W kuchni było chłodno, a okno zaparowane od nocnego deszczu. Lubię te poranki — ciche, spokojne — bo wtedy czuję się potrzebna. Tego dnia szczególnie.
Wyciągnęłam z szafki największą miskę. Zrobiłam pierogi, bo wnuki je uwielbiają. Potem rosół, „taki jak u babci”, z marchewką krojoną w cienkie plasterki. Upiekłam drożdżowe z kruszonką, choć kolana bolały mnie coraz bardziej, gdy stałam przy blacie. Mąż przyniósł z piwnicy słoiki z kompotem. Uśmiechnął się do mnie.
— Ucieszą się — powiedział. — Dzieci zawsze się cieszą.
Te słowa trzymały mnie w dobrym nastroju przez całą drogę.
Pakowałam wszystko do pojemników z największą ostrożnością, jakby od tego zależało coś więcej niż obiad. Jakby jedzenie było językiem, którym potrafię jeszcze mówić do własnej córki. Bo rozmowy już dawno stały się trudne. Krótkie. Ostrożne.
— Może trzeba było zadzwonić? — zapytał mąż, gdy zamykał bagażnik.
— Dzwoniłam wczoraj — odpowiedziałam. — Nie odebrała. Pomyślałam, iż będzie miła niespodzianka.
Chciałam wierzyć, iż jeszcze potrafimy być dla niej „niespodzianką”, a nie problemem.
Gdy dojechaliśmy, dziecięce buty stały przed drzwiami. To mnie uspokoiło. Zadzwoniłam domofonem. Długo. Potem jeszcze raz. W końcu usłyszałam jej głos.
— Tak?
— To my — powiedziałam radośnie. — Przyjechaliśmy do was. Zrobiliśmy obiad dla dzieci.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. Stała w progu w dresie, z włosami związanymi niedbale. Na jej twarzy nie było radości. Było zdziwienie. A potem złość.
— Co wy tu robicie? — zapytała.
— Jak to co? — poczułam, iż mój uśmiech zaczyna sztywnieć. — Chcieliśmy was odwiedzić. Dzieci…
— Nie ostrzegliście mnie — przerwała ostro. — Nie możecie tak po prostu przyjeżdżać.
Zrobiło mi się gorąco. Mąż postawił torbę z jedzeniem na ziemi.
— Przecież to tylko wizyta — powiedział spokojnie. — Przywieźliśmy obiad, żebyś nie musiała gotować.
Zaśmiała się krótko. Bez humoru.
— To nie o obiad chodzi. To o granice. Mam swoje życie. Swoje plany. Nie jesteście tu mile widziani bez zapowiedzi.
Słowo „niemile” zabolało mnie fizycznie. Jakby ktoś ścisnął mi gardło.
— Myślałam… — zaczęłam, ale głos mi się załamał. — Myślałam, iż się ucieszycie.
— Nie — powiedziała stanowczo. — Jestem zmęczona. Dzieci mają swoje zajęcia. A ja nie mam ochoty udawać, iż wszystko jest w porządku, kiedy wpadacie bez pytania.
Wnuki wyglądały zza korytarza. Najmłodszy pomachał do mnie ręką.
— Babciu… — powiedział cicho.
Serce mi pękło.
— Idźcie — dodała córka. — Proszę. Następnym razem zadzwońcie wcześniej. jeżeli w ogóle.
Drzwi zamknęły się przed nami z głuchym dźwiękiem. Torba z jedzeniem stała na wycieraczce jak wyrzut sumienia.
Staliśmy chwilę w ciszy. Potem mąż wziął torbę i bez słowa ruszył w stronę samochodu. Ja szłam za nim powoli. Każdy krok był ciężki.
W aucie nie płakałam. Łzy przyszły dopiero w domu, kiedy wyjmowałam pojemniki z jedzeniem i wkładałam je do lodówki. Pierogi, rosół, ciasto. Tyle troski. Tyle nadziei.
Usiadłam przy stole i pomyślałam, iż najgorsze nie jest to, iż nas wyrzuciła.
Najgorsze jest to, iż przez chwilę naprawdę poczułam się jak intruz w życiu własnego dziecka. Jak ktoś, kto miał dobre intencje, ale już nie ma prawa ich okazywać.
A jedzenie? Jedzenie można zamrozić.
Tylko tego uczucia — iż nie jesteś już potrzebna — nie da się schować na później.











