Gdy miałem szesnaście lat, jeszcze uczęszczając do szkoły średniej w naszym małym polskim miasteczku, dowiedziałem się, iż zostanę ojcem. To była prawdziwa sensacja ludzie pokazywali mnie palcami, a moi rodzice wstydzili się tak bardzo, iż nie wiedzieli, gdzie się schować. Ojciec choćby nie chciał spojrzeć mi w oczy. Lepiej byś nie wracał do domu, niż robić taki wstyd rodzinie! krzyczał. Jedź do babci, nie mogę tego dłużej znosić.
Wyjechałem więc do babci, do sąsiedniej wsi, gdzie mieszkała w starym, drewnianym domu na końcu ulicy. Było tam zimno i raczej nieprzytulnie, jednak nie miałem wyboru. Najtrudniej było w ostatnich tygodniach przed narodzinami dziecka nikt nie pomagał, nikt nie wspierał. Gdy nadszedł dzień porodu, ledwo się doczekaliśmy przyjazdu pogotowia. Ale udało mi się zostałem ojcem i wychowywałem syna w babcinym domu, sam. Wszyscy dookoła powtarzali, żebym szukał sobie żony, ale ja nie chciałem. Pracowałem i żyłem tylko dla syna. Kiedy mój Dawid (bo tak miał na imię) dorósł i wyjechał do dużego miasta na studia, ja również zdecydowałem się pojechać „za chlebem” do Włoch.
Nie chciałem wyjeżdżać wcześniej, serce nie pozwalało zostawić dziecka. Praca za granicą wydawała się luksusem w porównaniu z życiem na wsi. Opiekowałem się starszą, sympatyczną panią, która szanowała mnie i często dawała mi dodatkowe 100200 euro (to było wtedy sporo jakieś 400800 zł) jako podziękowanie. Dzięki tym pieniądzom w ciągu kilku lat udało mi się kupić Dawidowi skromną kawalerkę i zapewnić mu spokojny start. Jednak zauważyłem, iż pieniądze negatywnie wpłynęły na charakter Dawida przestał choćby odwiedzać babcię. Bolało mnie to, ale przez cały czas co miesiąc wysyłałem mu 500 euro (około 2000 zł), a resztę odkładałem dla siebie, bo nie zamierzałem wracać do starej rudery.
Mijały lata i Dawid oznajmił mi, iż się żeni. Oczywiście zapłaciłem za wesele i pomogłem z zakupem wszystkiego, co potrzebne. Myślałem, iż teraz wreszcie zacznę oszczędzać dla siebie. Jednak przez pięć lat urodziło im się dwoje dzieci, a kiedy w kraju zaczęły się niepokoje, synowa spodziewała się trzeciego. Pomagałem finansowo, ile mogłem. Mimo wszystko udało mi się odłożyć 90 tys. zł (około 20 tys. euro) na wymarzoną kawalerkę. Koleżanka akurat sprzedawała wyremontowane mieszkanie, więc byłem zadowolony, iż w końcu będę miał własny kąt.
Latem wróciłem do Polski, żeby załatwić formalności u notariusza. I wtedy Dawid zaskoczył mnie wiadomością: Tato, sprzedaliśmy nasze mieszkanie i kupiliśmy dom. Już daliśmy zaliczkę, ale teraz musisz dopłacić drugą część 80 tys. zł (około 18 tys. euro). Jak to? Przecież zbierałem na swoje mieszkanie! powiedziałem, zdziwiony i zły. Zrozum, z trójką dzieci nie damy rady żyć w kawalerce, przecież wiesz. Liczyliśmy na twoją pomoc. A dlaczego sam nie odkładałeś? choćby mnie wcześniej nie uprzedziłeś! Nie dam ci całej sumy, mogę trochę pomóc później, ale teraz muszę zadbać również o siebie. Tato, niech ci nie będzie wszystko jedno, jak będą mieszkały twoje wnuki! Nie jest mi wszystko jedno. Przez lata wysyłałem wam 2 tysiące złotych co miesiąc, mogliście odkładać, ile się dało. Zresztą ja też muszę gdzieś mieszkać, gdybym musiał nagle wrócić do Polski, albo gdybym zachorował. Możesz zamieszkać na wsi, z babcią! To ty z dziećmi tam się przeprowadź, jeżeli uważasz, iż to takie proste!
Postanowiłem być stanowczy nie oddałem mu swoich oszczędności. Nie mogę po raz kolejny zrezygnować ze swojego mieszkania. Dawid się bardzo obraził i przestał się do mnie odzywać. Słyszałem potem, iż pożyczył pieniądze od kogo tylko się dało. Ale czy ja naprawdę musiałem dawać mu wszystko? Ile razy można poświęcać całe życie dla innych, zapominając o sobie? Nauczyłem się, iż dobroć i pomoc nie mogą oznaczać oddania całego siebie. Trzeba czasem pomyśleć też o sobie, choćby jeżeli to trudne.











