Zwykle ludzie w podeszłym wieku uwielbiają swoje wnuki niemal bezgranicznie. Dla nich to nie tylko euforia – to skarb, ostatnie promienie słońca w zmierzchu ich gasnącego życia. Moja żona i ja, przyznam się, też tak kiedyś myśleliśmy. Gdy na świat przyszła nasza pierwsza wnuczka, cały nasz świat zadrżał od szczęścia – niczym grom z jasnego nieba, tak olśniewający, tak upragniony.
Wtedy promienieliśmy, jakby ktoś zapalił w nas wewnętrzne światło. Wydawało się, iż starość cofnęła się w cień, iż czas zawrócił swój bieg. Zostać dziadkami w wieku 55 lat – ani za wcześnie, ani za późno, prawda? Byliśmy w siódmym niebie, rozpieszczając tę dziewczynkę, jakby była najcenniejszym klejnotem, i nieustannie błagając naszą córkę, by przyjeżdżała z nią do nas. Każda jej wizyta była świętem, a jej śmiech – melodią, która wypełniała pustkę, o której choćby nie zdawaliśmy sobie sprawy.
Lata mijały. Nasza wnuczka wyrosła na niezależną młodą dziewczynę. Często przyjeżdżała do nas, do starego domu na skraju Puszczy Białowieskiej – w weekendy, na wakacje, kiedy tylko mogła. My, Jan i Helena, nie mieliśmy jej dość; była naszą dumą, naszym skarbem. Potem nasza córka, Katarzyna, urodziła drugie dziecko – chłopca. Cieszyliśmy się jak dzieci: kolejny powód do radości, kolejny łącznik z przyszłością. Wszystko szło gładko, jak po maśle.
Ale Katarzyna zdecydowała się na trzecią ciążę, a los zrzucił na nas bombę – bliźnięta, dwóch kolejnych wnuków. Ja, Jan, pomyślałem wtedy: „No, teraz nasz ród na pewno nie zginie. Jest komu przekazać nazwisko.” Cztery wnuki – to nie przelewki. Najstarsza, Zofia, była już niemal dorosła i rzadko zaglądała do naszego leśnego azylu. Ale średni, Michał, i najmłodsi, Kuba i Franek, byli w podobnym wieku, więc Katarzyna przywoziła ich wszystkich naraz, jak huragan.
Przez jakiś czas wszystko było w porządku – dopóki nie stało się nie do zniesienia. Ostatnio z Heleną czuliśmy, jak siły nas opuszczają, jakby życie wyciekało z nas kropla po kropli. Wnuki przestały ograniczać się do weekendów; wpadały w środku tygodnia, bez zapowiedzi, jak burza zrywająca dach nad głową. Katarzyna i jej mąż uznali chyba, iż jesteśmy ich wiecznymi opiekunami, gotowymi rzucić wszystko, by ujarzmić ich hałaśliwą zgraję. Nikt nie pytał, czy tego chcemy, czy jesteśmy zmęczeni, czy mamy prawo do własnego życia.
I wtedy nadszedł ten przeklęty czwartek. Wyjrzałem przez okno naszego rozpadającego się domu, stojącego na wzgórzu nad zamglonym lasem, i zobaczyłem Katarzynę maszerującą ścieżką w górę. Za nią ciągnęła się jej rozkrzyczana banda – czwórka dzieci, od wysokiej Zofii po wrzeszczące bliźnięta, obładowani torbami, zabawkami i Bóg wie czym jeszcze. Odwróciłem się do Heleny, która mieszała zupę na piecu, i syknąłem: „Idą.” Odkładając łyżkę, spojrzała na mnie oczami pełnymi cichej udręki, i bez słowa podjęliśmy decyzję. Decyzję, którą niektórzy mogliby nazwać bezduszną, może choćby potworną. Postanowiliśmy udawać, iż nas nie ma.
Zgasziliśmy światła, zasunęliśmy ciężkie zasłony i skuliliśmy się w mroku, jak partyzanci ukrywający się przed wrogiem. Walili w drzwi – najpierw nieśmiało, potem coraz natarczywiej. Zofia krzyknęła: „Dziadku! Babciu! Gdzie jesteście?!” Bliźnięta popłakiwały, Katarzyna mruczała coś pod nosem. Stałem przy oknie, przyciśnięty do ściany, zerkałem przez szparę w zasłonie, jak kręcą się na ganku. Serce waliło mi jak młotem – nie ze strachu, ale z dziwnej mieszanki wyrzutów sumienia i ulgi. Po dwudziestu minutach męki odpuścili i odeszli. Patrzyłem, jak ich sylwetki rozpływają się w wieczornej mgle, słuchałem, jak ich głosy cichną w szumie lasu. Dopiero wtedy z Heleną odważyliśmy się odetchnąć.
Może ktoś nas potępi. Rzuci: „Jak mogliście? To wasze wnuki, wasza krew!” Ale ja odparuję: wszystko ma swoje granice. Z Heleną nie jesteśmy już młodzi – mamy ponad sześćdziesiąt lat, i zasługujemy na spokój, na ciszę, na odrobinę własnego życia. Cztery wnuki to nie tylko szczęście; to brzemię, które czasem przygniata tak, iż brak tchu. Kochamy ich, ale czy naprawdę musimy być ich dozorcami na wieczność? Czy nie należy nam się choć chwila wytchnienia?
Od tamtego dnia żyjemy w napięciu. Gdy widzimy samochód Katarzyny na horyzoncie albo słyszymy dziecięcy harmider przy furtce, gasimy lampy i chowamy się. Czasem Helena szepcze: „Może robimy źle?” Milczę. Bo wiem: jeżeli nie teraz, to kiedy? Kiedy będziemy żyć dla siebie? Czas ucieka jak piasek przez palce, a ja nie chcę, by наша starość utonęła w zgiełku i zamęcie. Niech nazywają nas egoistami. Niech będzie. To nasz dom, nasza twierdza, i zamkniemy jej wrota, kiedy tylko zechcemy.
Tak żyjemy teraz – w półcieniu, w półsekrecie, rozdarci między miłością do tych dzieci a rozpaczliwą tęsknotą za wolnością. Każdy stukot w drzwi sprawia, iż zamieramy, jakbyśmy nie byli zwykłymi staruszkami, ale bohaterami mrocznej sztuki, gdzie główną walką jest bój o utracony spokój. I może w tej przytłaczającej ciszy odnajdziemy siebie – tych, którymi kiedyś byliśmy, zanim obowiązki pogrzebały nas żywcem.