.

Nie! krzyczała, a jej oczy wypełniły się przerażeniem. Po chwili udało jej się wyrwać i podążać w stronę drzwi, gdzie już czekał Iwan, trzymając w dłoni nóż kuchenny.

Dostałaś! wykrzyknął, ale nagle podszedł policjant, odebrał mu nóż i wezwał pomoc. Walentyna upadła na podłogę, wyplątała się w płacz, jakby zwierzę.

Po pięciu minutach w pokoju nie było już nikogo oprócz niej. Spojrzała na podłogę, zobaczyła wielki topór, którego kiedyś używała babcia do cięcia drewna w kominku. Wzięła go, spojrzała na drzwi Zofii i…

Kiedy drzwi wyłamały się, a Zofia chwyciła się za łokieć, Iwan podbiegł, odebrał topór i krzyknął:

Głupia! Co robisz?!

Walentyna wydała z siebie:

Już mnie nie obchodzi

Iwan odprowadził ją do swojego pokoju, położył na kanapie i podsunął tabletkę. Walentyna połknęła ją niechętnie, wiedząc, iż kiedy Iwan odwróci się, ucieknie. Cel miał prosty most. Ale sen przybrał ciężki smak, a Iwan nie żałował środka nasennego.

Na korytarzu Zofia popijała walerianę i pytała:

Zadowolona?

Ojej, Iwan Nie myślałam, iż tak

Jutro weź wszystkie listy i przyjdź. I nie zapomnij się modlić, żeby wszystko skończyło się dobrze, bo inaczej

Zofia skinęła głową.

Mijał miesiąc, a Walentyna zbierała zaświadczenia, charakterystyki, oddawała badania. Zrezygnowała z nadziei, myśląc, iż nic nie pomoże. Iwan, wciąż ponury, nie zostawiał jej samej ani na chwilę i wpychał ją w różne sprawy. Gdy wydawało się, iż dzieci zostaną jej odebrane, Walentyna nagle się rozbudziła.

Iwan to wszystko przez ciebie

Iwan uśmiechnął się smutno.

Miałem też dzieci, ale nie udało mi się im pomóc, pięć lat już ich nie ma. Mogę ci pomóc

Noc przed komisją Walentyna spała na kanapie w pokoju Iwana, nie mogąc zasnąć. Iwan również nie mógł zasnąć.

Iwan nie śpisz? Opowiedz, co się stało z twoimi dziećmi.

Iwan milczał, po chwili powiedział monotonnym głosem:

Miałem rodzinę, żonę i dwóch synów. Nie doceniałem ich, myślałem, iż wszystko jest w porządku. Kiedy żona z dziećmi wyprowadzili się z domu, poczułem pustkę, wróciłem, a dom spłonął w nocy. Zostałem skazany na trzy lata więzienia, wypuściłem się, sprzedałem mieszkanie, żeby spłacić odszkodowanie, i wróciłem tutaj, do fabryki.

Walentyna usiadła obok, wzięła go za rękę, ale on odciągnął ją.

Śpij, jutro będzie komisja, musisz być wypoczęta.

***

Serediuk!

Tak, to ja.

Oto dokumenty, pilnuj życia, żeby to się nie powtórzyło.

Walentyna patrzyła na papiery. Funkcjonariuszka, która je wręczyła, uśmiechnęła się:

Co tak stoisz? Zabierz swoje dzieci

Walentyna osłabła, Iwan podtrzymywał ją, gdy stała w poczekalni.

Mama! krzyczeli Andrzej i Jurek, a Iwan przetarł łzę ze swojej twarzy.

Walentyna wzięła ich na ręce i powiedziała:

Nie płaczcie, już jedziemy do domu.

Życie powoli wracało do normy. Zofia nie schodziła już ze swojego pokoju. Dzięki Iwanowi Walentyna dostała pracę technika w tej samej fabryce i mogła przynajmniej liczyć na chleb. Nie zarabiała miliony, ale wystarczyło na wszystko, jeżeli rozplanować budżet. Jedyną chełpieniem była ciągła ponura mina Iwana. Pewnego dnia przypadkowo upuściła mu kurtkę, w kieszeni lśnił telefon z jej zdjęciem.

Zaskoczona, podniosła telefon i podeszła do jego pokoju, gdzie Iwan leżał na kanapie, patrząc w sufit. Spojrzał na nią, a ona zaczęła:

Wiesz, Iwan, zawsze bałam się powiedzieć za wiele. Przegapiłam wiele okazji Najgorsze jest żałować, iż czegoś nie powiedziałam.

O czym mówisz?

Może spróbuję. Boję się, iż mnie wyśmieszysz, ale Iwan wyjdź za mnie, co?

Iwan patrzył na nią, po chwili wziął jej twarz w dłonie i rzekł:

Nie potrafię pięknie mówić, ale wiedz, iż zrobię wszystko dla ciebie i chłopców.

***

Kasia, sąsiadka po drugiej stronie, wykrzykiwała pod oknem:

Kotka, kotka, chodź tutaj, jedz. A ty, buraku, daj jej jedzenie! Jak nienawidzę was, szukacze! No i co, kotka, uciekaj! krzyczała Katarzyna Stepanowa przez godzinę, wśród dwudziestu kotów, które trzymała w domu.

Katarzyna pracowała jako sprzątaczka w szpitalu, po całym dniu była wykończona, a na emeryturze ledwo starczało jej na życie. Po drodze do sklepu zawsze spotykała koty, które witały ją przy drzwiach.

Jednego razu, biegnąc do marketu w kolorowych woreczkach z kaszką, zapomniała mleka i bułki. Koty wyciekały się w drogę, mrucząc:

Umar Umar Katarzyno! wołały, a ona biegła, by je nakarmić.

Jednak w jej mieszkaniu wciąż był jeden wykluczony kot, którego reszta stada wyprzegnęła z miski. Rozpoczęła się bitwa:

Kotka, kotka, idź tu! krzyczała, a inne koty straszyły wykluczonego, który drapał się o drzwi. W tym chaosie Walentyna słyszała szumy, płacze, bo w korytarzu słyszała przytłumione krzyki i brzęczenie.

W końcu, po godzinach, opanowała sytuację, odłożyła wszystkie koty na miejsca, a ZofiaWalentyna, trzymając w dłoniach chłopców, wyszła na klatkę schodową i z uśmiechem, który rozświetlał twarz, rzekła: Teraz naprawdę zaczynamy nowe, spokojniejsze życie.

Idź do oryginalnego materiału