„Zatrzymamy się u Ciebie na jakiś czas, bo nie stać nas na wynajem mieszkania!” – powiedziała mi moj…

polregion.pl 2 godzin temu

Zamieszkamy u ciebie na trochę, bo nie mamy ani grosza na nowe lokum! wyznała mi moja przyjaciółka.

Jestem kobietą energiczną, mimo iż mam już 65 lat, w moich snach podróżuję po dziwnych miejscach, gdzie spotykam postaci o twarzach znajomych, a równocześnie obcych. Lubię wracać myślami do dawnych wakacji wtedy wszystko wydawało się możliwe! Pociągi do Gdańska odjeżdżały z chmur, jeziora na Mazurach rozlewały się pod nogami, a namiot mógł rozbić się choćby w sercu Krakowa. Tyle przygód za kilka złotych! Złote monety śmiały się na dnie portfela, a świat był rozległy jak żytni łan.

To wszystko zniknęło, jak ślady stóp na plaży w Sopocie. Lubiłam poznawać ludzi na rozgrzanych piaskach Bałtyku, w miękkich fotelach Teatru Wielkiego. Kilkoro z nich towarzyszyło mi jeszcze latami ich twarze pojawiały się w snach, blakłe, ale bliskie.

Jeden z tych snów przywiódł mi Sarę mieszkałyśmy kiedyś w tym samym pensjonacie w Zakopanem. Wieczorami słuchałyśmy wiatru grającego na dachach, a rano gawędziłyśmy jak stare sąsiadki. Później rozeszłyśmy się, ale czasem dostawałam od niej list w kopercie z górskimi stokami słowa ślizgały się jak jabłka po stole.

Aż nagle, któregoś nie-do-końca rzeczywistego wieczoru, otrzymałam telegram bez podpisu: Trzecia w nocy. Pociąg. Spotkaj się ze mną!. Zawiły jak ślady we śnie. Oczywiście nie poszliśmy z mężem nigdzie nie wiedzieliśmy, kto śnił ten telegram.

Cztery rano szarówka, kiedy dzwonek do drzwi dźwięczy jak dzwon na hejnał. Otwieram na progu Sara, dwie dziewczynki z warkoczami, brodata babcia w ciepłym swetrze, mężczyzna jakby z obrazka, wszyscy z walizkami większymi niż marzenia. Mój mąż podał im herbatę trzymając się kurczowo kubka. Sara stwierdziła:

Czemu się z nami nie spotkałaś? Przecież wysłałam telegram! W ogóle nie było łatwo go nadać kosztował mnie całe dwadzieścia złotych!
Ale przecież nie wiedzieliśmy, kto go wysłał!
Sama dałaś mi adres oto jestem.
Myślałam, iż będziemy do siebie pisać, tylko tyle!

Sara wyjaśniła, iż jedna z dziewczynek właśnie skończyła liceum i zamierza studiować na Uniwersytecie Warszawskim, a cała rodzina przyjechała jej towarzyszyć. Trzymają się razem jak pierogi w garnku.

Zostaniemy u ciebie! Nie mamy złotówki na wynajem ani na hotel ogłosiła jakby odgłosem stłumionej trąbki.

Byłam tak zaskoczona, jak ściana, w którą nagle wyrasta drzwi. Nic nas nie łączyło prócz paru listów i krótkiego pensjonatowego lata. Zaczęły się moje dni jako nocnej kelnerki trzy razy dziennie posiłki, bo oni przynieśli tylko kawałek chleba i przetwory wszystko inne znikało w ich ustach jak śnieg w maju, a gotować musiałam ja.

Po trzech dniach obudziłam się ze snu tej gościnności, poprosiłam Sarę i całą zjawiskową rodzinę, by opuścili mój dom. Nie dbałam, dokąd powędrują w nocne ulice miasta. Sara zaś eksplodowała: tłukła talerze, wyła jak syrena na Wisłę.

Stojąc patrzyłam, jak z pogranicza jawy pakują swoje rzeczy, a przy okazji zniknął mój pachnący szlafrok, kilka ręczników i zdumiewające wielki garnek do bigosu. Nikt nie widział, jak go wynieśli, a rano w szafce hulał już pusty wiatr.

I tak we śnie kończyłam tę znajomość. Bogu dzięki ten rozdział się domknął. Sara rozmyła się w mgle, nigdy już nie spotkałam jej ani w listach, ani we śnie. Jak można być tak bezwstydnym? Dziś z większym dystansem patrzę na obcych i nie otwieram drzwi każdej postaci, która pojawia się w moim dziwacznym, polskim śnie.

Idź do oryginalnego materiału