Zacząć od Zera: Nowe Życie i Nieoczekiwane Wydarzenia

newsempire24.com 4 godzin temu

15 listopada 2025 Dzień, którego nie chciałem zaczynać.

Cisza w mieszkaniu była tak gęsta, iż najpierw nie zdałem sobie sprawy, co mnie obudziło. Żaden budzik, żaden szum z kuchni, nie słychać było kapania kranu w łazience. Jedynie monotonne brzęczenie lodówki przy ścianie i odległy pomruk miasta za oknem. Leżałem i wsłuchiwałem się w ten pusty dźwięk. Wczoraj ten dom był pełen życia: skrzypiąca podłoga pod szybkim krokiem Jadwigi, szelest kartek książki, którą czytała w fikuśnym fotelu, a choćby irytujący trzask pazurków kota Mruczka na tapecie kanapy. Teraz kot odjechał razem z nią, a kanapa stała pusta i obca.

Pierwszą, najpierw zachodnią myślą było chwycenie telefonu i napisanie: Spotkajmy się w knajpie, natychmiast! Tam, przy kieliszku whisky, wylać na przyjaciół całą swoją żal, gorycz i gniew. Opowiedzieć, jaka jest Jadwiga Nie. Zakazałem sobie choćby myśleć o tym. Drugi, niższy impuls podpowiadał, by znaleźć kogokolwiek, choćby na jedną noc, by wypełnić tę rozstępującą się pustkę. Łatwe, kuszące samounicestwienie.

Zamiast tego wstałem, poszedłem do kuchni i włączyłem czajnik. Gdy woda zaczęła wrzeć, mój wzrok spoczął na półce w przedpokoju, gdzie leżał jeszcze jej ulubiony wełniany szal. Topór w głowie nagle przypomniałem sobie artykuł, który przeczytałem tydzień temu, w szczycie rozpaczy.

No więc, człowieku, czas wyciągnąć topór pomyślałem sobie pod nosem.

Zacząłem od małych rzeczy. Zebrałem wszystkie jej rzeczy, które nie zabrała: szal, zapomnianą książkę, zaschniętą tuszę, ulubiony kubek z kotkami. Spakowałem je starannie w karton, nie rzucając i nie łamiąc, choć wrogość podpowiadała inaczej. Planowałem oddać to jej później, bez scen i pretensji. Potem wyprałem pościel, przewietrzywszy znany zapach jej perfum. Usunąłem wspólne zdjęcia z telefonu i opróżniłem kosz. Każdy gest był jak zdjęcie starej, brudnej opatrunki ze rany bolesny, ale konieczny.

Kolejny krok to czas. Stało go tak wiele, iż przytłaczał mnie jak ciężki balast. Czas, który kiedyś wypełniały wspólne kolacje, wyjścia do kina, bezsensowne, acz urocze rozmowy o niczym. Teraz musiałem go wypełnić czymś innym niż alkoholem czy litością wobec siebie.

Kupiłem karnet do siłowni. Pierwsze treningi były piekłem. Dawałem z siebie wszystko, aż mdłości brały górę, wyciskając na bieżni cały mój gniew, rozczarowanie i ból. Krople potu na gumowej podłodze wyglądały jak łzy. Z każdym tygodniem ciało stawało się silniejsze, a umysł spokojniejszy.

Zapisłem się na kurs włoskiego, o którym zawsze marzyliśmy, a nigdy nie mieliśmy czasu. Teraz chodziłem sam. Złożone konstrukcje gramatyczne wypierały z głowy natrętne myśli. Pojechałem choćby do Sopotu, tego nadmorskiego miasteczka, które Jadwiga nie chciała odwiedzić. Wieczorem, siedząc na molo i patrząc na zachód słońca, po raz pierwszy od miesięcy poczułem lekką, jasną nostalgię i przebłysk wolności.

Były też ciężkie dni. Nocą przywoływały wspomnienia: jej śmiech, gdy przechylała głowę do tyłu, czy kłótniki o błahostki. Nie wypierałem ich. Leżałem i pozwalałem bólowi przepływać, tak jak radził artykuł, nie zatrzymując fali, a pozwalając jej odpłynąć. Czasem wsiadałem do auta, odjeżdżałem za miasto, wspinałem się na pustą górę i krzyczałem na całe gardło, aż głos stracił moc, a wewnątrz zapadła upragniona cisza.

Pewnego popołudnia przeglądałem stare papiery i natrafiłem na naszą ślubną fotografię. Oczekiwałem ataku tęsknoty lub gniewu. Zamiast tego spojrzałem na dwoje szczęśliwych, nieświadomych ludzi i pomyślałem: Tak, to było. Było piękne. I już się skończyło.

Nie odczuwałem już złości ani chęci przywrócenia wszystkiego. Była tylko lekka nostalgia i zrozumienie, iż ten rozdział życia zamknięty jest na dobre.

Wieczorem spotkałem się z przyjaciółmi. Śmialiśmy się, opowiadaliśmy nowinki, snuliśmy plany. Po raz pierwszy przez cały wieczór nie myślałem o Jadwizie. Byłem po prostu tu i teraz. Byłem sobą. Całym. Choć z blizną w duszy, już zagojoną.

Spojrzałem na swoje odbicie w szybie kawiarni: zadbany, spokojny, z jasnym spojrzeniem. Takiego siebie nie widziałem od lat, może nigdy.

Topór został wyciągnięty. Rana zagoiła się. Byłem gotowy iść dalej, lekki jak piórko, bez bagażu przeszłości. Życie, o którym zawsze marzyłem, dopiero się zaczynało.

Nagle w nos wpadł ostry zapach zepsucia. Nie zdążyłem zorientować się, co się dzieje. Pokój wirował, powoli, jakby wyłaniał się z mgły. Leżałem na kanapie w kąpielówkach, otoczony kruszonką i plamami nieznanego pochodzenia.

Kiedy próbowałem usiąść, świat się przechylił. Głowa pękała. Rozejrzałem się, a po ciele przeszła lodowata fala przerażenia. To nie był jasny, pełen światła dom z moich snów, ale knajpa w złym stanie. Puste butelki po piwie i wódce leżały jak poległe żołnierze na podłodze. Na stole czajnik pełen niedopaćków. Wszędzie brudna odzież, a na telewizorze przewijano nocny program.

Z trudem podniosłem się i zmierzałem do łazienki, chwytając się poręczy. Jasne światło rozcinało moje podrażnione oczy. Wtedy zobaczyłem go w lustrze patrzył na mnie nieogolony, pomarszczony mężczyzna z opuchniętą twarzą. Oczy przesiąknięte wstydem i pustką. To byłem ja Roman Nowak.

Wszystka jasność i siła, którą dziś odczułem w śnie, zniknęły, pozostawiając gorzki, mdły kac i jeszcze gorsze duchowe zamęcenie. To był tylko sen, a cała ta droga wyrzucane rzeczy, siłownia, włoski, zachód na molo była podstępną sztuczką mózgu, by uciec od nie do zniesienia rzeczywistości. Ucieczka, która trwała wydawało się wieczność, a w rzeczywistości jedną noc.

Dotknąłem swojego twarzy w lustrze. Skóra była tłusta, zarost drapał palce. To było moje prawdziwe ja. Nie sukces, nie wymodelowany mężczyzna, ale opadła postać, która próbowała zatopić ból w taniej wódce i złudzeniach.

Cisza w mieszkaniu znów przytłoczyła mnie, ale tym razem nie była ciszą nowego początku, ale ciszą ślepego zaułka. Najgłośniejszy dźwięk w tej ciszy tykanie zegara, bezlitosne odmierzanie czasu, który marnuję.

Sen nie był uzdrowieniem. Było lustrem wystawionym na moje prawdziwe oblicze. Odbicie było tak odrażające, iż chciałem zamknąć oczy i uciec. A uciec nie było gdzie.

Stojąc przed sobą, byłem w szoku. Z rozmazaną koszulką, chaosem wokół, w ustach nieprzyjemny posmak, w duszy wypalona pustka. Sen był tak wyraźny, tak rzeczywisty… a przebudzenie tak brutalne.

Podniosłem pierwszą leżącą na podłodze pustą butelkę i z mocą rzuciłem ją do kosza. Rozpadła się z hukiem. Potem drugą. Trzecią. Nie krzyczałem, nie płakałem. Z kamiennym wyrazem twarzy prowadziłem wojnę z bałaganem, w który zamieniłem swoje życie.

Zebrałem cały śmieci, wyniosłem worki z butelkami i kawałkami szkła. Otworzyłem szeroko okno, wpuszczając do zadymionego i przytłoczonego pomieszczenia chłodny, świeży powiew. Zaparzyłem mocną kawę, ręce drżały.

Znowu podszedłem do lustra. Spojrzenie wciąż zmęczone, bolesne. ale gdzieś w głębi tych zatopionych oczu, niczym słaby promień w brudnej kałuży, tliła się iskra. Nie nadzieja, a wściekłość. Biała, lodowata wściekłość wobec samego siebie.

Wyciągnąłem telefon, przeglądnąłem kontakty i natrafiłem na numer mojego dawnego kolegi ze szkoły, który miesiąc temu oferował pomoc psychologa. Kiedyś go zapisałem, ale nie miałem odwagi zadzwonić. Teraz wybrałem numer.

Aleksiej? głos szarpał się jak zardzewiałe drzwi. Potrzebuję twojej pomocy.

Odłożyłem słuchawkę i wziąłem głęboki oddech. Ścieżka, którą zobaczyłem we śnie, była mirażem, ale wskazywała kierunek. Zrozumiałem, iż aby dotrzeć do tego czystego i silnego człowieka z mojego snu, muszę przejść przez ten piekło w rzeczywistości.

Mój pierwszy krok nie był więc w siłownię ani na kurs włoskiego. Mój pierwszy krok był pod prysznic. Zmyć wczorajszą kartę. Zmyć tego nieogolonego faceta z pomarszczoną twarzą. I zacząć. Od nowa. Jutro.

Idź do oryginalnego materiału