Zbyt późno na wybaczenie

twojacena.pl 2 godzin temu

Za późno na przebaczenie

Walentyna Nowak stała przy oknie i patrzyła, jak dozorca grabi ostatnie żółte liście. Październik tego roku był wywrotny, a liście przylepiały się do mokrego asfaltu, jakby nie chciały rozstać się z ziemią. W dłoni ściskała zmiętą karteczkę, którą godzinę temu przyniosła sąsiadka.

— Walu, jakaś kobieta do ciebie przychodziła — powiedziała Krystyna, podając jej kawałek papieru. — Mówiła, iż to pilne, ale nie mogła czekać.

Na kartce niezdarnym pismem widniały słowa: „Mama cię potrzebuje. Przyjeżdżaj szybko. Jest bardzo źle. Ania”.

Walentyna od razu poznała charakter pisma. Anna, jej młodsza siostra, zawsze pisała jak kura pazurem. W szkole nauczyciele strofowali ją za to, a ona tylko wzmawiała ramionami: „Nie będę przecież pisarką”.

— Co się stało? Jesteś blada jak ściana — zaniepokoiła się sąsiadka.

— Nic ważnego — odparła szorstko Walentyna i zamknęła drzwi.

Teraz stała z tą kartką i nie wiedziała, co robić. Matka… Ile lat minęło od ich ostatniego spotkania? Osiem? Dziesięć? Po tamtej straszliwej kłótni nie mówiły do siebie, nie widywały się. Walentyna zabroniła choćby Ani wspominać o niej, gdy ta odwiedzała matkę.

— Niech myśli, iż ma tylko jedną córkę — mówiła wtedy. — Skoro tak postanowiła, to tak musi być.

A zaczęło się od błahej sprawy. Matka chciała sprzedać dom na wsi, ten, w którym dorastały z Anią, gdzie spędziły dzieciństwo. Dom odziedziczyły po babci, a każda z sióstr miała prawo do połowy. Ale Walentyna stanowczo sprzeciwiła się sprzedaży.

— Mamo, ty w ogóle rozumiesz, co robisz? — krzyczała wtedy w kuchni ich maleńkiego mieszkania. — To nasza historia! Tam tata uprawiał warzywa, tam bawiłyśmy się z Anią w chowanego!

— Walu, nie dramatyzuj — odparła zmęczona matka. — Dom się rozpada, dach przecieka. Na remont nie ma pieniędzy, a podatki płacić trzeba. Lepiej sprzedać, póki ktoś da choć trochę.

— A mnie pieniądze nie obchodzą! — Walentyna uderzyła pięścią w stół. — Jak sprzedasz ten dom, dla mnie umrzesz!

Matka patrzyła na nią długo, smutno, w końcu szepnęła:

— No cóż, Walu. Twoja wola.

I sprzedała. Bez zgody Walentyny, załatwiając wszystko przez Anię. Pieniądze oddała młodszej córce:

— Niech sobie oszczędza na mieszkanie. Dość już tego wynajmowania.

Walentyna dowiedziała się o tym przypadkiem, spotykając w autobusie sąsiadkę ze wsi.

— O, Walusiu, wasz dom już rozebrali — oznajmiła radośnie ciocia Basia. — Nowi właściciele przekopali działkę pod ziemniaki. Mówią, iż będą budować letniskowy domek.

Tego wieczoru Walentyna pojechała do matki i powiedziała jej wszystko, co myślała. Słowa były okrutne, nieprzebaczające. Matka siedziała i płakała, a córka krzyczała i krzyczała, wylewając cały nagromadzony ból.

— Zdradziłaś mnie! Zdradziłaś pamięć taty! — łkała Walentyna. — Dla pieniędzy! Dla tej swojej Ani, która tylko umie prosić!

— Walu, przestań — szeptała matka. — Błagam cię…

— Nie chcę cię więcej znać! Słyszysz? Dla mnie ciebie nie ma!

I wyszła, zatrzaskując drzwi z taką siłą, iż zatrzęsły się szyby w oknach.

Potem miesiące milczenia. Anna próbowała pogodzić je, dzwoniła, przyjeżdżała, przekonywała.

— Walu, no ile można? Mama płacze codziennie. Mówi, iż zrobiła to dla nas, dla dzieci. Chciała, żebyśmy miały własne dach nad głową.

— Niech płacze — odpowiadała zimno Walentyna. — Powinna była wcześniej myśleć.

— No ile można?! Dom to tylko dom! A mama jest jedna!

— Nie miała prawa! — Walentyna podnosiła głos. — Rozumiesz? Nie miała prawa decydować beze mnie!

Anna obrażała się i odchodziła. A Walentyna zostawała sama ze swoją racją i bólem.

Mijały lata. Walentyna wyszła za mąż, urodziła syna Krzysia. Mąż czasem wspominał, iż może warto poznać jej rodzinę.

— Jaką rodzinę? — odpowiadała krótko. — Jestem sierotą.

Marek nie nalegał. Sam miał skomplikowane relacje rodzinne i rozumiał, iż nie wszyscy krewni przynoszą radość.

Krzyś dorastał bez babci i cioci. Gdy pytał, dlaczego nie ma babci jak inne dzieci, Walentyna mówiła, iż babcia mieszka bardzo daleko i nie może przyjechać.

— A dlaczego my do niej nie jedziemy? — dopytywał się chłopiec.

— Bo nas nie chce widzieć — odpowiadała matka i gwałtownie zmieniała temat.

Anna próbowała spotkać się z siostrzeńcem kilka razy. Czekała pod szkołą, przynosiła prezenty. Ale Walentyna zabroniła synowi kontaktów z ciotką.

— Mamo, ona jest fajna — mówił Krzyś po jednym takim spotkaniu. — Kupiła mi lody i opowiadała śmieszne historyjki.

— Nie rozmawiamy z nią więcej — stanowczo rzekła Walentyna. — To zła kobieta.

— Ale dlaczego?

— Bo tak mówię.

Chłopiec nie rozumiał, ale słuchał. A Walentyna dzwoniła do Ani i urządzała awanturę.

— Jak śmiesz podchodzić do mojego dziecka? Nie masz własnych, to cudze namawiasz?

— Walu, przecież to mój siostrzeniec! — płakała Anna. — Nie jestem mu obca!

— Jesteś! Dla nas wszyscy jesteście obcy! Zapomnij drogę do mojego syna!

I Anna przestała się pojawiać.

Teraz Walentyna patrzyła na kartkę i czuła, jak coś ściska ją w środku. Bardzo źle… Co to znaczy? Chora? A może już…

Szybko wybrała numer Anny. Telefon odebrała nie od razu.

— Halo? — głos siostry brzmiał zmęczony.

— Ania, to ja.

Cisza. Potem ciche westchnienie.

— Walu? Dostałaś wiadomość?

— Co z mamą?

— Wylew. Trzeci dzień w szpitalu. Lekarze mówią… — głos Ani zadrżał. — Mówią, iż szanse są niewielkie.

Walentynie zabrakło nóg. Osunęła się na krzesło.

— Kiedy to się stało?

— Przedwczoraj rano. Sąsiadka znalazła ją w kuchni. Dobrze, iż miałam klucze. WW szpitalnym korytarzu Walentyna przytuliła Krzysia mocno, jakby chciała w tym jednym geście wynagrodzić wszystkie stracone lata, i zrozumiała, iż przebaczenie przyszło jednak o jeden dzień za późno.

Idź do oryginalnego materiału