Zamiast dwunastu tysięcy złotych za chemię, siedemset za suplementy

newsempire24.com 2 tygodni temu

Redaktor Wiesław Motyka policzył to dopiero po pogrzebie żony. Siadł do laptopa w kuchni na Bielanach, otworzył plik z fakturami i zaczął dodawać kolumny: preparaty ziołowe, "terapia oczyszczająca", konsultacje u kogoś, kto nazywał siebie "naturopatą onkologicznym". Siedemset trzydzieści złotych miesięcznie przez czternaście miesięcy. Obok — odrzucona propozycja szpitala na Banacha: cykl chemioterapii, który dawał Grażynie realną szansę. Wiesław ją odwiózł na tę jedną konsultację i sam ją odwiózł z powrotem, mówiąc, iż "system chce ją zatruć".

Grażyna zmarła w marcu, w czwartek, dwa dni po tym, jak przestała wstawać z łóżka. Miała pięćdziesiąt jeden lat. Prowadziła portal poświęcony "medycynie naturalnej", ten sam, w którym Wiesław publikował teksty kwestionujące szczepionki i onkologię konwencjonalną — nazywał to "przebudzeniem". Po jej śmierci napisał na Facebooku długi post. Nie było w nim zdjęcia z wesela ani wspomnienia o tym, jak parzyła kawę. Było za to zdanie: "odeszła, bo do końca wierzyła w naturę, a nie w truciznę, którą nazywają leczeniem".

Dwa dni później zadzwoniła do mnie sąsiadka z klatki, Basia, która pracuje jako pielęgniarka na onkologii w szpitalu na Woli. Powiedziała, iż czyta ten post i ręce jej się trzęsą — dosłownie, bo akurat robiła zastrzyk i musiała przerwać. Zapytała, czy widziałam. Nie widziałam. Zobaczyłam dopiero wieczorem, kiedy wróciłam z targu przy Wolskiej z workiem jabłek, które teraz gniły w lodówce, bo nie miałam głowy do jedzenia.

Jestem farmaceutką, pracuję w aptece na rogu, dwie przecznice od dawnego mieszkania Motyków. Grażyna kupowała u mnie tabletki na nadciśnienie jeszcze przed diagnozą, zawsze pytała o cenę zamienników, bo emerytura teściowej, którą wspierali, nie była duża. Znałam ją z widzenia, nie z bliska. Ale kiedy przyszła do apteki ostatni raz, siedem miesięcy przed śmiercią, zapytała mnie szeptem — nie chciała, żeby usłyszał ją mąż czekający w samochodzie pod oknem — czy jest coś, co mogłabym jej polecić "normalnego, na ból". Powiedziałam, iż powinna wrócić do onkologa. Skinęła głową i kupiła tylko witaminę C.

Post Wiesława rozeszła się po lokalnych grupach szybciej niż plotka o remoncie chodnika na Kasprzaka. W komentarzach ludzie pisali kondolencje, ale znalazł się i taki, który napisał wprost: pochowałeś żonę, którą sam odwiodłeś od leczenia, a teraz robisz z tego manifest. Autor tego komentarza, jak się okazało, był biochemikiem z Instytutu Onkologii, doktorem habilitowanym — podpisał się pełnym tytułem i afiliacją. Dziennikarka portalu lokalnego, pisząca o całej sprawie, zacytowała inny, krótszy komentarz jakiegoś znajomego rodziny, a ten obszerny, merytoryczny — pominęła całkowicie. Kiedy zapytałam ją później na wspólnym evencie charytatywnym, dlaczego, wzruszyła ramionami i powiedziała, iż "nie chciała robić z tego wojny naukowej". Wojna już trwała od dawna, tylko nikt nie chciał tego nazwać po imieniu.

Wiesław nie zniknął z sieci po krytyce. Przeciwnie — nagrał wideo, w którym powiedział, iż atakują go "ci sami, którzy zabili jego żonę systemem". W tym samym tygodniu zaczął zbiórkę na "kontynuację misji Grażyny" — fundusz na rozwój portalu. Zebrał jedenaście tysięcy złotych w dziesięć dni.

Teściowa Grażyny, pani Zofia, mieszkała piętro niżej w tej samej kamienicy przy Górczewskiej. Miała siedemdziesiąt osiem lat, chore kolana i klucz do mieszkania syna, bo od lat pilnowała kwiatów, kiedy wyjeżdżali. Ja spotkałam ją przypadkiem na klatce, kiedy przyniosłam jej receptę zrealizowaną poza kolejnością — apteka robi to dla starszych sąsiadów z bloku, to nie jest żadna łaska, po prostu praktyka. Zofia trzymała w ręku zeszyt w kratkę, taki szkolny, i powiedziała, iż zapisuje w nim wszystko, co synowa mówiła jej przez telefon w ostatnich tygodniach. Nie pokazała mi go. Powiedziała tylko, iż w środku jest zdanie: "gdybym mogła cofnąć czas, poszłabym na tę chemię, tylko już się bałam się przyznać".

Miesiąc po zbiórce Zofia poszła do notariusza przy Wolskiej. Miała pełnomocnictwo do konta bankowego syna założone jeszcze za życia Grażyny — na wypadek, gdyby coś się działo z opieką nad wnukami, dwunastoletnim Kubą i dziewięcioletnią Zosią. Wiesław o tym pełnomocnictwie zapomniał albo nigdy nie czytał dokumentu do końca. Zofia przyszła z zeszytem, z receptami, które przez rok kupowała synowej za własne pieniądze, kiedy syn wydawał je na suplementy, i z wydrukiem zbiórki internetowej. Notariusz, który znał sprawę z lokalnych wiadomości, zasugerował, żeby najpierw porozmawiała z prawnikiem od spraw rodzinnych — i tak zrobiła, tydzień później, w kancelarii dwie ulice dalej.

Efekt był prosty i nieefektowny, bez krzyku i bez sceny na klatce schodowej. Zofia zamknęła wspólne konto oszczędnościowe, które przez lata prowadziła razem z synem na "fundusz wnuków" — trzydzieści osiem tysięcy złotych, odkładane głównie przez nią, z emerytury i sprzedaży działki po mężu. Przelała całość na osobne konto powiernicze, założone na Kubę i Zosię, z dostępem dopiero po osiemnastych urodzinach każdego z nich. Zabrała ze sobą dokumenty w szarej teczce, tej samej, w której trzymała papiery po mężu, i zaniosła kopię do szkoły dzieci, żeby to babcia, a nie ojciec, figurowała jako osoba kontaktowa w sprawach finansowych stypendium obiadowego — bo Wiesław zalegał już dwa miesiące z opłatą za stołówkę, pieniądze poszły na zbiórkę.

Widziałam Wiesława tydzień później na Górczewskiej, stał przed drzwiami mieszkania matki, dzwonił telefonem, bo nie miał już klucza — Zofia zmieniła zamek w swoim mieszkaniu, kiedy się dowiedziała, iż próbował wejść pod jej nieobecność po stare dokumenty. Stał tam z dziećmi, Kuba trzymał plecak szkolny, Zosia jadła bułkę kupioną w sklepie na rogu. Nikt nie otworzył. Po chwili zszedł do samochodu, dzieci wsadził na tylne siedzenie i odjechał w stronę Bemowa. Nie wiem, co powiedział córce i synowi tego wieczoru. Wiem tylko, iż w aptece przyszła po niego następnego dnia babcia — nie on — po syrop na kaszel dla Zosi, i zapłaciła gotówką z portmonetki, w której miała jeszcze bilet na tramwaj z datą sprzed dwóch dni.

Idź do oryginalnego materiału