Bez muzyki w tle, bez nagłej iluminacji. Po prostu stałam w kuchni, obierałam ziemniaki na zupę i słuchałam, jak mój mąż znowu mówi do mnie tak, jakby mówił do mebla.
— Zostaw to, nie umiesz — warknął, gdy źle zamknęłam pokrywkę od słoika. — Człowiek z tobą ma tylko problemy.
Sześćdziesiąt lat. A ja przez cały czas się kurczyłam na dźwięk jego głosu.
Spojrzałam na swoje dłonie — popękane od detergentu, zgrubiałe od pracy — i pomyślałam, iż to nie jest życie. To jest trwanie. Długie, ciche trwanie obok człowieka, który dawno przestał mnie widzieć.
Tego samego dnia, wieczorem, powiedziałam to na głos.
— Chcę rozwodu.
Wypowiedziałam te słowa spokojnie, prawie bez emocji. Jakby to nie dotyczyło mojego serca, tylko dokumentów.
Mąż spojrzał na mnie znad telewizora, jakby usłyszał absurd.
— Ty? — parsknął. — Na stare lata? I co ty sobie wyobrażasz?
— Że będę oddychać — odpowiedziałam.
Roześmiał się, krótko, szyderczo.
— Oddychać… Daj spokój. W twoim wieku? Kto cię zechce? Kto z tobą wytrzyma? Zobaczysz, wrócisz szybciej, niż wyjdziesz.
Nie odpowiedziałam. Pierwszy raz nie miałam potrzeby się bronić. W środku czułam tylko cichy, uparty spokój. Jakby coś we mnie, zastraszane latami, wreszcie wstało.
Najgorsze przyszło jednak nie od niego.
Najgorsze przyszło od dzieci.
Zadzwoniłam do córki pierwszej. Chciałam, żeby usłyszała to ode mnie, zanim plotki zrobią z tego sensację.
— Mamo, oszalałaś? — krzyknęła w słuchawkę. — W tym wieku? Po co ci to?
— Bo nie chcę już tak żyć — odpowiedziałam.
— Ale przecież on „taki jest” — westchnęła. — Zawsze był. Jakoś wytrzymałaś tyle lat, to wytrzymasz jeszcze trochę.
To „jeszcze trochę” brzmiało jak wyrok. Jakby moje życie było już tylko czekaniem na koniec.
Zadzwoniłam do syna. Myślałam, iż on mnie zrozumie. Zawsze był bardziej miękki.
Milczał chwilę, a potem powiedział:
— Mamo… a kto się tobą zajmie?
To pytanie miało być troską, a uderzyło jak policzek.
— Ja się sobą zajmę — odpowiedziałam.
— Ty tak mówisz, ale… — zawahał się. — Zrozum, iż my mamy swoje rodziny. Swoje problemy.
— Ja też miałam swoje problemy — wyszeptałam. — I swoje rodziny. I jakoś nigdy nie powiedziałam, iż „nie mam czasu”.
Wtedy padło to zdanie. Najbardziej brutalne.
— Mamo, nikt cię już nie potrzebuje — powiedział syn. — Dzieci są dorosłe. Wnuki mają rodziców. Tata… no, tata jest jaki jest. Po co to ruszać?
Nikt cię już nie potrzebuje.
Zamarłam z telefonem przy uchu. W jednej chwili zobaczyłam całe swoje życie w roli kogoś potrzebnego: matki, która wstaje pierwsza i kładzie się ostatnia. Kobiety, która dźwiga zakupy, prasuje koszule, robi święta, godzi kłótnie, daje pieniądze „na chwilę”, przyjmuje w domu wszystkich, gdy nie mają gdzie pójść.
A teraz usłyszałam, iż ta rola się skończyła. Że mogę już spokojnie przestać istnieć jako człowiek.
Odłożyłam telefon i usiadłam na łóżku. Chciałam płakać, ale łzy nie chciały płynąć. Jakby choćby one były zmęczone.
Wyszłam na balkon. Powietrze było chłodne. Na dole ktoś śmiał się głośno, ktoś niósł zakupy, ktoś prowadził psa. Normalne życie. A ja poczułam, iż stoję obok niego, jak obserwatorka.
I wtedy dotarło do mnie coś strasznego, a jednocześnie wyzwalającego: skoro „nikt mnie nie potrzebuje”, to znaczy, iż po raz pierwszy w życiu mogę przestać żyć dla czyjejś potrzeby.
Mogę zacząć żyć dla swojej.
Następnego dnia poszłam do prawnika. Ręce mi drżały, gdy podpisywałam pierwsze dokumenty. Nie ze strachu przed rozwodem — ze strachu przed własną odwagą.
Wieczorem dzieci znów dzwoniły. Jedno mówiło o „wstydzie”. Drugie o „co ludzie powiedzą”. Trzecie o tym, iż „tata może się załamać”.
A ja, po raz pierwszy, nie próbowałam ratować wszystkich naraz.
— Ja się załamałam dawno temu — powiedziałam spokojnie. — Tylko nikt tego nie zauważył, bo przez cały czas gotowałam obiady.
W dniu, kiedy spakowałam swoje rzeczy, mąż stał w drzwiach i patrzył na mnie z pogardą zmieszaną z niepewnością.
— Dokąd pójdziesz? — zapytał.
— Do siebie — odpowiedziałam.
— Do siebie? — prychnął. — Ty choćby nie wiesz, kim jesteś.
Zatrzymałam się na sekundę. Może miał rację. Może przez lata byłam tylko funkcją: żoną, matką, babcią. Ale właśnie dlatego musiałam wyjść. Żeby sprawdzić, kim jestem bez tych etykietek.
Wyszłam z klatki schodowej z jedną walizką. Tą samą, którą kiedyś pakowałam dzieciom na kolonie. Tym razem pakowałam ją sobie — i to było symboliczne do bólu.
Najbardziej dramatyczne w tej historii nie było to, iż rozwodzę się w wieku sześćdziesięciu lat.
Najbardziej dramatyczne było to, iż własne dzieci próbowały mi wmówić, iż skoro nikomu już nie służę, to nie mam prawa zaczynać od nowa.
A ja po raz pierwszy w życiu postanowiłam, iż nie będę już nikomu potrzebna kosztem siebie.






