Zmieniłem zdanie o ślubie
Dziennik, 12 listopada
Siedziałem dzisiaj długo w laboratorium w Warszawie. Ostatnio coraz częściej zostaję po godzinach, przelewając różne substancje z próbówki do próbówki, analizując proszki pod mikroskopem, wciąż przekonany, iż moja żmudna praca przyniesie w końcu upragnione rezultaty. Może niedługo w końcu uda mi się zaprezentować światu mój preparat wyizolowany z korzeni rzadkiej polskiej rośliny. Myśl o sukcesie napędza mnie do działania, nie dostrzegam ani zmęczenia, ani… ludzi wokół.
Ostatnio pojawiła się u nas nowa sprzątaczka, Sonia. Młodziutka dziewczyna, patrzy na mnie jakoś szczególnie, chociaż ja zajęty pracą, przez dłuższy czas tego nie rejestrowałem. Dziś jednak, gdy krzątała się po moim gabinecie, wstydliwie wpatrując się we mnie spod rzęs, w końcu zebrała się na odwagę.
Panie Arkadiuszu, pan od rana na tym samym miejscu! zaczęła, stając przede mną z mopem. Może herbaty się napijemy? Przyniosłam z domu czajnik elektryczny. Mam też swojskie kiełbaski od mamy.
Gdy usłyszałem o kiełbasie, od razu oderwałem się od szkła laboratoryjnego.
Herbatka z kiełbasą? uśmiechnąłem się. Trudno odmówić takiej gościnności.
Sonia rozpromieniła się i gwałtownie wyciągnęła z plecaka czajnik i plastikowy pojemnik z przekąską.
Wczoraj mama z Podlasia przywiozła mi mięso, sama przygotowałam i upiekłam te kiełbaski powiedziała z dumą i postawiła pojemnik na stole.
Wyjąłem okulary z kieszeni fartucha i przyjrzałem się zawartości.
Od kiedy te kiełbaski leżały w plecaku? zapytałem.
Od rana A co? odpowiedziała niepewnie.
A pojemnik był szczelnie zamknięty?
Tak chyba zmieszała się.
To dobrze. Lepiej nie ryzykować bakteriami. Napijmy się tylko herbaty zaproponowałem, mimo iż ślinka ciekła mi do ust.
Sonia była wyraźnie rozczarowana, ale uparcie postawiła pojemnik na stole i sama zaczęła jeść. Po chwili spróbowałem kawałek, bo zapach był niesamowity. Nie mogłem się powstrzymać, kiełbaska była przepyszna!
Kto to robił? zapytałem, chowając dumę.
Sama. Sonia zarumieniła się.
Jedliśmy razem, a później, chcąc jej się odwdzięczyć, odprowadziłem ją na przystanek autobusowy. Przez całą drogę rozmawialiśmy o drobiazgach okazało się, ma dopiero dwadzieścia trzy lata. Zdecydowanie młodsza ode mnie… niemal mogłaby być moją córką.
Przy pożegnaniu powiedziała nieśmiało:
A jutro przyniosę domowe ciasteczka. Pieczesz lepiej z twarogiem czy marchewkowe?
Kocham każde. odparłem szczerze, zauważając przy tym własny entuzjazm.
Myślałem o tym całą noc, choćby przyśniła mi się Sonia w sposób, którego nikt by się po mnie nie spodziewał. Czułem się trochę zażenowany własnym zachowaniem.
Dziennik, 17 listopada
Przed wizytą u rodziny Soni okrutnie się denerwowałem. W taxi zadbałem o każdy szczegół: wygładziłem włosy, przykryłem łysinę, pachniałem lepiej niż kiedykolwiek. Ona czuła się swobodnie, przytulając się do mnie publicznie.
Mama cię polubi, zobaczysz zapewniała. Ma 45 lat i umie zrozumieć ludzi.
Ale ja mam 40. Masz pewność, iż zaakceptuje mnie jako zięcia?
Nie ma innego wyjścia przerwała mi rozbrajająco. Poza tym, zawsze mogę powiedzieć, iż czekam z tobą dziecka.
Lepiej od tego nie zaczynajmy skrzywiłem się nerwowo.
Na miejscu powitały nas ogromne zaspy śniegu i stary, rozpadający się drewniany dom na Mazurach. Przed drzwiami powitała nas mama Soni w kwiecistym szlafroku, twarda i nieprzystępna, jakby była szlachcianką, tylko buty miała filcowe.
Dzień dobry, pani Małgorzato wydukałem z trudem, przedstawiając się. Jestem Arkadiusz, pracujemy z Sonią…
Ile pan ma lat?! przerywa mi.
Czterdzieści.
A moja córka dwadzieścia trzy! niemal krzyknęła oskarżycielsko.
Starałem się tłumaczyć, opowiadać o pracy, własności mieszkania w Warszawie, domku na Mazurach.
A samochód? dopytuje mama z powątpiewaniem.
Jeszcze nie mam, bo mam trochę słabszy wzrok, ale mogę nauczyć Sonię jeździć, jeżeli to ważne
Jeszcze czego! przerwała Chcecie zrobić ze mnie naiwną i z mojej córki służącą?! Nie tego się spodziewałam!
Awantura rosła jak kula śniegowa. Sonia zaczęła się z mamą kłócić, krzyczał również jej ojczym, pan Andrzej czarujący młody mężczyzna o smagłej cerze i dziewczęcych oczach.
Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta, taboret przeleciał mi tuż nad głową, a ja wybiegłem z tego domu stęchłości, próbując znaleźć jakiekolwiek taksówki, dworzec, kogokolwiek.
Stres ścisnął mnie za serce jak imadło.
Po co mi to było? Siedziałbym teraz spokojnie nad reaktorami, miał zaplanowaną kolację wyrzekałem w myślach.
Telefon nie miał zasięgu, zrezygnowany wróciłem pod ten sam dom, gdzie rozpoznałem dziwny, przekrzywiony garnek na kominowej rurze. Sonia już czekała z walizką.
Arkadiuszku, nie uciekłeś? zapytała cicho.
Wychłodziłem się trochę, ale żyję mruknąłem przez zęby, drepcząc na śniegu w cienkich, nieodpowiednich butach.
Mama Soni pojawiła się na tarasie, dumna niczym polska szlachcianka.
jeżeli mnie nie szanujesz, droga córko, to droga wolna. Teraz on za ciebie odpowiada powiedziała teatralnie.
Sonia przytuliła się do mnie, ale nic nie odpowiedziałem. Chciałem tylko wrócić do miasta. Po chwili osunąłem się na śnieg głowa mi pękała, ciśnienie chyba wystrzeliło poza wszelkie normy.
Chwilę później pojawiła się wiejska pielęgniarka, dostałem zastrzyk i wylądowałem na dziwacznej kanapie wyłożonej ceratą. Znowu słyszałem kłótnie, jakieś wyrzuty czułem jak ogarnia mnie rezygnacja, granicząca z paniką.
Nie wiedziałem już sam, czy chcę z Sonią budować przyszłość, czy tylko wyjść stąd cało i nigdy nie patrzeć w tę stronę Polski.
***
Dziennik, 18 listopada
Wróciłem do laboratorium. Gdy zbierałem się do wyjścia, podeszła do mnie Krystyna, laborantka, i z uśmiechem powiedziała:
Przyniosłam szarlotkę. Napijemy się herbaty?
Nie! przerwałem jej ostro, trochę zbyt głośno. Przyszliśmy tu pracować, nie jeść ciasto!
Krystyna spochmurniała, zabrała swoje rzeczy i wyszła. Rzuciła mi na koniec wariat pod nosem.
Zamknąłem laboratorium i poszedłem do domu; było już po ósmej.
Sonia czekała zapach zupy rosołowej unosił się w powietrzu.
Dobry wieczór, panie Arkadiuszu. Dziś na kolację zupa z kaczki i pierogi z ziemniakami wyliczyła.
Dobrze. Zapisz w zeszycie ile wydałaś na produkty, doliczę ci to do wypłaty w tym miesiącu.
Usiadłem do stołu. Sonia usiadła obok, rozpromieniona.
przez cały czas zły jesteś na moją mamę? Przecież ona się już tłumaczyła, po prostu się bała, iż taki porządny, wykształcony człowiek jak ty mnie nie zechce na poważnie Chciała wysondować twoje zamiary. Trochę przesadziła Ale wiesz, kocham cię szepnęła.
Nie odpowiedziałem. Miałem mieszane uczucia. Wstałem, zebrałem Sią rzeczy i delikatnie, choć stanowczo, wyprosiłem ją z mieszkania, tłumacząc, iż dziś już za późno.
Kiedy zamknąłem za sobą drzwi, z ulgą wróciłem do kuchni. Zjadłem wreszcie spokojną kolację, myśląc tylko o jednym: chyba już wiem, iż ślub to nie dla mnie.








