Była środa, druga w nocy, a Natalia Wrzos siedziała w kuchni swojej kawalerki na Bemowie z laptopem na kolanach i kubkiem wystudzonej herbaty rumiankowej. Telewizor w tle mamrotał powtórkę jakiegoś programu dokumentalnego na TVP Kultura, ale ona już go nie słuchała. Patrzyła na puste okno nowej wiadomości e-mail i zastanawiała się, czy to nie jest najgłupszy pomysł w jej życiu.
Dwie godziny wcześniej obejrzała reportaż o Marcinie Dudku — trzydziestoletnim blogerze i twórcy internetowym z Krakowa, który od urodzenia miał rdzeniowy zanik mięśni. Materiał był o chorobie, o sprzęcie medycznym, o rodzicach, którzy go wychowali. Ale Natalię wcale nie poruszyła diagnoza. Poruszyło ją to, jak Marcin żartował z dziennikarką, która go przepytywała — sucho, bez cienia żalu nad sobą, momentami wręcz bezczelnie.
Nie szukała numeru telefonu. Nie szukała Facebooka. Napisała krótki mail na adres kontaktowy podany pod filmikiem — bez emotek, bez "uwielbiam cię", po prostu: "Obejrzałam materiał o Panu. Rzadko widzi się w telewizji kogoś, kto ma takie poczucie humoru. Pozdrawiam, Natalia, 26 lat, terapeutka zajęciowa z Warszawy." Wysłała i zamknęła laptopa, zanim mogła się rozmyślić.
Odpowiedź przyszła następnego dnia. Krótka, z jednym żartem o tym, iż terapeuci zajęciowi na pewno wiedzą, jak się obchodzić z kimś, kto potrzebuje pomocy przy wszystkim od jedzenia do przewracania się na drugi bok. Natalia odpisała od razu. Potem jeszcze raz. Potem rozmawiali przez telefon trzy godziny, aż bateria w jej starym Samsungu padła w połowie zdania.
Przez następny rok dzielili ich sto siedemdziesiąt kilometrów między Warszawą a Krakowem i bilety na PKP Intercity kupowane za każde wolne pensje. Natalia pamiętała pierwszą wizytę u rodziców Marcina — mama poczęstowała ją szarlotką z własnej piekarni przy ulicy Długiej, a na balkonie suszyło się pranie, zwyczajne, codzienne, jak u każdej innej rodziny. To był ten moment, kiedy pomyślała: ja się tu nie wprowadzam do jakiejś tragedii, ja się wprowadzam do czyjegoś normalnego życia.
Pobrali się w październiku 2020 roku, w kameralnym gronie, bo pandemia nie pozwalała na nic więcej — cywilny ślub w urzędzie na Mokotowie, a potem obiad w dwanaścioro w restauracji przy Puławskiej, gdzie kelner musiał trzy razy przestawiać stoliki, żeby zrobić miejsce na wózek Marcina. Rok później założyli kanał na YouTube pod nazwą "Fikołek i Reszta Świata" — Natalia śmiała się, iż to ona jest tym fikołkiem, bo wiecznie coś przewraca, a Marcin tylko to komentuje z boku swoim suchym humorem. Kanał zaczął żyć własnym życiem: trzysta tysięcy subskrybentów, komentarze pod każdym filmem, listy od ludzi z całej Polski, którzy pisali, iż zobaczyli parę, w której niepełnosprawność nie jest ani tragedią, ani cudem, tylko po prostu jednym z elementów codzienności.
A potem zaczęły się starania o dziecko. Dwa nieudane cykle in vitro w klinice na Woli, każdy po kilkunastu tysiącach złotych, każdy kończący się tym samym telefonem od lekarki, która mówiła "niestety" tak samo cicho jak poprzednio. Po drugiej nieudanej próbie Natalia zamknęła się w łazience na pół godziny i siedziała na brzegu wanny, obracając w rękach pudełko po teście. Marcin czekał za drzwiami, bo sam nie mógł wjechać wózkiem przez próg, i mówił przez szparę, iż to nie koniec, iż spróbują jeszcze raz, jeżeli ona chce.
Trzeci cykl, wiosną, przyniósł wreszcie dwie kreski na teście. Natalia wbiegła do salonu z paskiem w ręku, a telewizor akurat nadawał prognozę pogody — pamiętała to absurdalnie dokładnie, bo prezenterka mówiła coś o chłodnym froncie nad Bałtykiem, kiedy ona klękała przy wózku Marcina i przykładała test do jego dłoni, bo on sam nie mógł jej chwycić mocno.
Problem, który wypłynął dopiero latem, nie dotyczył już samej ciąży. Dotyczył domu. Rodzina Marcina — a konkretnie jego starszy brat Tomek, który od lat pomagał finansowo i organizacyjnie przy przebudowie mieszkania pod potrzeby wózka — zaczęła naciskać, żeby po narodzinach dziecka to Tomek i jego żona przejęli główną opiekę nad bratankiem czy bratanicą "na początek", bo "Natalia i tak nie poradzi sobie sama z dwojgiem osób zależnych od niej". Tomek przyjechał do Krakowa z teczką pełną wydruków — kosztorysami nocnej opiekunki, propozycją, iż to on będzie formalnym opiekunem prawnym dziecka "na wszelki wypadek, gdyby coś się stało z Marcinem", i gotowym projektem umowy do podpisania u notariusza.
Natalia siedziała przy stole, słuchała tego przez dwadzieścia minut, aż Tomek położył przed nią długopis. Wtedy wstała, poszła do sypialni i wyjęła z szuflady teczkę z dokumentami dotyczącymi konta oszczędnościowego, które przez trzy lata budowali z Marcinem na wypadek właśnie takich sytuacji — osiemnaście tysięcy złotych odłożonych specjalnie na prywatną opiekunkę nocną i terapeutę do pomocy w pierwszych miesiącach. Wróciła do kuchni i położyła teczkę na stole, tak iż przykryła nią leżący tam długopis Tomka.
— Opiekunkę już zatrudniliśmy. Umowa z agencją podpisana od miesiąca — powiedziała, rozkładając papiery jeden po drugim. — A w przyszłym tygodniu mamy termin u notariusza w sprawie pełnomocnictw zdrowotnych Marcina. Bez ciebie, Tomku.
Tomek otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć o kosztorysach, które przywiózł, ale zamiast tego tylko zabrał swój długopis spod teczki i wsunął go do kieszeni marynarki. Nie odezwał się już przy stole.
Przyjechał jeszcze raz, w styczniu, trzy dni po tym, jak w szpitalu na Siemiradzkiego urodziła się ich córka, Zuzia. Stanął w drzwiach pokoju, w którym Marcin trzymał dziecko oparte na specjalnej poduszce przystosowanej do jego rąk, a Natalia karmiła córkę butelką, siedząc na podłodze obok wózka. Tomek patrzył przez chwilę na brata, który jedną ręką powoli kołysał poduszkę z dzieckiem, a drugą sięgał do kieszeni, jakby chciał wyjąć telefon — i zatrzymał się w pół gestu.
— Ładna jest — powiedział tylko, cicho, i oparł się o framugę, nie wchodząc dalej do pokoju.













