Zawsze w kontakcie. Historia Nadziei: od starego telefonu po rodzinny czat i własny pierwszy selfie

twojacena.pl 7 godzin temu

15 kwietnia

Poranek u pani Stanisławy Rutkowskiej zaczyna się zawsze podobnie. Czajnik na gazie, dwie łyżeczki herbaty w starym, pękatym imbryku, który przechowuje jeszcze z czasów, gdy dzieci były małe i życie wydawało się otwarte na wszystko. Kiedy woda się grzeje, włącza radio w kuchni, słucha wiadomości jednym uchem. Głosy spikerów są jej bliższe niż niejedna znajoma twarz.

Na ścianie nad stołem wiszą zegar z żółtymi wskazówkami. Czas odmierza równo, ale za to domowy telefon dzwoni coraz rzadziej. Kiedyś rozdzwaniał się wieczorami, gdy koleżanki dzwoniły pogadać o telenowelach czy ciśnieniu. Teraz koleżanki raz chorują, raz wyjeżdżają do dzieci do innych miast albo nagle już ich nie ma. Telefon tkwi w kącie, ciężki, z słuchawką, która aż przyjemnie leży w dłoni. Pani Stanisława często podnosi ją lekko, przechodząc, jakby sprawdzając, czy ten sposób kontaktu jeszcze żyje.

Dzieci dzwonią do siebie przez komórki. Ona o tym wie, bo gdy zjawiają się w domu, nie wypuszczają telefonu z ręki. Syn w połowie rozmowy potrafi nagle zamilknąć, zapatrzyć się w ekran, mruknąć: Momencik i zacząć stukać w szybkę. Wnuczka, drobna dziewczyna z długim warkoczem, praktycznie się z telefonem nie rozstaje. Tam ma koleżanki, gry, lekcje, muzykę. Wszystko tam.

Ona własny, stary telefon na przyciski dostała, kiedy pierwszy raz znalazła się w szpitalu przez ciśnienie.

Żebyśmy mogli się zawsze do ciebie dodzwonić powiedział syn.

Telefon leży w szarym etui na półce w przedpokoju. Czasem o nim zapomina, czasem zapomni go naładować. Bywa, iż tygodniami go nie używa, a jak już zadzwoni, to Stanisława często nie nadąża wcisnąć adekwatnego przycisku i potem narzeka sama na siebie.

Dziś kończyła siedemdziesiąt pięć lat. Cyfra wydawała się nie jej. W środku miała najwyżej sześćdziesiąt, może choćby pięćdziesiąt parę lat. Ale dowodu nie oszuka. Poranek minął jak zawsze: herbata, radio, krótka gimnastyka na stawy, którą pokazała jej pani z przychodni. Wyjęła z lodówki sałatkę i postawiła na stół drożdżowe ciasto. Dzieci miały przyjechać na czternastą.

Zaskakiwało ją, iż teraz sprawy rodzinne, choćby urodziny, ustala się nie przez telefon, tylko w jakimś czacie. Syn raz powiedział:

Wszystko z Kasią omawiamy w rodzinnym czacie. Pokażę ci kiedyś.

Ale jakoś nie pokazał. Słowo czat kojarzyło jej się z czymś zupełnie innym, zupełnie nie dla niej. Jakby tam, za szybą, mieszkał świat ludzi piszących do siebie zamiast mówić.

Dokładnie o czternastej pojawili się. Najpierw do przedpokoju wpadł wnuk Michał z plecakiem i słuchawkami na szyi, za nim cichutko przebiegła wnuczka Jagoda, potem syn z synową Kasią, objuczeni reklamówkami. Od razu zrobiło się gwarno, ciasno. Pachniało drożdżówką z piekarni, perfumami synowej i świeżym powietrzem.

Mamo, wszystkiego najlepszego syn przytulił ją mocno, szybko, jakby już spieszył się dalej.

Prezenty położyli na stole, kwiaty do wazonu. Jagoda od razu poprosiła o hasło do Wi-Fi. Syn skrzywił się, zaczął grzebać po kieszeniach za kartką z numerami i dyktować ciąg literek i cyferek, od których aż zakręciło się jej w głowie.

Babciu, czemu ty nie siedzisz z nami w czacie? spytał nagle Michał zdejmując buty i już kierując się do kuchni. Tam wszystkie nowości, fotki, wszystko.

Jaki tam czat machnęła ręką, przesuwając mu talerz z ciastem. Ten telefon mi wystarczy.

Mamo wtrąciła się synowa adekwatnie z tej okazji spojrzała porozumiewawczo na syna. Zobacz, mamy dla ciebie prezent.

Syn wyjął z reklamówki zgrabne pudełko. Białe, matowe, z lśniącym wzorem. Pani Stanisławie w piersiach zakłębiło się niepokojem. Już wiedziała, co tam jest.

Telefon, taki dotykowy rzekł syn, tonem lekarza stawiającego diagnozę. Taki zwyczajny, nie najdroższy, ale dobry. Jest kamera, internet, wszystko co potrzeba.

Po co mi to? starała się mówić spokojnie.

Mamo, no jak po co! Będziemy mogli rozmawiać przez wideo, masz zdjęcia, czat rodzinny, no i dzisiaj wszystko załatwia się przez internet: rejestrację u lekarza, rachunki Przecież narzekałaś na kolejki w przychodni.

Poradzę sobie i bez tego zaczęła, ale zauważyła, jak syn westchnął z rezygnacją.

Będzie nam lżej na sercu. Jakby co napiszesz do nas, któregoś zaraz chwyci, a nie będziesz szukać zielonej słuchawki w tym starym telefonie.

Uśmiechnął się, łagodząc słowa. Ale i tak zabolało. Szukać zielonej słuchawki jakby już była zupełnie nie z tej epoki.

No dobra spuściła oczy na pudełko. Skoro tak chcecie.

Pudełko otwierali razem, tak jak kiedyś otwierali prezenty dla dzieci. Z tym, iż teraz dzieci były dorosłe, a ona czuła się raczej jak uczennica na egzaminie. Ze środka wyjęli cieniutki, czarny prostokąt. Chłodny, śliski. Bez żadnego przycisku na ekranie.

Wszystko działa dotykiem tłumaczył Michał. O, patrz: przejedziesz palcem, tu się wyświetlą ikonki.

Przeciągnął palcem, ekran rozbłysnął kolorowymi znakami. Pani Stanisławie aż ścisnęło się w żołądku. Urządzenie wyglądało przebiegle, jakby za chwilę miało zażądać haseł i kodów.

Nie bój się Jagoda odezwała się niespodziewanie łagodnie. Wszystko ustawimy. Ty nic nie dotykaj bez nas, dobrze?

Te słowa zabolały najbardziej. Nic nie dotykaj bez nas. Jakby była małym dzieckiem co może rozbić wazon.

Po obiedzie cała rodzina przeniosła się do pokoju. Syn usiadł z nią na kanapie, położył telefon na kolanach.

Słuchaj, patrz zaczął. To przycisk włączania, wciskasz i przytrzymujesz. Potem pojawia się tło, blokada. Palcem przeciągasz gotowe.

Mówił bardzo szybko, w głowie wszystko się mieszało. Przyciski, tło, blokada. Obco brzmiące słowa.

Chwila, daj mi po kolei poprosiła. Bo pomieszam.

Ach nie przesadzaj, to dziecinnie proste machnął ręką.

Skinęła głową, choć czuła, iż nie nauczy się tego tak prędko. Potrzebowała czasu. Czasu by pogodzić się z tym, iż świat mieści się w tych prostokątach, a ona musi się jakoś tam dostać.

Wieczorem w telefonie były już wpisane numery dzieci, wnuków, sąsiadki pani Wandy i lekarki z przychodni. Syn zainstalował komunikator, założył jej konto, dodał do czatu rodzinnego, ustawił wielką czcionkę.

To właśnie czat, tu piszemy pokazał. Patrz, napisałem coś.

Na ekranie pojawiło się jego powitanie, zaraz potem notka od synowej: Hurra, mama z nami! Po chwili mnóstwo kolorowych buziek od Jagody.

A ja jak? zapytała. Gdzie mam napisać?

Tu, kliknij syn wskazał pole. Wyskoczy klawiatura. Napisz coś. Albo nagraj głos tu mikrofon.

Spróbowała. Palce drżały. Zamiast dziękuję wyszło dzienkuje. Syn się roześmiał, synowa też. Jagoda wysłała jeszcze kilka śmiesznych emotek.

Spokojnie wtrącił syn, widząc iż się spina. Każdy się myli, z czasem pójdzie lepiej.

Przytaknęła, ale zrobiło jej się trochę wstyd. Jakby oblała najprostszy egzamin.

Kiedy wszyscy pojechali, mieszkanie znowu ucichło. Na stole został niedojedzony placek, kwiaty w wazonie i białe pudełko. Telefon leżał obok, ekranem do stołu. Ostrożnie przekręciła go. Ekran ciemny. Wsunęła palec na bok, jak pokazywał syn. Ekran rozbłysnął delikatnym światłem. Na tapecie była rodzinna fotografia z ostatniego Bożego Narodzenia: ona bokiem, w niebieskiej sukience i z brwią uniesioną, jakby wtedy już zastanawiała się, czy dobrze czuje się w tym szeregu.

Przeciągnęła palcem, pojawiły się ikonki. Telefon, wiadomości, aparat mnóstwo rzeczy. Słyszała: nie dotykaj niczego zbędnego. Ale jak rozróżnić, co zbędne?

Odłożyła telefon na stół i poszła zmywać naczynia. Niech leży, niech się przyzwyczai do mieszkania.

Następnego dnia obudziła się wcześniej niż zwykle. Spojrzała na nowy telefon. Leżał z boku, obcy. Wczorajszy lęk trochę odszedł. Przecież to tylko przedmiot. Z mikrofalą też radziła sobie kiedyś pierwszy raz i też się bała.

Zaparzyła herbatę, usiadła przy stole z telefonem. Włączyła. Dłoń się spociła. Na ekranie znów świąteczne zdjęcie. Przeciągnęła palcem. Ikonki. Zobaczyła zieloną słuchawkę to chociaż trochę swojsko kliknęła.

Wyświetliła się lista kontaktów: syn, synowa, Jagoda, Michał, pani Wanda, lekarka. Wybrała syna. Kliknęła. Telefon zabrzęczał, na ekranie pojawiły się paseczki. Podniosła go jak zwykłą słuchawkę i czekała.

Halo usłyszała nieco zaskoczony głos syna. Mamo? Wszystko okej?

Okej poczuła w sobie dumę. Chciałam sprawdzić. Udało się.

No widzisz? Mówiłem! Super. Ale lepiej zinternetu dzwonić, przez komunikator, taniej.

A jak?

Pokażę ci później, jestem teraz w pracy.

Rozłączyła się. Serce waliło jak po szybkim marszu, ale czuła ciepło. Zadzwoniła sama, nie pytając nikogo.

Po kilku godzinach pojawiła się wiadomość w czacie rodzinnym. Telefon wypikał, ekran mrugnął. A tam: Jagoda: Babciu, jak się masz? Pod spodem pole, w które można odpisać.

Patrzyła na nie długo. W końcu nacisnęła. Pojawiła się klawiatura. Literki małe, ale do rozczytania. Próbowała powoli: W nie trafiła, wyszło e. Skasowała, spróbowała znowu. Palce nie chciały jej słuchać. Siedziała nad tym jak się masz z dziesięć minut, aż wreszcie napisała: Wszystko dobrze. Pije herbatę. W dobrze błąd, ale zostawiła. Wysłała.

Od razu od Jagody: Wow! Sama napisałaś? I serduszko.

Uśmiechnęła się. Sama. Napisała. Jej słowa pojawiły się tam, gdzie wcześniej były tylko cudze.

Wieczorem przyszła sąsiadka, pani Wanda, z słoikiem dżemu.

Słyszałam, iż młodzi podarowali ci taki jak to mądry telefon rozsiadając się przy stołku.

telefon poprawiła Stanisława. Słowo brzmiało dla niej przez cały czas zbyt nowocześnie, ale miało w sobie coś przyjemnego.

No i jak? Nie gryzie? zaśmiała się Wanda.

Na razie tylko pika. Tam wszystko inaczej. Bez przycisków.

Mój wnuk też zachęca. Mówi, bez tego nigdzie nie załatwisz. Ale ja już chyba za stara, niech oni tam siedzą w tym swoim internecie.

Za stara zadźwięczało w niej nieprzyjemnie. Sama też tak kiedyś myślała. Ale teraz obok leżało małe urządzenie, które szeptało: nie jest za późno. Można próbować.

Po dwóch dniach syn zadzwonił, iż zapisał ją do lekarza przez internet. Aż się zdziwiła.

Przez internet? zapytała.

Przez ePUAP. Wszystko teraz przez to idzie. Możesz sama spróbować, login i hasło masz na kartce w szufladzie pod telefonem.

Otworzyła szufladę rzeczywiście, leżała złożona kartka z cyferkami i literami. Wzięła ją jak receptę. Wszystko przekreślone, ale jak się użyć nie wiadomo.

Następnego dnia odważyła się. Włączyła telefon, znalazła ikonkę przeglądarki, kliknęła. Pojawiło się białe okienko i pasek u góry. Wolno wpisała adres, odczytywała z kartki. Za każdym razem palec zawisł, raz się pomyliła. Wreszcie się udało. Paski niebiesko-białe, jakieś przyciski.

Wpisz login czytała na głos. Hasło.

Login poszedł jakoś, z hasłem gorzej. Tam litery, tam cyfry. Klawiatura na ekranie pojawiała się i znikała. Naraz kliknęła za daleko wszystko się wyczyściło. Złość aż przyszła niespodziewanie.

W końcu odłożyła telefon, sięgnęła po stacjonarną słuchawkę. Zadzwoniła do syna.

Nie dam rady, te wasze hasła to tortura.

Mamo, spokojnie. Wieczorem przyjadę i pokażę jeszcze raz.

Ty cały czas przyjeżdżasz i pokazujesz, a potem znowu jestem sama powiedziała, sama zdziwiona tą uwagą.

Na chwilę zapadła cisza.

Rozumiem odparł po chwili syn. Przyjadę z Michałem, on ci spokojniej wszystko pokaże. Jest w tym dużo lepszy ode mnie.

Zgodziła się. Ale po odłożeniu słuchawki czuła się ciężko. Jakby bez nich była zupełnie bezradna. Jakby była ciężarem wymagającym nieustannego tłumaczenia.

Wieczorem przyszedł Michał. Zdjął adidasy, usiadł obok niej na kanapie.

No, babciu, pokaż o co chodzi.

Otworzyła stronę, pokazała.

To wszystko skomplikowane. Boję się coś popsuć.

Nie da się wzruszył ramionami. W najgorszym razie wylogujesz się. Zalogujemy znów.

Mówił szybko, ale nie nerwowo. Palce latały po ekranie jak po klawiaturze. Tłumaczył, co gdzie kliknąć, jak przełączyć język, gdzie sprawdzić wizyty.

O, tu masz swoją wizytę. Jakbyś jednak nie mogła przyjść tu odwołasz. Wystarczy kliknąć.

A jak omyłkowo anuluję?

To zarejestrujesz się jeszcze raz. To nic takiego.

Kiwnęła głową. Dla niego to nic. Dla niej cała historia.

Kiedy wyszedł, długo jeszcze siedziała z telefonem w ręku. Zdawało jej się, iż ekran nieustannie ją sprawdza. Tu login, tu hasło, tu błąd połączenia. Dawniej człowiek gdzie zadzwonił, tam załatwił teraz każą wszystko klikać i czytać.

Tydzień później przeżyła przygodę z wizytą lekarską. Obudziła się słaba, z ciężarem w głowie. Ciśnienie skakało. Przypomniała sobie, iż pojutrze ma przyjęcie u lekarza. Postanowiła sprawdzić godzinę. Włączyła komórkę, weszła na stronę, odszukała sekcję wizyt nie zauważyła swojego nazwiska.

Serce zamarło. Przewijała w górę, w dół. Nic. Przecież wczoraj nic nie klikała a może? Wieczorem próbowała sprawdzić jak się odwołuje, żeby na przyszłość wiedzieć. Może skasowała przypadkiem.

Myśli wirowały. Bez rejestracji pozostaje kolejka w przychodni duszno, dużo ludzi, kaszlących. A i tak źle się czuła. Lęk podszedł do gardła.

Pierwszy odruch: zadzwonić do syna. Ale mówił, iż ma istotny tydzień w pracy. Wyobraziła sobie, jak kręci głową i tłumaczy: Przepraszam, mama znowu z telefonem. Wstyd.

Wzięła się w garść. Posiedziała cicho, pooddychała. Przypomniała o Michale ale on na uczelni, nie chciała znów nikogo ściągać jako ratunek.

Spojrzała na telefon. Mały czarny prostokąt i źródło kłopotu, i potencjalne rozwiązanie. Otworzyła stronę, zalogowała się. Palce drżały, ale starała się nie pomylić.

W zakładce wizyt pusto. Więc rzeczywiście wycofała wizytę. Zamknęła oczy, wzięła kilka oddechów i kliknęła Rejestracja na wizytę. Pojawiła się lista lekarzy. Wybrała lekarza rodzinnego. Potem datę. Najwcześniej za trzy dni. Nacisnęła potwierdź i czekała.

Ekran pomyślał i wyświetlił napis: Zarejestrowano. Pod spodem jej dane, data, godzina. Czytała parę razy, by sprawdzić, czy nie pomyliła się gdzieś. Od razu poczuła się lżej. Zrobiła to sama. Bez pomocy.

Żeby się upewnić, podjęła kolejny krok. Otworzyła komunikator, odnalazła czat z lekarką rodzinną, którą syn dodał do kontaktów. Długo się wahała, potem nacisnęła mikrofon.

Dzień dobry, tu Stanisława Rutkowska. Mam kłopot z ciśnieniem. Zarejestrowałam się na wizytę przez internet, na pojutrze rano. Proszę popatrzeć, jeżeli coś się da.

Wysłała. Po chwili telefon wypikał. Odpowiedź przyszła tekstem: OK, widzę panią w systemie. Jak się pogorszy proszę zaraz dzwonić.

Uspokoiła się. Wizyta zarejestrowana, lekarka wie. I wszystko przez ten ekran.

Wieczorem napisała w czacie rodzinnym: Zarejestrowałam się sama u lekarza przez internet. Znowu był błąd w jednym słowie, ale zostawiła. istotny jest sens.

Pierwsza odpisała Jagoda: Babciu, jesteś lepsza ode mnie! Zaraz potem synowa: Mamo, brawo. Jestem dumna. Syn w końcu: Widzisz, mówiłem, iż się uda.

Czytała i poczuła, jak coś w niej się uspokaja, prostuje. choćby jeżeli w tych szybkich wiadomościach i memach poruszała się jeszcze niezdarnie, pojawiła się między nimi i nią nici kontaktu. Może cienkie, ale mocne.

Po wizycie u lekarza pomyślała, iż czas umieć coś więcej. Jagoda wspominała, iż z koleżankami wymieniają się zdjęciami jedzenia, kotów i innych głupotek. Czuła się z tym trochę śmiesznie, trochę głupio, trochę zazdrościła bo one tworzą wspólny obraz dnia, a u niej tylko radio i widok z okna.

W słoneczny dzień, gdy na parapecie w słoikach wyciągały się sadzonki, wzięła do ręki telefon i uruchomiła aparat. Na ekranie pojawiła się jej kuchnia. Przesunęła telefon bliżej słoików. Kliknęła koło z dołu. Ciche kliknięcie.

Zdjęcie wyszło trochę rozmazane, ale całkiem niezłe. Widać było zielone listki i smużkę słońca. Przypominały jej samej siebie z tym telefonem. Obydwie uczą się wychodzić do światła.

Otworzyła czat rodzinny i wstawiła zdjęcie. Myślała, co napisać. W końcu: Rosną moje pomidory. Wysłała.

Odpowiedzi sypały się po chwili. Jagoda wrzuciła zdjęcie pokoju ze stertą książek. Synowa talerz sałatki z komentarzem: Uczę się od ciebie. Syn selfie w biurze z podpisem: U mamy pomidory, u mnie raporty. Kto ma lepiej?

Zaśmiała się. Kuchnia wydała się pełniejsza, jakby ktoś siedział z nią, każdy gdzie indziej, ale blisko.

Oczywiście, szło różnie. Raz przez pomyłkę wysłała do wszystkich nagranie, kiedy chciała tylko poćwiczyć wysyłanie głosu. Na nagraniu zrzędziła na telewizor i komentowała wiadomości. Wnuki śmiały się, syn napisał: Mama, prowadź własny program! Było jej trochę głupio, a potem śmiała się razem z nimi. Przynajmniej prawdziwy głos.

Bywało, iż pomyliła czaty i napisała do wszystkich, zamiast do Jagody. Raz zapytała publicznie, jak usunąć zdjęcie. Odpowiedzi: dokładna instrukcja od Michała, też nie wiem od Jagody i śmieszny obrazek od synowej: Mamo, jesteś naszą postępową!

Wciąż się gubiła w przyciskach. Bała się aktualizacji, o których telefon co chwila przypominał. Zaktualizuj system brzmiało podejrzanie. Jakby nagle wszystko poprzesuwali, gdy już jako tako się ogarnęła.

Ale z każdym dniem strach malał. Zauważyła, iż sama umie sprawdzić rozkład autobusów, pogodę nie tylko z radia, ale i z ekranu. Kiedyś znalazła w internecie przepis na taki placek, jaki piekła jej mama. Długo szukała, ale kiedy odnalazła znajome składniki, aż zakręciło się jej w oczach.

Nie pisała o tym. Po prostu upiekła ciasto i wrzuciła do czatu zdjęcie. Podpisała: Przypomniałam sobie, jak robiła babcia. W odpowiedzi serduszka, wykrzyknienia i prośba o przepis. Zrobiła zdjęcie kartki z przepisem i posłała dalej.

W pewnej chwili złapała się na tym, iż coraz rzadziej spogląda na stary telefon wiszący na ścianie. przez cały czas tam jest ale nie jest już jedynym sznurem do świata. Teraz ma drugi, niewidoczny, ale trwały.

Któregoś wieczoru, gdy za oknem szarzało, a w oknach naprzeciwko zaczęły rozbłyskać światła, siedziała w fotelu z telefonem i czytała czat rodzinny. Zdjęcia z pracy syna, selfie Jagody z koleżankami, żarty od Michała, wiadomości od synowej. I pośród tych wiadomości jej bardziej pewne: zdjęcia pomidorów, nagranie z przepisem, pytanie o leki.

Zrozumiała, iż już nie jest tylko obserwatorem zza szyby. Może nie zna połowy emotek i skrótów, które używają wnuki. Ale jej odpowiedzi są czytane. Na jej pytania ktoś odpisuje. Zdjęcia dostają polubienia tak to określa Jagoda.

Telefon cicho zapiszczał. Nowa wiadomość. Od Jagody: Babciu, jutro sprawdzian z matmy. Mogę zadzwonić i ponarzekać?

Uśmiechnęła się. Odpisała powoli, starannie: Zadzwoń zawsze. Ja słucham. I wysłała.

Odłożyła telefon obok kubka z herbatą. W pokoju było cicho, ale już nie pusto. Gdzieś tam, piętro wyżej, dalej, czekały telefoniczne słowa i wiadomości. Nie stała się częścią wielkomłodzieżowego świata, jak to mawiał Michał, ale znalazła własny kąt w tym świecie ekranów.

Dopiła herbatę, podniosła się, zgasiła światło w kuchni i wychodząc do pokoju, zerknęła jeszcze na telefon. Leżał spokojnie, czarny prostokąt. Wiedziała, iż zawsze może go dotknąć i wyciągnąć rękę do własnych bliskich.

I to, teraz, wystarcza.

Zrozumiałem dzisiaj, iż można nauczyć się nowego, choćby jeżeli wydaje się to niemożliwe. Trzeba tylko nie bać się błędów i nie wstydzić się pytać. I choć świat galopuje naprzód, czułość i obecność przez cały czas są na wyciągnięcie ręki czasem wystarczy jeden dotyk ekranu.

Idź do oryginalnego materiału