Ilona od trzech tygodni mieszkała u matki w Bytomiu. Staruszka złamała szyjkę kości udowej, leżała w gipsie i nie mogła sama choćby dojść do łazienki, więc córka spakowała walizkę i przeniosła się tam na czas nieokreślony. Codziennie wieczorem, koło dwudziestej pierwszej, dzwoniła do Marka. On zawsze odbierał po drugim sygnale, mówił, iż tęskni, iż liczy dni, iż bez niej mieszkanie na Zaborzu jest jak grobowiec. Ilona wierzyła. choćby nie przyszło jej do głowy, żeby wątpić — jedenaście lat małżeństwa, wspólny warsztat samochodowy przy ulicy Wolności, kredyt spłacony w zeszłym roku. Miała innych zmartwień, matka co noc jęczała przez sen.
W piątek lekarka powiedziała, iż stan się ustabilizował i można zostawić chorą na opiece sąsiadki na jeden dzień. Ilona postanowiła zrobić Markowi niespodziankę. Kupiła na Rynku w Bytomiu jego ulubiony sernik z rodzynkami z cukierni pod arkadami, wsiadła w pociąg do Zabrza i całą drogę wyobrażała sobie jego minę w progu.
W klatce schodowej pachniało świeżo malowaną balustradą — akurat tego tygodnia administracja odnawiała klatkę. Winda, jak zwykle, nie działała, więc weszła pieszo na trzecie piętro. Otworzyła drzwi swoim kluczem i od razu poczuła, iż coś jest nie tak. W przedpokoju stały czerwone czółenka, których nigdy wcześniej nie widziała. Na wieszaku wisiała cudza kurtka, pachnąca słodkimi, obcymi perfumami — czymś w rodzaju wanilii z owocami tropikalnymi, zupełnie nie tym, czego sama używała. Na parapecie w kuchni stał kubek z niedopitą, wystygłą herbatą. Radio na regale grało cicho stację, której Marek nigdy nie słuchał.
Postawiła pudełko z sernikiem na komodzie w korytarzu i podeszła do drzwi sypialni. Zza ściany dochodziło ciche, spokojne oddychanie dwóch osób. Nacisnęła klamkę powoli, żeby nie skrzypnęła — skrzypiała zawsze, kiedy pogoda się zmieniała, a dziś akurat miało padać.
W ich własnym łóżku, pod ich własną kołdrą w kratkę, leżał Marek, obejmując ramieniem młodą kobietę o farbowanych na miedziano włosach. Śpiący, spokojni, nieświadomi niczego. Ilona stała w progu może pół minuty. Z klatki schodowej dobiegał głuchy stukot — sąsiad z dołu znowu wiercił coś w ścianie, remontował łazienkę już drugi miesiąc. Ten dźwięk jakoś utkwił jej w głowie bardziej niż to, co widziała.
Cofnęła się do łazienki. Stało tam wiadro z brudną wodą po myciu balkonu — miała je wynieść przed wyjazdem, ale zapomniała. Chwyciła je oburącz, wróciła do sypialni i bez słowa wylała całą zawartość na śpiącą parę.
Krzyk, kaszel, plusk mokrej pościeli spadającej na podłogę. Marek zerwał się z łóżka, kobieta obok niego zasłaniała się poduszką, mrużąc oczy z mydlinami we włosach.
— Zwariowałaś?! — wrzasnął Marek, ocierając twarz rękawem.
Ilona nie odpowiedziała od razu. Postawiła puste wiadro na podłodze, spojrzała na zegarek — było wpół do dwunastej — i wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. W kuchni zjadła kawałek sernika prosto z pudełka, palcami, bo nie chciało jej się szukać widelca. Potem wzięła telefon i wybrała numer księgowej, pani Grażyny, która od lat prowadziła ich warsztat.
— Grażyna, to ja. Muszę wiedzieć jedno — jaki mamy dziś stan konta firmowego i czy mogę jeszcze dzisiaj zrobić przelew.
Warsztat przy Wolności był zarejestrowany na oboje, po połowie, ale to Ilona podpisywała większość umów z dostawcami części i to ona znała hasło do bankowości internetowej na pamięć — Marek zawsze mówił, iż "papierologia to nie jego bajka". Tego dnia na koncie firmowym leżało sto dwadzieścia tysięcy złotych — odłożone na nowy podnośnik i zapas opon zimowych. Ilona przelała sto tysięcy na osobne konto oszczędnościowe założone wyłącznie na jej nazwisko, jeszcze zanim wyjechała do matki, "na wszelki wypadek", jak wtedy pomyślała, sama nie wiedząc po co.
Kiedy wyszła z kuchni, Marek stał w korytarzu w suchych spodniach, blady, z ręcznikiem na szyi. Kobieta z sypialni już się ubierała, chwytając za klamkę czółenek, byle szybciej zniknąć.
— Ilona, posłuchaj, to nie jest to, co myślisz…
— To dokładnie to, co myślę. — Wzięła z komody telefon i pokazała mu ekran z potwierdzeniem przelewu. — Warsztat teraz działa na koncie, do którego ty nie masz dostępu. Jutro rano jadę do notariusza przy placu Teatralnym, żeby przygotować podział majątku. Chcę wykupić twoją połowę warsztatu za rynkową cenę, którą wyceni rzeczoznawca, a nie tę, którą ty sobie wymyślisz.
— Nie możesz tak po prostu…
— Mogę. Warsztat to spółka cywilna, oboje mamy prawo żądać rozliczenia. Adwokat, z którym rozmawiałam już w zeszłym tygodniu — bo miałam przeczucie, iż coś jest nie tak — powiedział, iż przy dowodach zdrady sąd i tak będzie patrzył na to, kto faktycznie prowadził firmę.
Marek otworzył usta, ale nic z nich nie wyszło. Kobieta w czerwonych czółenkach już trzasnęła drzwiami wejściowymi, nie żegnając się z nikim.
Ilona zabrała z szafki w przedpokoju teczkę z dokumentami warsztatu — umowę najmu lokalu, książkę serwisową podnośnika, kopie faktur za ostatni kwartał — i włożyła ją do torby obok pudełka z resztą sernika. Wychodząc, zatrzymała się przy drzwiach.
— Rzeczy spakuj do poniedziałku. Zamek w drzwiach zmienię w czwartek, ślusarz już umówiony na czternastą.
Zjechała windą, tym razem działającą, minęła świeżo pomalowaną balustradę i wyszła na ulicę Wolności, gdzie akurat zaczynał padać ten deszcz, który zapowiadały skrzypiące drzwi. W poniedziałek u notariusza Marek podpisał zgodę na wycenę i sprzedaż swojej połowy udziałów za sto sześćdziesiąt tysięcy złotych — pieniądze, które i tak nie starczyły mu na wynajęcie nowego mieszkania na dłużej niż osiem miesięcy. Ilona prowadzi warsztat sama, z panią Grażyną przy księgowości i nowym podnośnikiem, kupionym dokładnie za te sto tysięcy, które zdążyła przelać, zanim wiadro zdążyło wyschnąć.













