Dosłownie. Konto wyczyszczone, oszczędności zjedzone przez leki, dojazdy, prywatne wizyty, bo na NFZ „za późno, proszę pani”. Został mi tylko kredyt na mieszkanie, kilka peruk w szafie i ciało z bliznami, którego już sama nie poznawałam.
Kiedy lekarz powiedział: „Na razie czysto, remisja”, płakałam ze szczęścia. Myślałam, iż teraz już będzie tylko lepiej. Że życie może nie wróci do dawnej normy, ale przynajmniej przestanę się bać każdego jutra.
Nie wiedziałam, iż kolejny strach przyjdzie nie ze szpitala, tylko z własnego domu.
– Mamo, ustaliliśmy z Kamilem datę ślubu! – Córka wpadła pewnego dnia jak burza. – Wrzesień. Musimy się spieszyć, bo terminy w salach znikają jak szalone.
Uśmiechnęłam się blado.
– To cudownie, kochanie. – Przytuliłam ją. – Tak się cieszę, iż masz kogoś…
– No – przerwała mi – i teraz tak. Trzeba gwałtownie zarezerwować salę. Upatrzyliśmy taką jedną, piękną, z ogrodem, orkiestra, fotograf, wszystko jak należy. – Spojrzała na mnie wyczekująco. – Pomożesz, prawda?
Zacisnęłam palce na kubku herbaty.
– Wiesz, iż teraz… po leczeniu… nie jest u mnie kolorowo – zaczęłam ostrożnie. – ZUS to śmiech, wróciłam dopiero na pół etatu, spłacam wciąż długi za chemię. Chciałabym, ale…
Przewróciła oczami.
– Mamo, nie przesadzaj. Każdy jakoś sobie radzi. Przecież miałaś oszczędności.
„Miałam” – słowo zabolało bardziej niż szpikowe.
– Poszły na leczenie, skarbie. Leki, badania, te wszystkie „dopłaty”. – Uśmiechnęłam się krzywo. – Trochę poszło na to, żebym w ogóle mogła doczekać tego dnia, kiedy powiesz mi o swoim ślubie.
Pokręciła głową.
– Wiesz, ja całe życie słyszałam, iż jak będę brała ślub, to mi zrobisz wesele. Sama mówiłaś: „na moje dziecko nie pożałuję”. A teraz co? Wycofujesz się?
Kilka dni później przyszła z konkretną propozycją.
– Policzliśmy wszystko z Kamilem – położyła na stole kartkę. – Sala, orkiestra, fotograf, sukienka, bukiet, świadkowie, alkohol. Wychodzi… – zawahała się – jakieś sześćdziesiąt tysięcy. Ale nie martw się, połowę bierzemy na siebie. Od ciebie tylko trzydzieści.
„Tylko”.
Spojrzałam na kartkę jak na wyrok. Trzydzieści tysięcy. Dla niej „tylko”, dla mnie „nierealne”.
– Córeczko – wzięłam głęboki oddech. – Ja w tej chwili nie mam choćby trzech tysięcy na raz. Żyję od wypłaty do wypłaty. Nie mam skąd.
Milczała chwilę, potem parsknęła.
– Ale jakoś na to swoje leczenie miałaś – warknęła. – Jak trzeba było ratować siebie, to pieniądze się znalazły. A jak chodzi o mnie, o mój najważniejszy dzień w życiu, to nagle „nie mam”?
Te słowa rozcięły mnie jak skalpel.
– Gdybym wtedy nie ratowała siebie – powiedziałam cicho – dziś nie miałby ci kto tego ślubu choćby pogratulować.
Od tego dnia coś się zmieniło.
Telefony stały się krótkie, chłodne. Wizyty rzadsze. Córka zaczęła mówić do mnie innym tonem – takim, jak się mówi do urzędniczki, która odrzuciła wniosek.
– Mamo, my nie chcemy byle czego – tłumaczyła któregoś razu. – Wesele to raz w życiu. Nie będę robić jakiejś klitki w remizie, bo ty spłacasz swoje rachunki. Trzeba było lepiej myśleć wcześniej.
Patrzyłam na nią, jakby ktoś mi podmienił dziecko. Gdzie ta dziewczynka, która trzymała mnie za rękę, kiedy wypadały mi włosy? Która mówiła: „Mamo, boję się, iż cię stracę”?
– Możemy zrobić skromnie – próbowałam. – Obiad dla najbliższych, bez fajerwerków, rozłożymy na raty, coś dołożę, jak tylko się pozbieram…
Prychnęła.
– Nie po to czekałam całe życie, żeby teraz robić „skromnie”. Jak nie możesz dać mi tego, co obiecałaś, to… – zawahała się na sekundę, potem dokończyła – to nie wtrącaj się w ogóle.
Kropkę nad „i” postawiła tydzień później.
Przyszła, usiadła naprzeciwko. Twarz miała twardą.
– Mamo, powiedzmy sobie jasno – zaczęła. – Albo pomagasz nam, jak prawdziwa matka, albo… Po prostu przestań udawać, iż jesteś.
Zrobiło mi się zimno.
– Co to znaczy „prawdziwa matka”? – spytałam, czując, iż głos mi drży.
– Prawdziwa matka odkłada na dzieci, nie na siebie – wypaliła. – Prawdziwa matka nie stawia swoich rachunków ponad szczęściem córki. Nie każę ci całego wesela finansować, ale te trzydzieści tysięcy… Miałabyś, gdybyś naprawdę chciała. Jak nie – to przykro mi. Po ślubie nie chcę mieć z tobą nic wspólnego.
Siedziałam jak sparaliżowana. Ona patrzyła mi prosto w twarz, jakby kazała mi podpisać zgodę na własne wymazanie.
– Naprawdę jesteś gotowa mnie skreślić za… pieniądze? – wyszeptałam.
Wzruszyła ramionami.
– Za niespełnioną obietnicę. Za lata gadania, iż „dla swojego dziecka zrobię wszystko”. Widać – nie wszystko.
Wstała. W drzwiach rzuciła:
– Masz czas do końca miesiąca.
Kiedy została cisza, wstałam powoli, podeszłam do lustra w przedpokoju.
Zobaczyłam w nim kobietę z siwymi pasmami, zmarszczkami, cienką blizną po portach do chemii. Kobietę, która pracowała, kiedy miała siłę stać, która po nocach liczyła rachunki zamiast owiec, która oddała temu dziecku każdą swoją lepszą sukienkę, ostatni kawałek ciasta, wolne niedziele.
I los, który uznał, iż to za mało.
Łzy leciały mi po twarzy ciurkiem, ale w środku rodziło się coś twardego.
„Przetrwałaś raka” – powiedziałam sobie w myślach. – „Przetrwasz i to”.
Nie mam trzydziestu tysięcy. Nie mam choćby połowy. Mam za to coś, czego kiedyś nie miałam – świadomość, iż można umrzeć, robiąc wszystko „jak trzeba” i „dla innych”.
Po chorobie nowotworowej nie zostało mi nic prócz życia. Ono nie ma ceny w złotówkach. Gdybym sprzedała swoją ostatnią godność za jej wesele, naprawdę nie wiem, co byłoby ze mnie jeszcze do wzięcia.
Nie wiem, czy dotrzyma groźby. Może naprawdę przestanie się odzywać, może nie zaprosi mnie na ślub. Może zobaczę zdjęcia w internecie – piękna suknia, wielka sala, uśmiechnięci goście. Może nie będzie tam miejsca dla kobiety, która nie miała „tylko trzydziestu tysięcy”.
Ale wiem jedno: jeżeli moja córka uważa, iż warto wyrzucić matkę z życia za brak pieniędzy po walce z rakiem… to dramat nie jest w tym, iż ja nie mam na wesele.
Dramat jest w tym, iż w tej walce o „wymarzoną salę” ona zgubiła coś dużo cenniejszego niż pieniądz. I choćby jeżeli dziś tego nie widzi, kiedyś spojrzy wstecz – i wtedy rachunek za to wesele dopiero przyjdzie. Nie na moje nazwisko. Na jej.
To też może cię zainteresować:
Zobacz, o czym jeszcze pisaliśmy w ostatnich dniach:










