Zeszyt z czterdziestoma Wigiliami

newskey24.com 21 godzin temu

Pracuję w tramwaju linii 22 od dwunastu lat. Trasa z Pragi na Sadybę, codziennie te same przystanki, ci sami ludzie o siódmej rano i ci sami pijacy o dwudziestej drugiej. Myślałem, iż nic mnie już nie zaskoczy. A jednak tamtego wieczoru, dwudziestego trzeciego grudnia, stałem przy kasowniku i patrzyłem na kobietę, która trzymała na kolanach reklamówkę tak, jakby w środku było coś, co mogło się stłuc od byle wstrząsu.

Było wpół do szóstej, lał deszcz, szyby zaparowane od środka. Kobieta wsiadła na przystanku przy Rondzie Wiatraczna. Siwy kok, płaszcz z wielbłądziej wełny, parasolka, z której kapało na podłogę. Usiadła przy oknie, reklamówkę postawiła obok, ale cały czas trzymała na niej rękę. Nie tak, jak trzyma się zakupy. Tak, jak trzyma się psa, który się boi.

Na wysokości Placu Szembeka tramwaj szarpnął. Reklamówka zsunęła się z siedzenia. Złapałem ją jedną ręką, zanim spadła na podłogę. Była ciężka. Podałem jej z powrotem.

— Dziękuję — powiedziała. — Tam jest zeszyt.

— Ważny? — zapytałem, bo tramwajarz w Wigilię też jest człowiekiem.

— Czterdzieści lat — odpowiedziała. I schowała reklamówkę pod płaszcz, jakby przed deszczem, chociaż deszcz był na zewnątrz.

Nie pytałem dalej. Mam zasadę: pasażerowie mówią tyle, ile chcą. Ale kiedy wysiadała przy Dworcu Wschodnim, patrzyłem za nią przez przednią szybę. Szła w stronę Saskiej Kępy, przyciskając tę reklamówkę do piersi. Parasolkę trzymała w drugiej ręce, ale nie otworzyła jej. Deszcz padał jej na twarz, a ona się choćby nie skrzywiła.

Przez dwanaście lat pracy nauczyłem się wyłapywać momenty, w których ludzie niosą coś ważniejszego niż torby z Biedronki czy siatki z warzywami z bazaru. Czasem to jest koperta z sądu, czasem wózek z dzieckiem, czasem pudełko z prochami psa. Tamta kobieta niosła zeszyt. Stary, gruby, w twardej okładce — widziałem go przez uchwyt reklamówki, kiedy tramwaj podskoczył. Taki z przepisami, pisany manualnie, pożółkły na brzegach.

Znam ten typ. Moja matka miała podobny. Leżał w kuchni na parapecie, obok słoika z cukrem, i nikt go nie ruszał przez lata, a potem, po pogrzebie, znalazłem w nim paragon z 1987 roku i suszony liść laurowy między stronami. Nie wiem, co się z nim stało. Chyba wyrzuciłem. Mieszkanie trzeba było opróżnić w tydzień, bo właściciel znalazł nowych lokatorów.

Dwudziestego czwartego grudnia, rano, wracałem z nocnej zmiany. Tramwaj prawie pusty. Zajeżdżam na pętlę przy Sadybie, wysiadam, idę na kawę do budki na rogu. Kupuję czarną, parzoną, dwie łyżki cukru, bo po nocy organizm domaga się kalorii. I kogo widzę? Tę samą kobietę. Siedzi na ławce przy pomniku, chociaż mokro, i patrzy na rzekę.

Zdziwiłem się, bo poprzedniego wieczoru szła w stronę Saskiej Kępy, nie tutaj. Może miała tu kogoś do odwiedzenia przed świętami. Może po prostu, tak jak ja czasem po nocnej zmianie, szła bez celu, żeby oswoić się z dniem, zanim wróci do pustego mieszkania.

Nie podszedłem. Nie jestem typem, który zaczepia. Ale stałem z tą kawą i patrzyłem, jak ona wyjmuje z reklamówki zeszyt. Naprawdę go wyjęła. Trzymała go w dłoniach, kartkowała powoli, jakby czytała coś, co zna na pamięć, ale musi zobaczyć jeszcze raz.

Potem włożyła go z powrotem, wstała i poszła w stronę przystanku autobusowego. Nie moja sprawa. Ale zapamiętałem tę reklamówkę, bo była już inna — cieńsza, jakby czegoś w niej ubyło.

Tego samego dnia wieczorem, w Wigilię, miałem popołudniową zmianę. Dwudziesta trzecia linia, z Nowego Światu na Pragę. Koło dziesiątej wsiadła młoda kobieta z mężczyzną i dwójką dzieci. Dzieci śpiewały kolędę — „Przybieżeli do Betlejem” — i myliły słowa, a ojciec się śmiał. Matka siedziała zamyślona, z torbą, z której wystawał kawałek opłatka.

I wtedy ją rozpoznałem. Nie twarz — twarze mylę. Rozpoznałem zeszyt. Ten sam, stary, w twardej okładce. Wystawał z torby tej młodej kobiety. Torbę miała z materiału, w kratkę, z napisem „Uwaga, gorące serce”.

Nie odezwałem się od razu. Ale kiedy dzieci ucichły, a ojciec zajął się bagażami, kobieta złapała moje spojrzenie w lusterku i chyba zrozumiała, iż patrzę na zeszyt, bo powiedziała, jakby do siebie, ale głośno:

— Mama mi go dziś dała. Przed obiadem. Powiedziała, iż już czas.

— Rodzinny przepis? — zapytałem.

— Barszcz z miodem. Babcia go pisała, kiedy mama miała dziesięć lat. Teraz ja mam gotować.

— To duża odpowiedzialność — powiedziałem, bo nie wiedziałem, co innego powiedzieć.

— Mama płakała, jak mi go dawała. Ja też trochę.

Nic więcej nie dodała. Dzieci znowu zaczęły śpiewać, głośniej niż trzeba, i rozmowa się urwała sama.

Kiedy wysiadali na przystanku przy Stadionie Narodowym, młoda przytrzymała drzwi i powiedziała:

— Wesołych Świąt.

— Nawzajem — odpowiedziałem.

Drzwi się zamknęły. Tramwaj ruszył. Popatrzyłem w lusterko. Matka trzymała torbę tak samo, jak tamta starsza pani trzymała reklamówkę dzień wcześniej. Przyciskała ją do boku, jakby w środku było coś, co mogło zniknąć, jeżeli choć na chwilę przestanie uważać.

Dwudziestego piątego grudnia, w pierwszy dzień świąt, pojechałem do matki na cmentarz. Bródnowski. Znicz, zapałki, chwila przy grobie. Na płycie leżał już opłatek — ktoś był wcześniej. Może siostra. Nie dzwoniła, nie piszemy do siebie od lat.

Wracałem autobusem i myślałem o tamtym zeszycie. O dwóch kobietach, które przez jeden dzień przeniosły go przez miasto jak coś, co waży więcej niż papier. O tym, iż jedna go oddała, a druga przyjęła, i iż stało się to gdzieś między kawą na pętli a kolędą w tramwaju, a ja byłem jedynym, kto widział obie strony.

Pomyślałem też, iż ja choćby nie wiem, jak nazywa się barszcz, który gotowała moja matka. Pamiętam smak, ale nie przepis. Nikt mi go nie przekazał. Nikt nie trzymał przede mną zeszytu w reklamówce i nie mówił: „Tutaj jest wszystko”.

Może dlatego, kiedy dwudziestego szóstego grudnia wsiadłem do tramwaju na poranną zmianę i zobaczyłem na siedzeniu czyjąś zgubioną rękawiczkę — dziecięcą, czerwoną, z bałwankiem — schowałem ją do kieszeni zamiast od razu oddać do biura rzeczy znalezionych. Nosiłem ją tak przez trzy dni, zanim ktoś zapytał w biurze, czy nie widziałem.

Przez dwanaście lat wożę ludzi po Warszawie i patrzę na nich zza szyby kabiny. Widziałem niejedno: łzy, kłótnie, pocałunki, raz choćby poród, chociaż dziecko zdążyło przyjechać do szpitala, a matka tylko krzyczała, iż za wcześnie. Ale tamtą kobietę z reklamówką zapamiętam na długo.

Nie dlatego, iż płakała. choćby nie płakała przy mnie. Tylko trzymała ten zeszyt pod płaszczem, jakby deszcz mógł rozmyć atrament, którym czterdzieści lat temu jej matka pisała przepis na barszcz z miodem.

I stałem wtedy przy kasowniku, i po raz drugi w tym roku uratowałem coś przed upadkiem. Za pierwszym razem było to dziecko, które puściło rękę matki przy gwałtownym hamowaniu. Za drugim — zeszyt, który jeszcze tego samego wieczoru miał zmienić właścicielkę.

Kiedy skończyłem zmianę dwudziestego szóstego i wyszedłem na pętlę, padał śnieg — pierwszy w tym roku. Rękawiczka wciąż leżała w kieszeni mojej kurtki, mała i czerwona. Szyby tramwaju parowały od środka, a na zaparowanej powierzchni ktoś — pasażer, dzieciak pewnie — napisał palcem:

„Jeszcze będzie dobrze”.

Otrzepałem śnieg z ramion, wyjąłem rękawiczkę z kieszeni i obejrzałem ją pod latarnią, jakby mogła powiedzieć, do kogo należy. Potem schowałem ją z powrotem i poszedłem w stronę przystanku, tam gdzie zaczynała się moja zmiana następnego dnia.

Idź do oryginalnego materiału