— Przyjedźcie. Upiekę sernik. Dzieci się wybiegną, a wy odpoczniecie. Dawno was nie było.
Mój mąż aż się uśmiechnął, jakby usłyszał coś, co nareszcie rozwiąże wszystkie nasze problemy. Ja też chciałam wierzyć, iż to będzie zwykły, rodzinny wyjazd. Że może w końcu przestaniemy żyć w ciągłym napięciu.
Spakowałam ubrania, ulubionego misia młodszego, książkę na dobranoc, leki na katar, bo akurat zaczynał się sezon. Wzięłam też ciasto, żeby „nie jechać z pustymi rękami”, bo w mojej głowie wciąż było to stare wychowanie: nie wypada być ciężarem.
W piątek po pracy wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy. Dzieci były podekscytowane. Starszy syn, Olek, obiecywał, iż będzie grzeczny. Młodsza Hania powtarzała w kółko, iż chce spać w „pokoju z firanką”, bo babcia zawsze robiła tam „hotel”.
Teściowa przywitała nas szerokim uśmiechem.
— No w końcu! — zawołała. — Moje kochane wnuki!
Przez pierwsze godziny naprawdę było dobrze. Dzieci biegały po ogrodzie, teściowa opowiadała sąsiadce przez płot, iż „ma gości”. Ja pomagałam w kuchni, kroiłam warzywa, zmywałam po kawie, żeby pokazać, iż doceniam.
W sobotę rano obudził mnie zapach smażonych naleśników. Teściowa stała przy kuchence w fartuchu, z miną gospodyni roku.
— Jedzcie, póki ciepłe — powiedziała. — Tylko niech te twoje dzieci potem nie rozniosą mi domu.
Zaśmiałam się nerwowo.
— Będę pilnować — obiecałam.
I pilnowałam. Cały dzień.
„Nie biegaj po schodach.”
„Nie dotykaj kwiatów.”
„Nie wchodź do spiżarni.”
„Nie kręć się koło psa, bo babcia się denerwuje.”
Zauważyłam, iż teściowa ma jakąś dziwną potrzebę ciszy. Takiej sterylnej, muzealnej. Żeby nic nie szeleściło, nie pisnęło, nie poruszyło dywanu. A dzieci… dzieci są dziećmi. Nie są porcelaną.
Około południa Olek przypadkiem wylał sok na obrus. Naprawdę przypadkiem. Szklanka mu się omsknęła.
— O Boże… — wyszeptałam, już sięgając po ścierkę. — Przepraszam, już wycieram.
Teściowa stanęła nad stołem jak inspektor.
— Widzisz? — powiedziała ostro. — Widzisz, co ja mam?
Olek pobladł.
— Babciu, ja nie chciałem… — wyjąkał.
— Ty zawsze „nie chcesz”! — syknęła. — Ty jesteś jak ojciec, też wszystko rozwalał.
Mój mąż spojrzał na nią ostrzegawczo.
— Mamo… — zaczął.
— Nie mów mi „mamo”, jak mnie nie rozumiesz — ucięła. — Ja mam swój dom.
Wtedy poczułam pierwsze ukłucie: to nie był weekend „dla rodziny”. To był weekend, w którym miało się potwierdzić, kto tu rządzi.
Po obiedzie dzieci miały chwilę spokoju. Rysowały w salonie, ja zbierałam talerze. Teściowa weszła do łazienki, a po chwili usłyszałam jej krzyk.
— KTO TO ZROBIŁ?!
Zamarłam.
Wybiegła z łazienki z mokrym ręcznikiem w ręku, twarz czerwona.
— Woda na podłodze! Cała podłoga! — krzyczała. — Jak w chlewie!
Spojrzałam do środka: trochę wody przy umywalce. Dzieci myły ręce po farbach. Nic wielkiego. Wytarłabym to w dwie sekundy.
— Już wycieram, przepraszam — powiedziałam szybko.
Teściowa podeszła do mnie tak blisko, iż poczułam jej zapach perfum.
— Nie, nie wycierasz. Ty pakujesz swoje rzeczy — wysyczała.
— Co? — nie zrozumiałam.
Wtedy krzyknęła już na cały dom, tak żeby dzieci słyszały każde słowo:
— Twoje dzieci doprowadzają mnie do szału! Ja nie będę tego znosić! Ja się tu wykończę przez was! Wynocha!
Zapadła cisza tak nagła, iż aż zabolało. Dzieci przestały rysować. Hania spojrzała na mnie z otwartymi ustami. Olek momentalnie spuścił wzrok, jakby to on był winny wszystkiego na świecie.
Mąż wstał gwałtownie.
— Mamo, uspokój się — powiedział.
Teściowa odwróciła się do niego z takim spojrzeniem, jakby był zdrajcą.
— Ty ich bronisz? Po tym, co robią? Po tym, jak mnie traktują? Ja już mam dość! Ja ich nie zapraszam drugi raz! Teraz! Wyjść!
I wtedy zrobiła coś, co przebiło mnie najbardziej: wskazała palcem na drzwi wejściowe, jak na śmietnik.
— Jak ci się nie podoba, to zabieraj swoje dzieci i wracaj do swojego bałaganu — rzuciła do mnie. — U mnie jest porządek.
Nie pamiętam, co powiedziałam. Pamiętam tylko, iż poczułam coś jak wstyd i wściekłość jednocześnie. Wstyd, bo krzyczała tak, iż sąsiadka na pewno słyszała. Wściekłość, bo krzyczała przy moich dzieciach.
— Dobrze — powiedziałam w końcu spokojnie, bo nagle we mnie wszystko stwardniało. — Pojedziemy.
Olek podszedł do mnie cicho.
— Mamo… przeze mnie? — zapytał drżącym głosem.
Kucnęłam przy nim.
— Nie, kochanie — wyszeptałam. — Nigdy przez ciebie.
Teściowa prychnęła.
— Oczywiście, iż przez niego! Bo on jest nie do opanowania! Ja mówiłam, iż to złe wychowanie!
Mąż stał jak wbity w ziemię. Widziałam, iż walczy w sobie: matka kontra żona, stare poczucie obowiązku kontra wstyd. I w tym wszystkim stały nasze dzieci, jak małe oskarżone.
— Mamo, przesadzasz… — powiedział w końcu słabo.
Teściowa uderzyła dłonią w stół.
— Ja przesadzam?! To wy przesadzacie, przywożąc mi tu huragan! Jak chcesz, to zostań. Ale ona i te dzieci wychodzą!
I wtedy zobaczyłam, iż w jej oczach nie ma „nerwów”. Jest satysfakcja. Jakby to była scena, którą planowała od dawna. Jakby chciała pokazać, iż może nas wyrzucić z życia jednym krzykiem.
Weszłam do pokoju, zaczęłam pakować rzeczy. Ręce trzęsły mi się tak, iż kilka razy upuściłam ubrania na podłogę. Hania płakała cicho, bo nie rozumiała, co zrobiła. Olek siedział na łóżku i patrzył w ścianę, jakby nagle przestał być dzieckiem.
Mąż kręcił się po korytarzu, bezradny.
— Może… może przeproś, uspokoi się — szepnął do mnie.
Odwróciłam się do niego.
— Mam przeprosić za to, iż dzieci umyły ręce? — powiedziałam. — Mam przeprosić za to, iż one istnieją?
Nie odpowiedział.
Wyszliśmy z domu po godzinie. Teściowa stała w progu, ramiona skrzyżowane, jak zwyciężczyni.
— I następnym razem naucz ich kultury — rzuciła na pożegnanie.
Olek odwrócił głowę, jakby nie chciał jej widzieć. Hania tuliła misia tak mocno, iż aż bielały jej knykcie.
W samochodzie panowała cisza. Dzieci zasnęły po kilkunastu minutach, wyczerpane płaczem i stresem. A ja patrzyłam przez okno na mijane światła i czułam, iż coś się we mnie przesunęło na zawsze.
— Ona taka jest — powiedział mąż w końcu cicho, jakby to miało zamknąć temat.
Wzięłam głęboki oddech.
— Nie — odpowiedziałam. — Ona nie „taka jest”. Ona zrobiła to świadomie. Przy dzieciach. Żeby mnie upokorzyć. Żeby ci pokazać, iż ma władzę.
Mąż milczał.
— I wiesz, co jest najgorsze? — dodałam. — Że nasze dzieci zapamiętają nie naleśniki. Zapamiętają, iż babcia kazała im „wynocha”.
Mąż zacisnął szczękę.
— Nie chciałem…
— To nie wystarczy — przerwałam mu. — Bo ja już nie pojadę tam, gdzie moje dzieci są traktowane jak problem. Nieważne, kto to jest. Matka, teściowa, królowa Anglii. Nie.
Zatrzymał auto na światłach i spojrzał na mnie wreszcie.
— To moja matka.
— A to są moje dzieci — odpowiedziałam. — I ja je wybieram.
Kiedy dojechaliśmy do domu, było późno. Wnieśliśmy śpiące dzieci do łóżek. Zostałam w kuchni sama, patrząc na torbę z niedojedzonym ciastem, które przywiozłam, żeby „nie być ciężarem”.
I wtedy dotarło do mnie coś bardzo bolesnego:
Teściowa nie zaprosiła nas po to, żebyśmy byli rodziną.
Ona zaprosiła nas, żebyśmy byli posłuszni.
A kiedy zobaczyła, iż dzieci nie da się ustawić jak przedmiotów na półce, wybuchła i wyrzuciła nas jak śmieci.
Od tamtej pory, gdy mąż mówi: „pojedźmy do mamy”, ja już nie czuję obowiązku. Czuję alarm.
Bo nauczyłam się jednego: są domy, do których nie wraca się po tym, jak ktoś wygonił twoje dziecko z krzykiem.
Nigdy.











